1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

3 miesiąc: Mama ma wychodne

Magda Mutor odważa się zostawić trzymiesięcznego Jasia z mężem... Zamknęłam oczy. Cicho, ciepło i święty spokój. Siedziałam na tarasie w bujanym fotelu i czytałam książkę. Był ciepły letni poranek.
Julka niedawno wstała i w piżamie pobiegła do ogrodu, oglądać gniazdo mrówek. Jaś spał w wózeczku pod sosną, mąż na górze w sypialni. Z zamyślenia wyrwał mnie tupot nóżek na ścieżce.

- Mamo, patrz! - zachwycona Julka podstawiła mi pod nos zaciśniętą łapkę, z której wyciekało coś czerwonego ("Dżdżownice!" - przemknęło mi przez myśl). - Maliny! Cztery! Już są! Mogę je zjeść? Podzielę się z tatą! - i popędziła na górę - Bo ty nie możesz, prawda? - zatrzymała się przy schodach.

Nie mogę - uspokoiłam Julkę.

Tak myślałam - odetchnęła z ulgą. - A dzisiaj

tata jest biedny,

bo zostaje z Jasiem.

Rzeczywiście - dziś mamy z Julką wychodne. Wczoraj planowałyśmy, co będziemy robić, ale teraz wyleciało mi to z głowy. Rano nie byłam zbyt przytomna.

Wprawdzie ostatnio sypiałam całkiem nieźle, bo karmiłam Jasia prawie przez sen (spaliśmy wszyscy razem), ale za to mały budził się regularnie o 5.45 i zaczynał dzień. Nakarmiony, poprzytulany i z odpowiednią dawką wrażeń (oglądanie mordki Lucka i liści na drzewach, czytanie o Słoniu Trąbalskim, tańce i łaskotanie po brzuszku), zasypiał koło ósmej w wózku w ogrodzie.

Nie mogłam wtedy wrócić do łóżka i zostawić Jasia na pastwę mrówkom, ale kiedy byłam bardzo śpiąca, zasypiałam w śpiworze w hamaku tuż obok wózka. Czasem budziło mnie guganie, a czasem Fela, która szturchała mnie mokrym nosem, kiedy tylko Jaś poruszył się przez sen.

Dzisiaj rano nie spałam - oprócz rannego dosypiania lubię też samotne poranki, kiedy wszyscy jeszcze śpią. Ale kiedy usłyszałam dyskusję Julki z tatą na temat wyższości malin nad truskawkami, postanowiłam wygramolić się z fotela i

zacząć dzień.

Było już po ósmej, miałyśmy z Julką ważne plany, zaraz obudzi się Jaś...

- To dokąd idziemy, Juleczko? - uśmiechnęłam się do wysmarowanej malinami buzi - Na koniki?

- Taaak! Hurra! Hurra! Do pani Romy!- rozpromieniła się Julka - Przez las, dobrze? Ale się cieszę! - i popędziła pakować marchewkę dla koni.

Zajrzałam do Jasia. Spał w wózku szczelnie osłoniętym moskitierą (to znaczy starą tiulową firanką), bo w naszym ogrodzie mieszka mnóstwo owadów. Poczułam się trochę niepewnie. Pierwszy raz miałam go zostawić, i tylko na trzy godziny, no i z mężem, który świetnie sobie z Jasiem radzi, więc właściwie wszystko było w porządku.

Często układaliśmy dzień tak, że mąż zajmował się Jasiem i przynosił mi go tylko do karmienia, a Julka nareszcie mogła mieć mamę tylko dla siebie. Mąż nigdy nie zapominał o różnych drobiazgach - o kremie z filtrem, czapeczce, posmarowaniu pupy, a co najważniejsze widziałam, że bycie z Jasiem sprawia mu wielką frajdę. Godzinami nosił go na rękach, śpiewał, czytał, opowiadał.

Ale dzisiaj pierwszy raz miałam wyjść z domu i

zostawić ich samych.

Na dodatek mieliśmy problem z karmieniem - oczywiście zostawiałam im dziś ściągnięte mleko, ale Jaś nie umiał pić z butelki.

- Nie martw się - uspokajał mnie mąż. - Spróbuję butelką, a jak nie będzie chciał, nakarmię go łyżeczką. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

- No jasne - pocieszyła mnie Julka. - Nie martw się, mamo, może wypije przez słomkę. Jedliśmy w ogrodzie długie i leniwe śniadanie. Julka planowała, co będziemy robić.

- Kupimy po drodze jabłka dla koni i bułkę dla kózek, i płatki owsiane dla kur, i sałatę dla królików - paplała zachwycona. - I lizaka dla mnie, dobrze? - dodała przytomnie.

- Jasne - zapewniłam. - I wafelki dla mnie.

- Lelelele...uuu... - zagulgotał z wózka Jaś. powątpiewaniem

- Ooo,

już nie śpi

- ucieszyła się Julka. - To ja się z nim pobawię, zanim mama się przygotuje - zerknęła z powątpiewaniem na mój szlafrok.

Mąż położył na tarasie grubą gąbkę, koc, prześcieradło i Jasia, a Julka przyniosła grzechotki i książeczki. Jaś był już całkiem sensownym braciszkiem. Potrafił gugać i piszczeć z radości, robił bardzo śmieszne miny i ciągle się śmiał. Położony na brzuszku, podnosił sztywno główkę i oparty na dłoniach próbował jedną łapką sięgnąć po grzechotkę To był nie lada wyczyn. Lubił zabawki o różnej fakturze - Julcia przynosiła mu kudłate misie, długowłose lalki, twarde klocki, piłeczki z gąbki. Znakomicie się razem bawili.

Jaś zaczynał też interesować się sobą samym, ze szczególnym upodobaniem oglądał własne paluszki, oblizywał je, ssał i próbował złapać się rączką za rączkę. Któregoś dnia ze zdumieniem wymacał sobie na głowie ucho i bez powodzenia usiłował je wyrwać. Potrafił też złapać w rączkę grzechotkę i walnąć się w głowę. Lubił bawić się włosami Julki i chichotał, kiedy siostra łaskotała go w brzuszek.

Miał w sobie jakieś

wielkie pokłady cierpliwości,

optymizmu i pogody ducha i chyba dzięki temu coraz rzadziej występował w opowieściach Julki jako "ten głupek", a częściej mówiła ciepło "mój Jaś". Miałam wrażenie, że uzupełniają się charakterami - do wrażliwej, delikatnej Julki bardzo pasował ten pogodny, zrównoważony grubasek...

Mąż przyglądał się baraszkującym dzieciom, a ja przez ten czas zgromadziłam wszystkie Jasiowe akcesoria, które mogły się przydać pod moją nieobecność - ubranko na zmianę, cieplejszy kocyk, butelkę z mlekiem, skarpetki, pieluchy - oraz całą listę przypomnień, która zaczynała się pozycją "uważaj, żeby nie zmarzł w ogrodzie", a kończyła "nie ubieraj go za ciepło" i dramatycznym wykrzyknikiem "moskitiera!!!".

Nakarmiłam Jasia i wyszłyśmy. Było świetnie. W lesie robiłyśmy wyścigi i właziłyśmy na sosnę, u pani Romy karmiłyśmy króliki i kury, a koza polizała Julkę w ucho. Jeździłyśmy na koniach, odpoczywałyśmy na sianie, rzucałyśmy psom patyki i oglądałyśmy małe kocięta. Wracałyśmy zmęczone i szczęśliwe, ale w miarę zbliżania się do domu zaczynałam czuć

lekki niepokój,

który stał się całkiem wyraźny, kiedy weszłyśmy do domu. Cicho. Pusto. Wszystkie zgromadzone przeze mnie potrzebne rzeczy leżały tak, jak je zostawiłam. Na liście przypomnień stał kubek z częściowo wychlapaną herbatą, rozsypany cukier i mokra łyżeczka. Butelka z mlekiem nietknięta. Julka pobiegła na górę, żeby się przebrać i stamtąd zaanonsowała:

- Tu też ich nie ma.

Wyszłam do ogrodu. W wózku nikogo. Usłyszałam ciche skomlenie. To Fela leżała pod hamakiem na końcu ogrodu i powitalnie machała ogonem. Podeszłam bliżej i odetchnęłam z ulgą. W hamaku spał mąż. Na nim przez sen posapywał Jaś, szczelnie omotany firanką. Parsknęłam śmiechem. Mąż otworzył jedno oko.

- O! - zdziwił się - Już? Zasnęliśmy, jak tylko wyszłaś.

- Czemu zawinąłeś go w firankę?

- Napisałaś "moskitiera!!!", a reszta zalała się herbatą - szepnął mąż i zasnął.

Spędziłyśmy z Julką bardzo miły dzień. Uporządkowałyśmy kolekcję starych guzików i upiekłyśmy ciasteczka. Gdzieś tak w okolicach popołudnia Julka oznajmiła:

- Wiesz co, fajnie jest z tobą, ale już chciałabym się pobawić z Jasiem.

- Aa guu - ucieszył się mały, gulgocząc z radości, kiedy siostra zajrzała do jego łóżeczka.

Więcej o: