1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

7 miesiąc: Ostry dyżur

Jaś nagle zachorował - kolejny odcinek opowieści Magdy Szczypiorskiej-Mutor.
Biegłam z Jasiem długim szpitalnym korytarzem. "Ostry dyżur" - przeczytałam na tabliczce i półprzytomna ze strachu szarpnęłam klamkę.

- Co jest? - spytała znudzona pielęgniarka.

Synek ma

kłopoty z oddychaniem

- wydyszałam. - Szybko, nie może złapać powietrza.

- Pani zaczeka na korytarzu. Jak doktor będzie wolna, to przyjdzie - wyjaśniła łaskawie. Na Jasia nawet nie zerknęła.

Ze zdenerwowania nie mogłam usiedzieć w miejscu. Co za koszmar!

Kiedy kładłam Jasia spać, był zupełnie zdrowy, poza tym, że od rana kilka razy zakasłał. Koło jedenastej w nocy usłyszałam, że z trudem wciąga powietrze, rzęzi i popłakuje zmienionym, niskim głosem, podobnym do mojego sprzed kilku dni (właśnie wyleczyłam się z zapalenia krtani). Szybko wzięłam go na ręce, otuliłam kocem, oddałam mężowi i wysłałam ich do ogrodu - intuicja i jakieś strzępki wiadomości podpowiadały mi, że chłodne powietrze zmniejszy obrzęk krtani i ułatwi oddychanie. Sama zadzwoniłam do naszego doktora, który, zawsze uspokajający i bagatelizujący drobne dolegliwości, tym razem mnie przeraził.

Natychmiast do szpitala

przerwał mi w pół zdania. - I stamtąd proszę do mnie zadzwonić, dobrze?

To było pół godziny temu. A teraz siedziałam na szpitalnym korytarzu i od kwadransa czekałam na lekarza z ostrego dyżuru. Co kilka minut pytałam pielęgniarkę i nieodmiennie słyszałam: "Już idzie". Wreszcie w perspektywie korytarza zamajaczyła postać w białym kitlu. Niemrawym i zrelaksowanym krokiem zbliżała się powoli, weszła do gabinetu i zatrzaskując mi drzwi przed nosem, wyjaśniła enigmatycznie:

- Niedługo panią poproszę.

Otworzyłam drzwi.

Czekam od kwadransa, mój synek ma kłopoty z oddychaniem...

Spojrzała na mnie jak na przybysza z obcej planety.

- No dobrze, co się dzieje? - zapytała tonem osoby przemocą oderwanej od ulubionych zajęć. Opowiedziałam.

Lekarka siłą próbowała otworzyć małemu buzię i za pomocą wielkiej metalowej szpatułki obejrzeć gardło. Jaś strasznie płakał. Zapytałam, czy nie mogłaby robić tego delikatniej.

- Jak pani taka mądra, to po co pani tu przyjechała ? - usłyszałam. -To jest, proszę pani, ostry dyżur laryngologiczny, tu się nikt nie będzie z dzieciakiem cackał. - Zapalenie krtani - warknęła po oględzinach.

Jaś, zrozpaczony i zdenerwowany, dostał zastrzyk, po którym rozpłakał się tak, że brakowało mu tchu. To było fatalne - im bardziej płakał, tym bardziej się dusił. Usiłowałam go uspokoić.

Niech pani coś zrobi - przeraziłam się nagle. - On ma sine usta!

- Gdzie? - burknęła lekarka znad papierów.

- Jak to gdzie? - krzyknęłam wściekła - Usta. Ma sine usta. Jest mu gorzej, a nie lepiej. Czekam na panią pół godziny, na siłę grzebie mu pani w gardle, traktuje go pani jak kawał mięsa i jeszcze pani pyta, gdzie ma sine usta. Albo pani się nim zajmie jak należy, albo... - chwilowo nie przychodziło mi do głowy żadne sensowne "albo", a ze złości zabrakło mi tchu.

No już dobrze, gdzie ma sine? - podeszła do mnie nieco energiczniej.

- O, cholera, sinieje! Maska, szybko! - krzyknęła do pielęgniarki.

Jaś dotleniony i podłączony do inhalatora trochę się uspokoił. Po kilku minutach zaczął

lepiej oddychać.

Odetchnęłam z ulgą.

- Jeżeli Jaś będzie musiał zostać w szpitalu, chciałabym zostać razem z nim - powiedziałam lekarce.

Niby po co? - spytała zdziwiona - Nie mamy łóżek dla matek.

To jest ostry dyżur laryngologiczny, a nie jakiś przytułek.

- Mogę siedzieć na krześle. Karmię go - wyjaśniłam.

- Czym go pani karmi?

Policzyłam w myślach do dziesięciu.

- Piersią - odpowiedziałam. Nagle zachciało mi się śmiać. Co ja tutaj robię, w środku nocy, w tym surrealistycznym szpitalu?

Damy mu teraz syrop - oświadczyła lekarka, zamierzając wyraźnie wlać go Jasiowi na siłę.

- Nie, nie, może ja to zrobię - przestraszyłam się, że mały znowu zacznie płakać i się dusić. - Wyjdę z nim na korytarz, pochodzę, będzie spokojniejszy.

- Dobrze - zgodziła się ochoczo lekarka. - To ja też sobie pójdę. Pani Alu, jakby co, będę u siebie.

Na korytarzu zaaplikowałam Jasiowi syrop. Oddychał już całkiem nieźle, ciekawie się rozglądał. Zadzwoniłam do męża i do doktora.

- A co z oskrzelami i płucami ? - zapytał pan doktor - W porządku?

- Lekarka go nie osłuchała.

- Jak to? - zdumiał się pan doktor - To niech pani poprosi, żeby to zrobiła, to bardzo ważne.

Wróciłam do gabinetu.

- Czy mogłaby pani poprosić panią doktor - zapytałam pielęgniarkę.

- A po co?

- Chciałabym, żeby osłuchała Jasia, chodzi o oskrzela i płuca.

- Ale pani doktor teraz ogląda film i prosiła, żeby nie przeszkadzać, chyba, że coś pilnego będzie...

- To jest pilne.

- Proszę pani, z oskrzelami to pani sobie jutro pójdzie do internisty. To jest, proszę pani, ostry dyżur laryngologiczny - tłumaczyła mi cierpliwie.

- Proszę wezwać lekarza - uparłam się.

Mrucząc i burcząc, warknęła w telefon:

- Ta od tego dzieciaka z dusznością chce, żeby pani zbadała mu oskrzela czy coś tam...No...no...właśnie jej mówiłam, że to laryngologia, ale wie pani... dobrze... tak.

- Pani doktor zaraz przyjdzie - oznajmiła lodowato pielęgniarka. - Ale jest bardzo, bardzo niezadowolona.

Lekarka zjawiła się tradycyjnie po kwadransie, przyłożyła do Jasia słuchawkę i odskoczyła przestraszona. - O, cholera, on ma obustronne zapalenie oskrzeli - zdziwiła się. - I szmery w płucach. Ale to nic - dodała niezrażona. Zapiszemy antybiotyk.

Wzięłam Jasia,

recepty, pożegnałam ostry dyżur laryngologiczny i zamówiłam taksówkę.

Czekając, aż przyjedzie, zadzwoniłam do doktora, który upewnił się co do stanu Jasia (oddychał normalnie, ssał, był wesolutki i w dobrej formie, bez gorączki), zalecił, co robić (niech śpi w pozycji półsiedzącej, obok włączonego nawilżacza, w chłodnym pokoju i w towarzystwie czuwającego dorosłego).

Głowa do góry - pocieszał nasz doktor - to wcale nie musi być zapalenie oskrzeli, tak długo oddychał z trudnością, że mogło to zaburzyć ich pracę. Będę u państwa przed ósmą rano, jakby coś się działo, proszę dzwonić.

I niech się pani nie martwi.

To samo powiedział miły pan taksówkarz.

Sie pani nie martwi, dobrze będzie. To co, do apteki? Skoczę z receptą i w mig będę z powrotem.

Wrócił po kilku minutach.

Pieczątki nie ma - rozłożył ręce. - Mówią, że lekarka źle wypisała receptę.

Pojechaliśmy do szpitala. Na szczęście Jaś spokojnie spał.

- Zaraz będę - rzucił taksówkarz i oddalił się sprężystym krokiem. Wrócił po pół godzinie, zły jak osa.

- Cholera jedna, film oglądała - denerwował się. - To ja jej mówię: "nawet recepty nie potrafisz pani wypisać jak należy i pieczątki gdzie trzeba przystawić". To ona do mnie, że to jest ostry dyżur jakiś tam i że ona ma za dużo na głowie. Wyobraża sobie pani?

Wyobrażałam sobie. W końcu to ostry dyżur laryngologiczny, a nie jakaś przystawialnia pieczątek.

Więcej o: