1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Co z tą autonomią?

Feminizm tak chciałby namieszać w prawie i w ludzkiej wyobraźni, żeby w kobietach zobaczono osobne osoby, co mają własne imiona, nazwiska i życiowe plany. A nie tylko mamy Zoś, Goś, Jasiów i Grzesiów.
Przez lata nasłuchałam się, że feminizm jest z matkami na bakier, że pomniejsza ich zasługi, że ignoruje. Macierzyństwo opisuje jako katastrofę, podczas gdy większość kobiet widzi w nim spełnienie. Jako feministka bezdzietna znosiłam te pretensje z irytacją, ale i z pewną pokorą. Istotnie, trochę o to w feminizmie chodzi, żeby kobiety od macierzyństwa odkleić. Żeby im horyzont życiowy poszerzyć. Wybór dać. Dopuścić do głosu bolesne, ciemne strony matkowania. I tworzyć przestrzeń dla bezdzietności. Takiej z wyboru, bez piętna, bez źle skrywanej pogardy i litości.

Litania feministki: dyskryminacja, brak żłobków, brak miejsc w przedszkolach, brak ochrony matek na rynku pracy. Nieobecność i niewidzialność ojców (o ojcach będzie za miesiąc, teraz tylko odnotujmy, że ich nikt za ojcostwo na rynku pracy nie karze). Prawda to? Prawda, jasne, że tak. Ale nie cała prawda.

Wszystkie znane mi mamy małych dzieci swoją osobność straciły. Niektóre znoszą to lepiej, inne gorzej. Znam takie, co się bronią, walczą o swój czas i swój kawałek przestrzeni. I takie, co z rozkoszą nurzają się w świecie kocyków, klocków i kaszek, bez żalu zamieniając własny pokój na pokój dziecięcy. I jednym, i drugim macierzyństwo robi w życiu totalne przemeblowanie. Autonomię i osobność pochłania. I wcale nie jestem pewna, czy znany mi feminizm ma na to receptę. I czy my takiej recepty chcemy.

Właściwie to jest tak, że drzemka trwa godzinę i człowiek matka planuje, że sobie Kanta poczyta, albo choćby Mankella. A tu trzeba posegregować pranie. Imperatyw kategoryczny. Człowiek matka piąłby się po stopniach kariery. Motywacja jest i opiekunka, i grafik co do minuty rozpisany. Ale akurat dziś opiekunka musi wyjść o 16.15, bo ona też ma swoje życie i swoją opiekunkę, która wychodzi o 17. Człowiek matka ma właśnie naradę zespołu do spraw arcyważnych, które nagle stają się nieważne.

Stronę praktyczną da się udźwignąć, zwłaszcza jeśli w zestawie z dzieckiem w twoim życiu jest jeszcze tata. Ale jest i strona emocjonalna. Dzieci ciągle czegoś potrzebują, zwłaszcza nas. Nie robią tego w imię patriarchalnej ideologii, tylko - jakby to ująć? - bo tak mają. Kiedy się ma dwa lata, to się potrzebuje mamy. Kiedy się ma dwa lata, to autonomia kojarzy nam się z czerwonym autem, które ma Zosia z góry i nie chce nam dać (Mamooo! Zabraaałaaa!). W oczach dziecka mama nie jest żadną osobną osobą, tylko zasobem naturalnym.

Co my na to? Tu właśnie zaczyna się skandal. My temu ulegamy. To może być kwestia decybeli. Wobec wrzasku dwulatka wszystko inne staje się absurdalnie nieistotne. Czas dla siebie kurczy się do prysznica. Przyjaciółki od intelektualnych rozmów wymieniasz na takie, co mają dzieci w tym samym wieku i mieszkają góra 10 minut drogi od ciebie. Autonomię zawieszasz na kołku i idziesz na górę pożyczyć czerwone auto.

Dawna ja powiedziałaby tej dzisiejszej, że ma patriarchat w głowie, że to propaganda działa. I może trochę tak jest. Ale jest i tak, że człowiek matka, nawet feministka, to już nie jest osobna osoba. Kanta bez żalu wymieniam na Nusię, tę od wilków.

Podobno kiedy potomek skończy cztery latka, kawałek dawnej siebie się odzyskuje. Niektórzy mówią, że owa magiczna granica to trzy lata. Tak czy owak, szmat czasu. Przydałby się feminizm, który by to opisał: że to jest trudne, ale też piękne i potrzebne. Program minimum: zamiast od matek wymagać autonomii i osobności, namotać coś w sprawie ojców. Coś wykombinować, żeby i oni tę swoją osobność ciut, ciut okroili. Żeby się umatkowili. Ale o tym będzie za miesiąc.

Więcej o: