1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

13 miesiąc: Ranny ptaszek

Jaś mniej śpi - kolejny odcinek cyklu Magdy Szczypiorskiej-Mutor
Nie mogłam się ruszyć. Ani krzyknąć, ani się przeturlać. Widziałam nadjeżdżający samochód, słyszałam warkot silnika, który był tuż, tuż i czułam, że nie zdążę przed nim uciec.

Wrrrrrrr!!! - przetoczyło się coś przez moje plecy.

Obudziłam się przerażona.

Wrrrrrrr!!! - warczał Jaś, jeżdżąc po mnie wielką ciężarówką.

Jęknęłam. Codziennie od dwóch tygodni ciężarówka i dźwig jeździły po mnie już od 4.45. Jaś zaczynał dzień od kilku wycieczek ciężarówką, a jeśli to nie budziło mnie dostatecznie skutecznie, wdrapywał się na parapet i skakał z niego na materace. Czasem był mniej wyrafinowany - ot, po prostu ściągał ze mnie kołdrę, podnosił moją głowę do góry, stękając z wysiłku podpychał od tyłu, aż usiadłam. Był rasowym oprawcą, ale z dużym wdziękiem - wszystko to robił z promiennym uśmiechem i radosnym entuzjazmem.

Dlaczego co rano budził mnie, a nie męża, pozostawało Jasiową tajemnicą. A dla mnie 4.45

to środek nocy.

Wprawdzie zasypiał potem w wózku w ogrodzie około 7.30, ale wtedy właśnie wstawała Julka, która na dziewiątą szła do przedszkola. Mąż wychodził do pracy, a ja zabierałam śpiącego w wózku Jasia, jego drugie śniadanie i picie oraz dwa psy, odprowadzaliśmy Julkę do przedszkola (na szczęście 200 metrów od domu) i wędrowaliśmy do lasu. Kiedy Jaś się budził, biegał po lesie, jadł drugie śniadanie i w południe odbieraliśmy Julkę.

O drugiej był obiad, po którym Jaś jeszcze dwa tygodnie temu zasypiał co najmniej na dwie godziny. Ale teraz przestał sypiać. Po prostu zrezygnował z popołudniowej drzemki. Pierwszego dnia wpadłam w lekki popłoch - trzeba było wszystko przeorganizować. Kiedy Jaś spał po obiedzie, miałam czas "tylko dla Julki", który teraz przesunął się na wczesny wieczór. Obiad na następny dzień robiłam w nocy. Dramatycznie skurczył się i tak znacznie okrojony czas "tylko dla mnie".

Byłam nieprzytomna.

Nie rozumiałam prostych pytań, zapominałam w sklepie koszyka z zakupami, a skrzynkę na listy opróżniałam, wyrzucając wszystko prosto do śmietnika. Raz umyłam Julce zęby specyfikiem do smarowania psich uszu. Czytając dzieciom książki, zapadałam w rodzaj półsnu, w którym słyszałam własny bełkotliwy głos, majaczący coś zupełnie nie na temat.

- Mamo, co ty czytasz? Jakie żyrafy, jaki hrabia, przecież to jest o Kopciuszku! - złościła się Julka.

- Hrabia Monte Christo - mamrotałam godnie z półprzymkniętymi oczami.

Było coraz gorzej.

Mamo, Kasia powiedziała, że może ty taka jesteś ze starości - zafrasowała się Julka któregoś dnia po powrocie z przedszkola.

Zrobiło mi się głupio. Nie wiedziałam, że omawia mój przypadek z przedszkolnymi koleżankami.

- Nie jestem stara - oświadczyłam z całą energią, na jaką było mnie stać, tępo patrząc w ścianę.

- Kasia mówi, że jej babcia też tak mówi - odrzekła z troską Julka.

- Ale ja nie jestem babcią - wytłumaczyłam jasno, czując, że znowu plącze mi się język. - Jestem tylko trochę niewyspana.

