1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

14 miesiąc: Pa, pa papko!

Jaś postanowił zmienić menu - kolejny odcinek cyklu Magdy Szczypiorskiej-Mutor
Ekologiczne buraki, ekologiczna marchewka, ekologiczne kartofle i pietruszka i por, i seler, i pomidory - wyliczał cierpliwie mąż, wypakowując warzywa po półgodzinnej wizycie w sklepie ze zdrową żywnością - I jabłka. Uff... I kiszone ogórki.

Od dwóch tygodni mieliśmy w domu mały zakład przetwórstwa owocowo-warzywnego. Wieczorami myłam ekowarzywa, obierałam ze skórki i kompletowałam zestawy. Na przykład: zupka pomidorowa - 1 marchewka, 1 pietruszka, kawałek selera, mały por i pomidor albo: warzywa do pulpetów z indyka - 2 marchewki, 1 pietruszka, kawałek selera, 2 małe pory. Kroiłam zestaw na mniejsze kawałki, pakowałam do torebek i do zamrażarki.

Julka bardzo lubiła mi pomagać i wymyślała nowatorskie kombinacje, np. zupa jabłkowo-ogórkowa albo kisiel z pora. A wszystko przez Jasia, który

stanowczo odmówił

jedzenia papek. Nawet ulubiony słoiczkowy indyk z ryżem i warzywami w kostkę przestał go interesować, bo nie był wyzwaniem - kostki marchewki były dość mikre i nawet bezzębny człowiek by sobie z nimi poradził. A Jaś miał zęby. I temperament zdobywcy. Lubił wgryzać się, odgryzać, gryźć, żuć i miażdżyć.

Kiedy na chwilę spuszczałam go z oka, wpijał się zębami w różne jadalne i mniej jadalne rzeczy - surowe jajko w skorupce, pachnącą gumkę do ścierania, kłębek waty, drewniany klocek, gąbkę. Ze zwykłą kanapką rozprawiał się jak pirania albo wygłodzony pies - z rozmachem i głośnym "Am!".

Najchętniej polowałby na swoje jedzenie i pożerał gdzieś w krzakach, ale nie próbowaliśmy inscenizować takich sytuacji, żeby zachęcić go do jedzenia. Jedyne, do czego się posuwaliśmy, to niewinna uwaga rzucana w czasie przedłużającego się posiłku:

Lucek idzie!

I obiad znikał raz dwa. Lucek oczywiście nigdy nie interesował się zawartością talerza Jasia (za wysoko i wszyscy widzą), ale zdarzało mu się czasem delikatnie wyjmować z rączki małego kanapkę albo plaster pieczonego indyka.

Na zawartość słoiczków nasz pies nigdy nie reagował entuzjastycznie. Resztki trafiające do jego miski wzbudzały w nim wyraźną nieufność. Julka, chociaż jeszcze kilka miesięcy temu z lubością pochłaniała niemowlęce przeciery owocowe, teraz za Jasiowymi papkami nie przepadała.

Gotowanie zupek było nawet przyjemne, a dzięki Jasiowi wszyscy jedliśmy ekologiczne warzywa. W zeszłym roku próbowałam wprawdzie wyhodować własne, ale po kilku tygodniach morderczej harówki z podlewaniem, pikowaniem i wyrywaniem chwastów marchewki osiągnęły grubość wykałaczki, rzodkiewkom nad ziemią wyrosły metrowe łodygi, a pod ziemią rachityczne czerwone nitki. Cztery odmiany sałaty zostały zeżarte przez ślimaki.

Gotowałam więc

ekologiczne obiadki

z przywożonych przez męża ekowarzyw, a Jaś rozpromieniał się na widok pełnej miseczki. To była przyjemność! Nareszcie ktoś żywiołowo reagował na moje kulinarne wyczyny. Nie żebym gotowała jakoś szczególnie podle, ale mój mąż w przeciwieństwie do mnie raczej nie lubi jeść, a dla Julki posiłki są przykrą koniecznością.

