1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Nie ma jak matka

Przez pierwsze tygodnie, miesiące, a nawet lata dzieckiem powinien się opiekować ktoś, kto je kocha - mówi Zofia Milska-Wrzosińska w rozmowie z Justyną Dąbrowską.
Jak długo - z punktu widzenia dobra dziecka - należałoby być z nim w domu?

Najlepiej się nim zajmować do trzeciego roku życia. Mówię oczywiście o sytuacji idealnej. Małe dziecko właśnie w tym okresie jest istotą bardzo wymagającą. Żeby móc rozpoznawać jego potrzeby, na przykład wiedzieć, z jakiego powodu płacze - trzeba być z nim emocjonalnie związanym. Na ogół młoda matka na początku jest w panice, zwłaszcza jeśli jest to jej pierwsze dziecko - nie umie odczytywać sygnałów, które ono wysyła. Ale jest gotowa uczyć się tego, ponieważ jest to jej dziecko, była z nim związana przez dziewięć miesięcy ciąży i jest związana nadal. Później, w połowie drugiego roku życia dziecka, pojawiają się pierwsze sygnały budowania przez nie oddzielnego "ja". To próby konfrontacji, kiedy np. dziecko nie chce jeść albo chce jeść tylko jedną potrawę. Żeby dać sobie z tym radę, trzeba być naprawdę zaangażowanym emocjonalnie.

Czy chodzi tylko o to, żeby znosić te wymagania, próby i zachłanność?

Jeśli ktoś jest w stanie to wszystko znieść, to oznacza również, że reaguje w sposób dobry dla dziecka. I nie popełnia dwóch zasadniczych błędów - nie jest ani nadmiernie rygorystyczny, ani nadmiernie pobłażliwy. Dziecko potrzebuje błysku zachwytu w oczach matki - że postawiło pierwsze kroki, że coś powiedziało, albo nawet, że się tak uroczo złości. I jeżeli w tym okresie nasyci się podziwem najbliższych, to jest nadzieja, że nie spędzi reszty życia na poszukiwaniu admiracji i uwielbienia w cudzych oczach. A nawet bardzo oddane opiekunki patrzą na dziecko inaczej niż matka, nie są takie skore do autentycznego, emocjonalnego zachwytu.

Obecność kogoś kochającego ma wiele dobrych stron. Ten ktoś wyznacza granice, a jednocześnie umie zaspokajać potrzeby dziecka wtedy, kiedy trzeba i tak, jak trzeba, ponieważ miłość oznacza bliskość i zrozumienie. Gdy małe dziecko boli brzuch, wydaje mu się to końcem świata. Matka przytuli je i pocieszy, wymasuje brzuszek, da kropelki. Dla dziecka jest to sygnał, że ktoś sobie radzi nawet z tym, co jest dla niego straszne.

Jakie są więc konsekwencje sytuacji, kiedy przy dziecku nie ma stałe takiej kochającej osoby?

Każdy ma pewnie za sobą takie doświadczenie, kiedy potrzebował obecności kogoś bliskiego, a nikogo obok nie było. To zostaje w człowieku. Ale jeśli któraś z matek ma poczucie, że może zbyt mało była przy dziecku w pierwszych trzech latach jego życia, to nie chciałabym, by poczuła się winna. Nie warto się obwiniać, tylko raczej pomyśleć, jak to naprawić. Taka nieobecność kochających osób nie skazuje automatycznie dziecka na gorszy los, ale sprawia, że będzie musiało się więcej napracować nad swoim szczęściem.

Omówiłyśmy sytuację idealną. Ale urlop macierzyński trwa szesnaście tygodni. Co ma zrobić matka, jeśli musi wrócić do pracy, a jej dziecko ma cztery czy pięć miesięcy?

Po pierwsze zastanowić się, kto może ją zastąpić, kiedy ona pójdzie do pracy. Na przykład, jeśli partner akurat nie ma pracy, to od początku powinni się umówić, że on przejmie te obowiązki.

Czy to jednak nie wpływa źle na dziecko, jeśli w niemowlęctwie wychowuje je ojciec, a nie matka?

Trzeba wziąć pod uwagę, że kiedyś matka była ciepła, oddana dzieciom, emocjonalnie nie do wyczerpania. Cały czas była dla dzieci dostępna i nic jej nie ciągnęło na zewnątrz. To był jej los. Teraz takich kobiet właściwie nie ma, bo upodobniły się one trochę do mężczyzn - są gotowe coś z siebie dawać, ale jednocześnie chcą czegoś dla siebie. Różnica jest taka, że mężczyzna nie karmi piersią. Dlatego uważam, że przez pierwsze miesiące dzieckiem powinna opiekować się matka. Myślę, że również dla matki rozstanie, raptowne oderwanie od dziecka kilka tygodni po porodzie jest przedwczesne i może być szokiem. Jeśli natomiast ojciec przejmie opiekę nad pięcio- czy siedmiomiesięcznym dzieckiem, to wygląda na to, że nie dzieje się nic złego.

Czy mężczyźni bez trudu podejmują taką rolę?

Wiadomo, że różnie to znoszą. Niektórzy cieszą się, gdy wokół nich w parku są same mamy z wózkami. Innych to uwiera. Generalnie ten model się sprawdza, pod warunkiem że mama nie znika nagle na dwanaście godzin dziennie, pozostawiając opiekę wyłącznie tacie. Takie zmiany nigdy nie są dla dziecka dobre, bo jego układ nerwowy jest niedojrzały i musi mieć czas, żeby się dostosować. Jeżeli planowana jest zmiana głównego opiekuna, gdy dziecko będzie miało pół roku, to w ciągu pierwszego półrocza druga strona powinna wyraźnie być obecna. No i mieć czas, żeby się dziecka nauczyć, poznać je.

Czyli nie byłoby dobrze od razu wskakiwać w kierat, skoro w domu z dzieckiem może zostać oddany tata czy babcia?

Myślę, że jak ktoś się decyduje na bycie matką, to jakby zawiera ze swoim dzieckiem niepisaną umowę, że poświęci mu część własnego życia. Jak duża będzie to część, można negocjować z bliskimi i samym dzieckiem, ale nie da się pozostawić go poza główną linią swojego życia. Ja wiem, są głosy, że nie ilość czasu się liczy, tylko jakość, i że wystarczy 20 minut, byle codziennie, albo fajny weekend. To jest mit. Matka wracająca po 12 godzinach z pracy nie jest dyspozycyjna ani emocjonalnie, ani intelektualnie. Poza tym wychowanie dziecka nie może być akcyjne, nie można się pojawiać jak meteor od czasu do czasu. Nawet jeśli co pewien czas fizycznie matki nie ma, to jednak ma ona być obecna w życiu dziecka, wiedzieć, co się dzieje. To my konstruujemy jego świat. I chcemy, by był dobry i bezpieczny.

Dlaczego opiekunka nie może nas w tym zastąpić?

Ponieważ to nam zależy na naszym dziecku i dzięki temu jesteśmy w stanie zadbać o jego dobro. Powtórzę: malutkim dzieckiem powinna zajmować się osoba, która je kocha. A opiekunka naszego dziecka nie kocha i nie ma powodu, by je kochała. Może co najwyżej dobrze wykonywać swoje zadanie, a jeżeli niemowlę ma przy sobie wyłącznie osobę, która tylko "dobrze wykonuje swoje zadanie", to jest to dla niego emocjonalnie niszczące. Opiekunka oczywiście przewinie je tak jak trzeba, ale płacz jej nie poruszy, bo nie jest z dzieckiem emocjonalnie związana. Nie odpowie więc na ten płacz w sposób emocjonalny.

Sto lat temu kobiety przychodzące na służbę wiedziały, że wiążą się z rodziną i dzieckiem (i kolejnymi dziećmi) na całe życie. Ta rodzina stawała się ich rodziną. I jeżeli tworzyła się więź miłości i bliskości, to miała szanse na trwałość. W dzisiejszych czasach nianie to często młode dziewczyny, które po prostu chcą zarobić na wynajęcie mieszkania czy opłacenie studiów, a później rozpoczęcie swojego życia. Załóżmy, że taka opiekunka pokocha nasze dziecko i ono także ją pokocha. Ale prędzej czy później odejdzie, zniknie, a u dziecka może pojawić się uraz. Jeżeli na co dzień to jakaś pani kocha dziecko, a my kochamy je tylko raz w tygodniu, tworzy się sytuacja, w której nasze dziecko nie będzie miało szansy iść dalej przez życie ze swoim najważniejszym "obiektem miłosnym". I jeszcze jedno - jeśli ta pani spędza z nim czternaście godzin, to przede wszystkim ona je kształtuje, a nie my. Czy aby na pewno tego właśnie chcemy?

Skoro nie opiekunka, to może babcia?

Dla babci energiczny dwulatek może być zbyt dużym wyzwaniem. Także emocjonalnym. Są babcie, które mają więcej spokoju wobec wnuków niż dawniej wobec własnych dzieci, ale są też babcie mające jeszcze więcej niepokoju, nadopiekuńcze. Z babcią często też zdarzają się konflikty co do sposobu wychowania, a nie możemy od niej wymagać jak od niani, której płacimy, bo babcia robi to z miłości. Dlatego nie możemy ograniczać jej zachowań, by były spójne z naszym sposobem wychowania. To są jej sposoby wyrażania miłości, zresztą babcia i tak będzie robiła swoje, tylko w ukryciu.

A co myślisz o żłobkach?

Uważam, że nie powinno się oddawać dzieci do żłobka. We wczesnym dzieciństwie dziecko nie powinno podlegać opiece instytucjonalnej. Z trudem wyobrażam sobie okoliczności, w których żłobek byłby jedynym wyjściem. Prawdę mówiąc, uważam, że wszystkie żłobki powinno się zlikwidować.

Z tego, co mówisz, wynika niezbicie, że najlepiej, by na początku to jednak matka zajmowała się swoim dzieckiem. Ewentualnie ojciec...

Myślę, że sufrażystki czy emancypantki walczyły właśnie o to, żebyśmy mogły jako kobiety wybrać moment, kiedy się na dziecko decydujemy. Po to istnieją metody antykoncepcyjne, żebyśmy mogli to planować i przewidzieć, że na przykład w ciągu najbliższych kilku lat w naszym życiu nie ma miejsca na dziecko albo że nasz partner, którego możemy zresztą bardzo kochać, nie nadaje się jeszcze (lub w ogóle) do roli ojca. Myślę, że to bardzo ważne, aby od momentu, kiedy zacznie się współżycie seksualne, zadawać sobie pytanie, czy to jest właściwy czas, aby mieć dziecko. A jeśli to nie jest dobry czas - dbać, by nie zajść w ciążę.

Niektóre kobiety nie muszą wracać do pracy, ale coś je strasznie z domu wypycha. Co to jest?

Dla współczesnych kobiet całkowite oddanie się dziecku przez trzy, cztery lata życia jest trudne do zaakceptowania, niemal niemożliwe. Kiedyś to było naturalne. Zamożniejsze kobiety miały służbę, mniej zamożne zajmowały się dzieckiem same. Mężczyzna szedł w świat i zapewniał środki na utrzymanie. Taki był kontekst społeczny. Właściwie nie było alternatywnych ról. Można było być zakonnicą, pielęgniarką, wtedy nie miało się dzieci.

Dziś macierzyństwo nie wyklucza innej aktywności. Młode kobiety boją się, że jeśli poświęcą cały swój czas dziecku, to potem nie będą miały dokąd wracać, nie znajdą pracy, przestaną też czuć się atrakcyjne etc. U wielu aktywnych kobiet codzienna monotonia wywołuje też poczucie wyjałowienia. Chciałyby czegoś więcej. Na zewnątrz dzieje się tyle ciekawych rzeczy... I pojawia się myśl: "Czy ja przypadkiem nie tracę czasu?".

A mąż czasami to potwierdza...

Żona czuje się często bezradna, zwłaszcza jeżeli mąż uznaje, że jak ona nie pracuje, to nic nie robi. Wszyscy znamy tych mężów, którzy mówią: "Co to w ogóle za praca? Ty masz raj, ja ci bardzo zazdroszczę, byłbym szczęśliwy, gdybym tak mógł siedzieć w domu". Kobieta, która wstaje o szóstej rano, zajmuje się maluchem, spaceruje, robi zakupy, przygotowuje obiad, sprząta, pierze, prasuje i zaspokaja wszelkie potrzeby dziecka - dowiaduje się, że to nie jest żadna praca, tylko aksamitne życie, którego mąż jej zazdrości. I wtedy pojawia się ta myśl: "To ja w takim razie pójdę do pracy". Przychodzi znużenie, poczucie wyjałowienia, niedocenienia, odstawienia na boczny tor. Ale na to naprawdę są inne sposoby niż pójście na dwanaście godzin do pracy. Wymaga to trochę asertywności, bo trzeba ponegocjować z mężem, żeby przejął chociaż trochę obowiązków. Bywa tak, że mąż jest gotów np. dwa popołudnia w tygodniu spędzać z dzieckiem, a raz w tygodniu można oddać dziecko do babci, jeżeli będzie tam miało dobrą opiekę. Dla zmęczonej matki bardzo ważne jest, żeby znalazła czas tylko dla siebie, by miała poczucie, że są takie momenty, kiedy ma dziecko z głowy i może robić to, co chce. Pójście do pracy to niejedyny sposób na ożywienie swojego życia.

Dziękuję za rozmowę.

Więcej o: