Broń boże nie wchodźcie do wody, bo będą strzelać z tamtej strony. Nawet dziecko ich nie powstrzyma! - straszą nas miejscowi.
Ale kto by tam wchodził do lodowatej wody? Chcemy tylko pokazać dziecku rzekę. Marianna na chwilę się budzi, ale Bug nie robi na niej wrażenia. Nic dziwnego. Ma dopiero osiem miesięcy. W tym wieku jak człowiek chce spać, to śpi i nie ma gadania. Po drugiej stronie rzeki Białoruś: dzikie drzewa, zachmurzone niebo i ani żywej duszy. Prawdziwy koniec świata.
Optymistyczna Białoruś
Wybraliśmy się z naszym bobasem na wyprawę wzdłuż wschodniej granicy Polski. A przy okazji - wzdłuż Bugu. Jedziemy z Warszawy do Terespola, a potem dalej w dół mapy. Droga jest pełna wybojów. A Bug kręty i niebezpieczny. Przygniatają go powywracane przez bobry drzewa. Słuchamy białoruskiego radia. Tam wszystko jest optymistyczne i najlepsze na świecie, jak w PRL. Samochód skacze więc w rytm radosnego disco naszych sąsiadów. Słuchają go lokalni gospodarze, bo mówi o tragicznej miłości, zdradzie i podrywaniu dziewczyn na zabawie. Zupełnie jak stare ludowe pieśni. Mariannie się podoba. Śmieje się do rozpuku i żwawo rusza pulchnymi nóżkami.
Zupki, papki i ciężary
Dopóki trzęsie, jest dobrze. Marianna najbardziej się cieszy, gdy samochód jedzie wyboistymi drogami. Podróż na wschód to więc świetny wybór - tam drogi są najbardziej wyboiste.
To dla nas pierwsza tak długa samochodowa podróż z dzieckiem. Pakowanie zaczynamy już dzień wcześniej. Rezygnujemy z wózka - zajmuje za dużo miejsca. Marianna waży tylko 10 kg i Tata obiecuje, że będzie ją nosił w chuście.
- Miłość nic nie waży. - Tata zgrywa siłacza i łaskocze stópki bobasa.
Zabieramy zapas pieluch, torebkę błyskawicznej kaszki i obiadki w słoiczkach.
- Co jak co, ale na wakacjach gotować nie będę! - buntuje się Mama, codziennie warząca zupki z ekologicznych warzyw.
Ciuchów tylko trochę, bo zawsze można uprać w Bugu. Ciepły swe-terek, kilka kocyków. Bierzemy też łóżeczko turystyczne. Ale najbardziej liczą się drobiazgi. Bo co zrobić, jeśli jadąc w głuchą dzicz, zapomni się smoczka lub ulubionej przytulanki? Płacz będzie taki, że przegoni z nadbużańskich puszcz wszystkie chronione gatunki zwierząt. Zabieramy więc zapasowego smoka i maskotkę krówkę, żeby Mania nad Bugiem czuła się jak w domu.
Marianna w aucie zasypia błyskawicznie, bo to właśnie pora jej snu. A my prujemy, żeby dojechać jak najdalej, zanim się obudzi.
Po szengenie
W Terespolu zatrzymujemy się naobiad. W przyjemnej pizzerii Mama karmi Mariannę piersią. Obsługa patrzy z sympatią.
Terespol wygląda jak wymarłe miasto. Odkąd weszliśmy do Unii, Białorusinom trudniej przedostać się przez granicę. Nie ma już handlarzy rajstopami, przemytników papierosów i drobnych cwaniaków kombinujących, jakby tu oszukać celnika.
- Pani, przed szengenem Terespol to było wielkie centrum handlowe - przekonuje Mamę pan z papierosem i długą brodą.
Śladu po tym centrum nie widać. Zostały tylko urocze drewniane kamienice, neogotycki kościół i cerkiew z XVIII wieku.
Dziecko najedzone i w dobrym humorze, więc chcemy jechać dalej.
Ale Mania na widok fotelika samochodowego zaczyna marudzić: "O nie, ja tam nie wejdę!" - zdaje się mówić. Pewnie ma dość siedzenia w tej samej pozycji. Właśnie zaczyna raczkować i chciałaby rozprostować kości, a tu ani centymetra czystej podłogi. Co robić? Mama przygotowuje jej na tylnym siedzeniu teatrzyk z butelki po wodzie i mapy. Pan Mapa poznaje Panią Butelkę. Idą razem na spacer. A my w tym czasie dojeżdżamy do następnej miejscowości.