Próbowałam przestawić Jasia, ale bez skutku. Nie dało się kłaść go później, bo o osiemnastej miał już

szklane oczy

i tylko czyhał, żeby się do mnie przyssać i zasnąć. Po rytuale: kolacja - kąpiel - piżamka - zęby zasypiał dosłownie w locie, rezygnując nawet z czytania książeczki. Tym bardziej że całe popołudnia spędzaliśmy w ogrodzie. Julka dostała kawałek ziemi ogrodzony drewnianym płotkiem - przez całą zimę planowała, jakie warzywa tam posieje, i teraz uradowana woziła swoją taczką dobrą ziemię, przekopywała i grabiła. Jaś woził sosnowe igły ciężarówką i namiętnie kopał dołki. Poza tym z wielkim zapałem podglądał konwulsyjne wygibasy dżdżownic, oglądał ptaki i wiewiórki. Julka uczyła go, jak się kto nazywa:

- Patrz, Jasiu, ta z niebieskim piórkiem to sójka, a ten, co tak stuka, to dzięcioł. To jest sroka, a to szpak.

- Ćpak! - powtarzał zafascynowany Jaś.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że od kiedy wyprowadziliśmy się z miasta, Julka prawie w ogóle nie używała słów: "ptak" i "drzewo".

W naszym ogrodzie mieszkały nie "ptaki", tylko sójki, sroki, wróble, sikorki, para synogarlic, drozdy i dzięcioł. Rosły nie "drzewa", tylko brzozy, sosny, dęby, klony, jałowce, jarzębiny, kasztany i morwy. Teraz Jaś też pokazywał "jokę", czyli srokę i "ziozię", czyli brzozę.

Na dodatek ze zdumieniem odkryłam, że Julka zna i pamięta wszystkie

rodzinne historie,

które jej opowiadałam, i z przejęciem pokazuje zasłuchanemu Jasiowi: - Popatrz, Jasiu, ten wielki jałowiec posadził pradziadek Staś, kiedy urodził się dziadek Maciek. Te sosny sadził dziadek Maciek, jak miał 5 lat, a tę sosenkę posadził, jak urodziła się mama. Tę brzózkę posadził tata, jak ja się urodziłam, a ten cisowy lasek posadziłam razem z tatą, jak ty się urodziłeś. Tak, mamo?

- Tak - odkrzyknęłam znad łaciatego ślimaka, którego posadziłam na listku i niosłam do Jasia. Bo ślimaki to była wielka Jasiowa pasja. Mieliśmy ich w ogrodzie zatrzęsienie - małe i wielkie jak węże, w skorupkach, bez skorupek, szare, żółte i łaciate. Jaś wszystkie znalezione egzemplarze nosił do "ślimakowa" w kępie dzikiego chrzanu. Rozumiałam Jasiową pasję - ślimaki były szalenie malownicze, a poza tym były jedynymi zwierzętami, które nie mogły przed nim uciec. Z wielkim upodobaniem grupował je w "rodzinki" - kładł ślimaka koło ślimaka i ponaglał: "no, ić do zony" (idź do żony).

Po prawie całym dniu spędzonym na dworze dzieci padały jak muchy - Jasiek o 18.30, Julka o 19.30. Ja niewiele później, chociaż bywałam tak niewyspana, że nie mogłam zasnąć.

Rozwiązanie

przyszło zupełnie nieoczekiwanie i okazało się, że jest proste i oczywiste.

- Słuchaj, a czy Jaś musi rano spać w ogrodzie? Przecież i tak mnóstwo czasu spędza na dworze? - zapytał któregoś dnia mąż gnębiony wyrzutami sumienia, że to ja wstaję o 4.45, a nie on (musiał być przytomny w pracy). - Gdybyś kładła Jasia o 7.30 w łóżku i zasypiała razem z nim, a ja zajmowałbym się Julką rano i odwoził ją do przedszkola, miałabyś dwie godziny snu dodatkowo.

Zaniemówiłam. Faktycznie, co z tego, że Jaś lepiej śpi na dworze i że to zdrowsze, jeśli ja jestem do niczego? W ten sposób po pobudce o 4.45 liczyłam minuty do Jasiowej drzemki i zasypialiśmy błogo, czasem nawet do dziesiątej. Czułam się jak nowo narodzona. Znowu miałam mnóstwo energii, sadziłam z dziećmi drzewka i nie bełkotałam przy czytaniu.

- Nareszcie - oświadczyła poważnie Julka. - Nic ci nie mówiłam, ale martwiłam się, że masz chorobę Alzheimera, tak jak babcia Kasi.

Zmartwiałam. O czym te dzieci rozmawiają w przedszkolu?

Chociaż Kasia mówiła, że to mają tylko starzy ludzie - zastanowiła się Julka. - A ty przecież nie jesteś stara - dodała już mniej pewnie. - To znaczy nie aż tak stara.

Więcej o: