1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Nie czytaj mi, mamo, byle czego

Cytać! Cytać! - i dwulatek ładuje ci się na kolana ze stosem książeczek. Dwadzieścia minut dziennie - eksperci powiadają, że tyle dziecku czytać trzeba. Inaczej mózg mu zwiędnie, wyobraźnia się zroluje, a ty zostaniesz złym rodzicem.
Wcale się nie skarżę. Ja to nawet lubię. Przygniata mnie tylko brzemię odpowiedzialności - że co mu dziś przeczytam, to mu się za 20 lat w głowie odezwie jako pewnik i dogmat, prawo rządzące wszechświatem. Brzydactwo jakieś i kicz wprogramuję mu jako "ładne" i na wsze czasy zamknę dostęp do sztuki. Mózg dziecka jest jak plastelina. Tacy purytanie to wiedzieli, a że mieli hopla na punkcie grzechu, to pierwsze zdanie w ich elementarzu brzmiało: "In Adam's fall, we sinned all". Że niby grzech Adama naszym jest grzechem. Więc purytański szkrab wiedział, że ma u pana Boga z góry przechlapane. Tyle na "A". Dalej leci o płonących jeziorach piekielnych, w których kończą kłamcy, o Sodomie, że los jej marny, i o pokorze, która zresztą niewiele da, bo okrutny Bóg i tak zrobi, jak zechce.

No dobra, skłamałam, niech mnie płonące bajoro pochłonie. Ja lubię czytać przez jakieś piętnaście minut. Wzruszam się jego wzruszeniem, ekscytuję jego ekscytacją. Przez kolejne dziesięć zaciskam zęby i rywalizuję z milionami rodaków ("cała Polska" swoim dwadzieścia, to ja mojemu pół godziny, niech ma). Ale na tym się nie kończy. On chce jesce. Jesce cytaj. Po siedmiu lub ośmiu książeczkach i stojedenastym "a co to?", "a po co?" - mam ochotę wyć.

To idzie fazami, jak ewolucja. Najpierw były głodne zwierzątka: wszystkożerna gąsienica, kotek klasyk, ten od miseczki (przy "teraz pusta" Młody pochlipuje i pomiałkuje, głaszcząc obrazek z kotkiem), oraz wiecznie głodny miś, co utknął w norze. A tak nawiasem, te misie to zaraza jakaś jest. Grzeczne, niegrzeczne, śpiące, sikające do nocnika. Koszmar. Ale "misie lubią dzieci" z wzajemnością, taki los. Opowieść o zgubionym misiu przerobiliśmy ze sto razy (w połowie Młody wpada w rozpacz, bo miś zgubił mamę, a po chwili w euforię, bo miś mamę znalazł).

Po misiach i kotkach z oporami wchodzą małpki (George!), by wreszcie ustąpić miejsca ludziom, najchętniej w otoczeniu maszyn rolniczych (Bob i inni faceci w kaskach). Jeśli już pozwoli mi wybrać lekturę - a pozwala rzadko, bo zwykle wie, czego chce, i zwykle jest to Miś - wybieram treści subwersywne. Ma się dziać i ma być zabawnie. Zero moralizatorstwa, precz z sentymentalizmem. Moim faworytem jest Kot Prot, poeta, żongler, oszust, kuglarz, bałaganiarz i psotnik (autor to słynny Dr Seuss; rewelacyjny przekład Barańczaka).

Jak to się ma do feminizmu? Trochę się ma, ale tylko trochę. Rzecz w tym, że dostępna u nas literatura dla dzieci jest bezbrzeżnie konserwatywna. O grzechu już się maluchom nie czyta, ale przekaz - że warto być grzecznym - się nie zmienił. Dzieci, szczególnie dziewczynki, podlegają tresurze. Dziewczynka to istota jest delikatna, co gra na harfie. Chłopiec zaś dzielnie walczy o smoczek z kotkiem, a jak dorośnie, to będzie sportowcem. Przedmioty i zwierzątka też tak mają. Jak coś jest rodzaju żeńskiego (myszka, betoniarka), to małe jest, słabe i głupiutkie. A jak męskiego (zajączek, traktor), to skacze i wyrusza na wędrówkę. Zresztą Prot anarchista też jest kocurem, a jego oponentka, to zrzędliwa rybka, taka ciotka-cnotka, co chce wszystkim zabawę zepsuć. Zacnym wyjątkiem jest Lokomotywa - niby baba (wielka, ciężka i pot z niej spływa), ale jak już ruszy, to nic jej nie powstrzyma. To tak to, to tak to, to tak.

Z ulgą przyjęłam Nusię (Pija Linden- baum, Zakamarki). Poskromiła stado wilków, a przy okazji zapomniała, że się miała bać. Wilki poczochrane, Nusia nastroszona, Młody w ekstazie, z trudem wytrzymuje napięcie. Niezły jest też Igor tej samej autorki - nie przepada za wojną i tak jakoś ma, że chce się bawić lalkami. Co z tego wynika dla dwulatka? Że można tak, a można siak. Że świat jest różnorodny: i straszny, i przyjazny. Że trzeba szukać własnej drogi i nie bać się. Grzeczność i piekło to ściema i kit.

PS Ten felieton dedykuję osobie o pseudonimie Kot, która na forum pod tekstem Pudelki i koparki pyta ironicznie: "Agnieszko Graff, gdzie problem? Czy podział ról jest zły absolutnie?". Spieszę z odpowiedzią: żeby tak zaraz absolutnie, to nie, są na świecie gorsze rzeczy. Ale nudny jest, ograniczający, duszny. A dla niepokornych i niesformatowanych może się okazać bolesny. Nie wiemy, na kogo wyrosną nasze dzieci. Na razie możemy pokazywać im różne możliwości. Polecam ci, Kocie internauto Kota Prota. Więcej luzu, więcej bałaganu. Także w kwestii "ról".

Więcej o: