Dziecko 2.0 - nauka od kołyski

Paweł Tomanek
20.05.2009 , aktualizacja: 20.05.2009 13:11
A A A Drukuj
Chcesz mieć w domu małego geniusza? Nie ma sprawy: na rynku edukacyjnym znajdziesz dziesiątki - jeśli nie setki - sposobów, które obiecują napompowanie IQ twojego dziecka. Ale które z nich są skuteczne? Czy "poprawianie" inteligencji i uzdolnień małych dzieci w ogóle ma sens?

Chyba każdy rodzic niemowlęcia albo kilkulatka zna ten dylemat: stoisz w sklepie przed półką pełną zabawek i zastanawiasz się, którą z nich kupić dziecku na urodziny albo po prostu bez okazji. Niemal każda kusi korzyściami rozwojowymi, które - według producenta - przyniesie twojemu dziecku: jedna poprawia orientację przestrzenną i umiejętność manipulowania przedmiotami, inna - pomaga w zrozumieniu relacji przyczynowo-skutkowych, jeszcze inna - rozwija umiejętności werbalne i talent muzyczny. Kupujesz w końcu tę z największą ilością edukacyjnych bonusów i z poczuciem spełnionego obowiązku niesiesz ją do domu. Kolejny raz udało ci się nie wypaść z peletonu rodziców, którzy dbają o rozwój intelektualny swojego dziecka.

Zasada "uczyć przez zabawę" jest stara jak świat, bo od niepamiętnych czasów dzieci - i to nie tylko ludzkie - przygotowywały się do dorosłego życia i zdobywały potrzebne w nim umiejętności ćwicząc je "na sucho", same albo z rówieśnikami. W tym sensie "zabawa dla zabawy" niemal nie istnieje - nawet berek czy gra w klasy uczy dziecko ważnych prawidłowości życia społecznego (np. że lepiej jest wygrywać, niż przegrywać). Ale dopiero od niedawna rodzice zaczęli widzieć w zabawie jeszcze coś więcej: sposób na wychowanie (czy raczej wyhodowanie) dziecka niezwykłego, nieprzeciętnie uzdolnionego, małego matematyka albo raczkującego artysty. Chcemy, żeby nasze dzieci były nie tylko szczęśliwe, ale też wyróżniały się czymś spośród rówieśników - najlepiej tym, czym my sami chcielibyśmy wyróżniać się spośród dorosłych. Pytanie tylko, na ile rozwój i uzdolnienia malusińskich rzeczywiście leżą w naszych rękach - i gdzie leży granica, poza którą nasze starania nie przynoszą już zamierzonych rezultatów.

Dziecko jako laptop

Do zmiany naszych poglądów na potencjał dzieciństwa najbardziej przyczyniła się "rewolucja kognitywna" w nauce sprzed ponad trzydziestu lat. Naukowcy, którzy wcześniej badali funkcjonowanie umysłu przede wszystkim na dorosłych egzemplarzach, po raz pierwszy na szerszą skalę zajęli się tym, co się dzieje w głowach kilkulatków. Pionierem takich badań był szwajcarski psycholog Jean Piaget, którego interesowało między innymi to, w jaki sposób dzieci dochodzą do "dorosłego" ujmowania świata - np. uczą się, że schowany przedmiot nie "ginie" całkowicie, albo że woda przelana z wysokiej do niskiej szklanki nie zmienia swojej objętości. Okazało się, że kilkuletnie dzieci to mali eksperymentatorzy, którzy przez wielokrotne powtarzanie tych samych czynności i przez wypróbowywanie nowych kombinacji, opanowują w końcu podstawowe prawa przyrody. W dodatku prawie nie potrzebują do tego pomocy dorosłych - swoje eksperymenty przeprowadzają na wszystkim, co im wpadnie w ręce, a wyjaśnienia rodziców odgrywają w ich rozwoju dużo mniejszą rolę, niż się wydaje.

Skoro tak, to czy możemy usiąść i spokojnie czekać, aż nasze dziecko samo dojdzie do wszystkich ważnych umiejętności? Niestety, to nie takie proste. Małe dzieci można porównać do samoprogramujących się komputerów - czy raczej laptopów, biorąc pod uwagę ich ruchliwość. Wprawdzie mają już na wyposażaniu zarówno "hardware" (mózg), jak i podstawowy "software" (sposoby przetwarzania płynących do nich ze świata informacji), ale - tak jak komputer - potrzebują danych, żeby móc na nich pracować. Powszechnie znane są przykłady dzieci, które wychowywane w otoczeniu ubogim w bodźce nie były w stanie zrobić właściwego użytku ze swoich intelektualnych możliwości. Z drugiej strony, do dzisiaj nie wiadomo, jaka ilość różnego rodzaju wrażeń i wyzwań jest dla kilkulatka rzeczywiście niezbędna, a jaka stanowi już przesyt. Łatwo bowiem wpaść w drugą skrajność i zasypać dziecko edukacyjnymi filmami, klockami i układankami, licząc na to, że w ten sposób nasz "komputer" szybciej zmieni się z Commodore 64 w niezawodnego iMaca. Tymczasem równie dobrze możemy zobaczyć komunikat o przeładowaniu systemu - czytaj: zmęczenie w oczach naszego dziecka.