Za to Jaś ciamkał, mlaskał, oblizywał się, wybierając paluszkami co smakowitsze kąski, przewracał oczami, mruczał "mmm" i zajadał aż miło. Kiedy miał ochotę użyć sztućców, dosyć sprawnie posługiwał się zakrzywioną łyżeczką. Ale rzadko miał ochotę - wolał jeść rękami, które po skończonym posiłku starannie wycierał we włosy, jeśli w porę temu nie zapobiegłam.

Sztućce

okazały się bardzo przydatne dopiero gdy Julka zademonstrowała Jasiowi nabytą w przedszkolu umiejętność strzelania z widelca jak z wyrzutni. Bęc! I porcja buraczków ląduje Jasiowi na czole! Hop! I marchewka na koszulce! Powiedziałam Julce, co o tym myślę, ale było już za późno. Jaś też tak chciał. Nieporadnie, ale konsekwentnie nabierał jedzenie na łyżeczkę i rozrzucał po całej kuchni radośnie chichocząc, a na koniec rzucał w Julkę miseczką z resztką pomidorówką.

- Brawo, Jasiu! - cieszyła się Julka, która uchyliła się w porę i z promiennym uśmiechem obserwowała pomidorówkę ściekającą malowniczo po ścianie.

Po pierwszych zachwytach nad moimi obiadami Jaś zaczął jeść jakby mniej. I krócej. Wyjadał to, co najbardziej lubił, i już chciał pędzić dalej. Do zabawek, do książeczek, na dwór. Grzebać w piasku, oglądać ślimaki, zbierać szyszki, huśtać się na huśtawce - to były ciekawe zajęcia. Miałam wrażenie, że

szkoda mu czasu

na jedzenie. Na początku trochę się tym przejmowałam, ale mąż stwierdził filozoficznie, że jak mały będzie głodny, to zje.

- Zdrowe dziecko je tyle, ile potrzebuje. Nic mu nie będzie - zapewnił nasz pediatra, do którego zadzwoniłam po tym, jak Jaś szybko wyjadł z obiadu kawałki mięsa oraz buraczki i odmaszerował do swoich zajęć, zostawiając pół miseczki warzyw. W końcu spojrzałam trzeźwo na sytuację i przestałam się przejmować.

Ale babcia, która przyjeżdżała do nas mniej więcej raz na dwa tygodnie, niepokoiła się bardzo.

Spójrzcie, przecież on chudnie w oczach - załamywała ręce, przyglądając się tłuściutkiemu Jasiowi. - Może kupicie mu

syrop na apetyt?

- Babciu, to ja jestem chuda, a nie on! - przypominała urażona Julka. Do tej pory swoimi dietetycznymi niepokojami babcia nękała właśnie ją. Julka poczuła się zdetronizowana.

- To ja nie lubię jeść, nie pamiętasz, babciu? - dopytywała się wzburzona.

- A biedna Julcia to już po prostu skóra i kości! - podchwyciła ochoczo babcia. Julka się rozpromieniła i zaproponowała z entuzjazmem:

- Chcecie zobaczyć, jakie mam chude żebra? O!

Julka zawsze była szczupła, a w wieku Jasia przez pół roku nie jadła prawie nic poza jagodowym jogurtem, bananami i sokami dla niemowlaków.

Jaś nie był tak ortodoksyjny, ale często stosował jeszcze

inną dietę,

na przykład przez cały dzień jadł wyłącznie pieczonego indyka. Albo tylko ogórki. Albo chleb z masłem. Albo tylko jogurty z płatkami. Kiedy sięgałam do lodówki po siódmy jogurt albo ósmą porcję buraczków, robiło mi się trochę niedobrze.

A Jaś kwitł. I tył. I rósł. Miał niespożytą energię, a na dodatek wyraźne kulinarne zacięcie. Często razem ze mną gotował obiady dla ukochanego misia Edwarda. Starannie konsultowaliśmy menu, chociaż Edward nie był wybredny i zawsze wyglądał na zachwyconego, kiedy lądował twarzą w talerzu z jedzeniem. Po dziesięciu minutach ciamkania, paprania i radosnych pomruków Jaś oświadczał:

- Edwajd zjadł. Ja tez - i zmykał do swoich spraw, w biegu wręczając mi Edwarda w warzywach albo w mięsnym sosie z makaronem w uchu:

Pozmywaj go.

Więcej o: