1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

10 miesiąc: Rodzinne rozmówki

Jaś zaczyna mówić - kolejny odcinek cyklu Magdy Szczypiorskiej-Mutor.
Gdyby nie nagła eksplozja Jasiowej elokwencji, ten miesiąc minąłby nam nie wiadomo kiedy w wesołym poświątecznym rozgardiaszu. Mieliśmy już za sobą Wigilię, śpiewanie kolęd, tropienie w ogrodzie śladów reniferowych kopytek, sań i ciężkich butów Mikołaja. Wszystko odbyło się jak należy. Mikołaj przyjechał, wypił zostawiony na kamieniu przed domem kubek mleka i zjadł własnoręcznie przez Julkę upieczone ciasteczka (renifer zadowolił się marchewką i siankiem), zabrał obrazki Julci dla siebie i elfów, zostawił listy do dzieci i dwa wory prezentów na starej sośnie. Ze świątecznego otumanienia wyrwał nas Jaś, gdzieś tak w okolicach drugiego dnia świąt. Nonszalancko przechadzając się (bokiem) wzdłuż półek z książkami złapał Lucka za ucho i oznajmił:

Łoła.

I to było pierwsze słowo Jasia. Nie "mama", nie "tata", tylko "łoła" (od odgłosu szczekania). Czyli, jak nam się wydawało - Lucek. Wkrótce okazało się, że łoła to także wszystkie inne psy. Z czasem łołą zostały też koty, konie, lwy, myszy i pluszowe zabawki. Krótko mówiąc - wszystko, co ma futro. Kiedy jednak któregoś dnia Jaś na widok naszego mocno brodatego sąsiada zakrzyknął radośnie "łoła!", wszystko stało się jasne - Jaś nie zawracał sobie głowy subtelnymi rozróżnieniami między sierścią, szczeciną, futrem, puchem i brodą.

Po kilku dniach pojawiła się kolejna nowość. Wieczorem, kiedy mąż kąpał Jasia, mały przyjrzał mu się, dźgnął go palcem w czoło i wypalił radośnie:

Tata!

Mąż aż zaniemówił z przejęcia, a potem wrzasnął na cały dom:

Powiedział "tata"!!! Jaś powiedział "tata"!

Popędziłyśmy z Julką do łazienki. Jaś miał swoje pięć minut. Wycelował paluszkiem w oko schylonej nad nim Julki i ogłosił w natchnieniu:

- Juja!

- Łaaa! - wrzasnęła Julka - powiedział: "Juja"! Powiedział do mnie!

A co ze mną? - pomyślałam ponuro. Lucek to łoła, tata to tata, Julka to Juja, a ja?!

Od tej pory co kilka dni namawiałam Jasia:

Powiedz: "mama"...

Mały przyglądał mi się wnikliwie i niezmiennie odpowiadał: "Tata".

Próbowałam go przechytrzyć:

- Jasiu - perswadowałam - powiedz "ma".

- Ma - odpowiadał Jaś.

- A teraz powiedz "ma".

- Ma - odpowiadał Jaś.

- A teraz powiedz "ma - ma".

- Ta - ta - odpowiadał maluch z chytrą miną.

Raz chciałam go zaskoczyć.

- Kto to jest? - spytałam wskazując na siebie.

- Łoła - zdecydował Jaś bez namysłu, wymownie klepiąc mnie po włosach. I gadaj tu z takim.

Jednak kiedy Jaś chciał coś powiedzieć, był precyzyjny i dokładny, mimo że nie zawsze w lot pojmowaliśmy,

o co mu chodzi.

Któregoś dnia siedział pod naszą wielką choinką i rozglądał się w poszukiwaniu pierniczkowych niedobitków (przewidując szturm na nie, upiekłam je w wersji hipoalergicznej). Wprawdzie w pierwszy dzień świąt razem z Luckiem ogołocili z pierniczków niższe partie choinki tak doszczętnie, że znalazłam na podłodze aż 17 czerwonych i zielonych wstążeczek (bez pierniczków), ale gdzieniegdzie w zasięgu Jasiowego wzroku jeszcze coś dyndało. Za chwilę Julka płaczliwym tonem doniosła:

-Maamoo, on znowu wyjada pierniczki!