Mały Mozart, Mały Einstein?

Jedno z najbardziej rozpowszechnionych przekonań dotyczących rozwoju umysłowego dzieci głosi, że puszczanie im muzyki klasycznej, a zwłaszcza określonych utworów Mozarta, zwiększa ich inteligencję i kreatywność. To przekonanie nie wzięło się z powietrza: badania przeprowadzane przez amerykańskich uczonych w latach 90-tych wykazały, że słuchanie klasyki rzeczywiście wpływa dodatnio na „rozumowanie czasoprzestrzenne”, poprawiając wyniki uzyskiwane na testach IQ o 8-9 punktów. Badano jednak tylko krótkoterminowy efekt, a trwałego wpływu muzyki na inteligencję nie udało się potem jednoznacznie potwierdzić. Nie przeszkodziło to w popularyzacji „efektu Mozarta”, do której najbardziej przyczynił się amerykański nauczyciel muzyki Don Campbell. Jego książka The Mozart Effect sprzedała się na pniu, a sam autor zaczął zachwalać muzykę klasyczną jako środek dobry niemal na wszystko - od poprawy samopoczucia po leczenie dysleksji czy ADHD. Szybko znalazł zresztą naśladowców, a rynek płyt z muzyką „dla maluchów” - nawet tych, które nie wyszły jeszcze z brzucha - jest dzisiaj wart grube miliony. W zbawienny wpływ klasyki uwierzyli nie tylko rodzice: w 1998 r. władze stanu Georgia zarezerwowały w budżecie 100 000 dolarów na zakup płyt z klasyką dla każdego nowo narodzonego obywatela.

Podobnie błyskawiczną karierę zrobiła firma Baby Einstein, która mniej więcej w tym samym czasie zaczęła wypuszczać na rynek multimedialne nagrania i programy komputerowe mające rozwijać umiejętności językowe, muzyczne i plastyczne małych dzieci. Szybko połknął ją gigantyczny koncern Disneya, a jej strategia marketingowa - obiecująca niemal każdemu geniusza w kołysce - doprowadziła ją niedawno do sporu sądowego ze stowarzyszeniem rodziców walczących o dzieciństwo wolne od komercji. Stowarzyszenie powołało się na rekomendację amerykańskiej akademii pediatrów, która zaleciła trzymanie dzieci z dala od ekranu telewizora czy komputera przez pierwsze dwa lata życia. Proces odbił się w USA szerokim echem, a przy okazji wyszło na jaw, że tylko 6 procent amerykańskich rodziców traktuje edukacyjne gadżety z ostrożnością, natomiast większość uważa je za niemal niezbędny element wychowania i używa ich już od pierwszego roku życia dziecka.

Rodzicu, co robić?

No właśnie - gdzie w tym wszystkim jest złoty środek? Przecież trudno całkiem odpuścić sobie wspieranie rozwoju dziecka, zwłaszcza kiedy widzi się, jak wiele robią w tym kierunku inni rodzice. Ryzyko błędu albo zlekceważenia sprawy większości z nas wydaje się olbrzymie - tym bardziej w dzisiejszym świecie, gdzie wykształcenie i zdolności decydują prawie o wszystkim. Jednak zanim zdecydujesz się na zakup kolejnej edukacyjnej zabawki, po prostu rozejrzyj się po swoim otoczeniu. Dla twojego dziecka jest w nim wystarczająco dużo atrakcji, które ty także możesz dostrzec, jeżeli nauczysz się patrzeć jego oczyma. "Wspieranie umiejętności manipulacyjnych"? Proszę bardzo: woreczek z ziarnami soi albo naszyjnik mamy będzie dla roczniaka niemałym wyzywaniem. "Rozumienie relacji przyczynowo-skutkowych"? Kilka stłuczonych w misce jajek, albo piłka i kręgle załatwią sprawę. "Rozwój wrażliwości plastycznej i muzycznej"? Kartka i kredki, tamburyn i cymbałki. Powodzenia.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

  • Dziecko 2.0 - nauka od kołyski maksimum 14.07.09, 17:29

    Teraz wszyscy maja malych geniuszy,a jak przyjdzie zdawac egzaminy doliceum to nagle gdzies to IQ zanika.»