Faktycznie, Jaś siedział pod choinką i ciamkał. Nagle z dezaprobatą oświadczył:

- Łoła.

Wpatrywałam się w niego intensywnie, a mój mózg pracował na zwiększonych obrotach. Pierniczek w kształcie psa? Nie. Lucek zabiera mu pierniczek? Nie. Pierniczkowi wyrosło futerko? - pomyślałam w desperacji - Też nie.

Jaś spojrzał na mnie ciężko i jeszcze raz oznajmił z przyganą:

-Łoła.

Chyba już nie licząc na zrozumienie, wyjął z buzi kawałek pierniczka. Za pierniczkiem ciągnął się kłębek waty. Pewnie spadł z wyższych gałązek - mógł być śniegiem albo brodą Mikołaja z wydmuszki.

Łoła - splunął Jaś. I

wszystko było jasne.

Nowe umiejętności Jasia bardzo bawiły Julkę, ale też budziły w niej niepokój. Z Jasiem przechadzającym się przy meblach i gadającym o łołach łatwiej było się bawić i nawiązać kontakt, ale jednocześnie maluch wkraczał na tereny do tej pory zarezerwowane dla Julki. Co chwila słyszeliśmy:

- Mamo, on rusza moje kredki! On rusza moją książkę!

Żeby ułatwić życie nam wszystkim, ustaliliśmy z Julką, że swoje rzeczy trzyma wyżej, niż sięga Jaś. Ale i tak zdzieraliśmy gardła, ciągle tłumacząc i negocjując, a Julka wywiesiła na drzwiach swojego pokoju kartkę: "Jaświ wstęłmp wzberońony".

A Jaś zachowywał się jak szaleniec wypuszczony na wolność. Codziennie odkrywał jakieś nowości z imponującą energia i pasją. Zaglądał w każdy kąt, wyciągał książki z półek, przemieszczał się owinięty choinkowym łańcuchem, gryzł kanapy i smarował szyby w tarasowych drzwiach psim jedzeniem. Wszędzie go było pełno. Kiedy nauczył się pokonywać stopień do kuchni, zaczął majstrować przy drzwiach lodówki. Któregoś dnia zastałam go tam, kiedy z dziwnie błyszczącą buzią przełykał coś z zagadkową miną. Obok na podłodze wierny wspólnik Lucek wylizywał z papierka smętne resztki masła. Jaś przełknął, mlasnął, wytarł rączki we włosy i wyglądał na bardzo zadowolonego. Od tej pory kilka razy dziennie zakradał się do lodówki i

wyjadał masło,

żółty ser razem z folią i kiszoną kapustę. W popłochu przypominałam sobie, czego dziecko w tym wieku na pewno nie powinno jeść i pod wpływem tych rozważań założyliśmy blokadę na lodówkę. Jaś strasznie się wściekł, ale już następnego dnia odkrył wiklinowy kosz z warzywami i zaczął pasjami eksperymentować z cebulą - lizał, gryzł, wąchał i potrząsał.

Na wszelki wypadek umyłam i obrałam ze skórki wszystkie cebule. Dobrze zrobiłam, bo przy następnej wizycie w kuchni Jaś na serio wgryzł się w warzywo. I nic - żadnego płaczu, pisku, krzywienia się. Pociamkał, pociamkał i wypluł. Od tej pory robił to przynajmniej kilka razy dziennie. Na dodatek

nosił cebulę

ze sobą, zabierał na spacer i zasypiał z nią. Julka przyglądała się temu z obrzydzeniem i fascynacją. Któregoś razu jedna z cebul potoczyła się Jasiowi w ciemny kąt pod ławę, w stronę psiego posłania. Julka mu ją wygrzebała i zanim zdążyłam zainterweniować, Jaś dokładnie oblizał zdobycz i skrzywił się. Na cebuli był kłak kurzu i kilka włosów Lucka.

- Co, Jasiu - zagadnęła Julka z kumplowskim porozumieniem - Łoła?

Jaś spojrzał na nią z politowaniem.

- Ne. Kuz.



Więcej o: