1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Chandra po świętach

Większość czasu "przed" jest zarezerwowana na przygotowania. Towarzyszy im radość z tego, co nastąpi. W trakcie świąt, nawet jeśli rzeczywistość odbiega od marzeń, zmęczenie nie pozwala nam skupiać się na własnym nastroju. Ale kiedy przychodzi pierwszy dzień po świętach... Pojawia się wrażenie pustki i poczucie, że już nic dobrego nas nie czeka. Czy można temu zapobiec?
Święta to czas wyjęty z codzienności i właśnie dzięki temu tak atrakcyjny i tak wyjątkowy. Taki czas istniał nawet w najpierwotniejszych wspólnotach ludzkich. W czasie świeckim wykonywano codzienne czynności, natomiast czas święty następował, gdy zawieszano czas świecki, by oddać się zadaniom wyjątkowym. Przykładem takiego podziału mogą być żniwa i następujący po nich czas świątecznych dożynek. Takim właśnie czasem jest w naszej kulturze czas świąt Bożego Narodzenia. On zresztą przecież też wywodzi się z prasłowiańskiego świętowania zimowego przesilenia.

Mityczne dzyń dzyń dzyń

"Święta" to słowo, które w środku lata sprawia, że słyszymy kolędy i czujemy zapach sosnowych igieł. Nieraz już od początku jesieni planujemy jadłospis i rozglądamy się za prezentami, intensywnie zachęcani do tego w każdym supermarkecie. Poważne szykowanie zaczynamy już na początku grudnia. Wraz z upływem czasu, coraz więcej spraw podporządkowujemy świątecznym porządkom, pieczeniu słodkości, wybieraniu miejsca, w którym święta spędzimy. Nawet, jeśli nie należymy do świątecznych maniaków, nasze myśli często biegną w kierunku pierwszej gwiazdki i wigilijnych, jedynych w swoim rodzaju, odczuć.

W takich okolicznościach święta mogą łatwo stać się dla nas czasem mitycznym. Łapiemy się ich jak tonący brzytwy, w każdej przykrej chwili powtarzając sobie: w święta odpocznę, w święta nie będę oglądać nielubianych ludzi z pracy, w święta pogodzę się ze stryjkiem... Kiedy wreszcie nadchodzą, rzadko niosą ze sobą spełnienie marzeń. Planowany odpoczynek kończy się ganianiem po sklepach, w pracy trzeba na czas skończyć projekt, więc bierzemy go do domu, a stryjek od progu denerwuje nas jeszcze bardziej niż zazwyczaj i musimy wykonać ogromny wysiłek, żeby nie rzucić w niego garem z bigosem.

- Dobrze, by była w nas zgoda na to, że święta nie będą perfekcyjne, a my nie będziemy przeżywać wielkiej radości - podkreśla w wywiadzie z Ewą Pągowską psycholog i psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. - Paradoksalnie, dopiero takie podejście może sprawić, że będziemy ze świąt naprawdę zadowoleni. A już na pewno bardziej je docenimy.

Jakie są, takie są, ale zarówno przed jak i w trakcie pochłaniają naszą uwagę i energię. A kiedy się kończą, opada z nas całe napięcie i nagle zostajemy z pustymi rękami. Już nic nie trzeba przygotowywać, o nic się starać, nagle okazuje się, że dni będą znów podobne jeden do drugiego i można czekać najwyżej na wiosnę.

Gdy już gwiazdka zgaśnie

Wpadanie w chandrę po zakończeniu okresu, w którym szczególnie się staraliśmy, jest charakterystyczne nie tylko dla świąt. Wystarczy sobie przypomnieć czas jakichkolwiek egzaminów: nawet, jeśli po wielu nieprzespanych nocach udało nam się osiągnąć cel, to po ostatnim sprawdzianie wracaliśmy do domu z nosem na kwintę, dziwiąc się swojemu ponuractwu. Podobnie czują się czasem nowożeńcy: kiedy przychodzi noc poślubna - zwieńczenie wszystkich wysiłków - mają tylko tyle siły, by przytulić się do siebie i zasnąć. We wszystkich tych sytuacjach zmęczenie tylko częściowo tłumaczy pojawiającą się po nim chandrę.

Bardzo duże znaczenie odgrywa tutaj mechanizm działania stresu. Niezależnie od tego, czy dane wydarzenie jest radosne, czy bolesne, jeśli wymaga od nas wysiłku większego niż codzienny, niesie ze sobą stres. W stresie spinamy się, żeby podołać wyzwaniu; to dzięki temu jesteśmy w stanie po przyjściu z pracy i podaniu obiadu, do północy lepić pierogi albo zbijać sanki. Możemy tak funkcjonować przez jakiś czas, w święta nakręcani wizją kolacji wigilijnej i świątecznego, rodzinnego obiadu. Kiedy jednak stresująca sytuacja dobiegnie końca i przed nami już tylko zmywanie naczyń, nagle stajemy przed pustką, bo już nic nie dodaje nam energii, nie podnosi adrenaliny. Wtedy często przychodzi pytanie: "Po co było to wszystko?"

Naiwne mikołaje

Czy tego rodzaju mechanizm nie omija nikogo? Oczywiście, że omija. Są tacy, którym takie uczucia są kompletnie obce. Najbardziej podatne na negatywne reakcje po przeżyciu stresu osoby to najczęściej perfekcjoniści i perfekcjonistki. Chcą we wszystkim być świetni i cokolwiek robią, nastawiają się na doskonały wynik. Z punktu widzenia idei świąt to założenie dosyć karkołomne, skoro ich celem jest właśnie zapomnieć o celach, zwrócić się ku najbliższym i po prostu pobyć razem. Jednak teoria teorią, ale któż z nas nie ma przed oczami swojej własnej mamy, która na prośbę "Pobaw się ze mną" albo "Pogadaj ze mną" odpowiada: "Nie mam teraz czasu, nie wiesz, że idą święta?! Ty wiesz, ile ja mam jeszcze do zrobienia?!".

Oprócz osób dążących do perfekcji, świąteczne zagrożenie dla samych siebie stanowią też osoby wyjątkowo wrażliwe. Ich spalanie się w święta odbywa się nieco inaczej. One marzą nie tyle o tym, jak wiele i jak doskonałych rzeczy dokonają w święta, ile o tym, jakie wspaniałe przeżycia czekają je i ich najbliższych. Niestety, świąteczne spotkania bardzo rzadko zaspokajają głód uczuciowy, dlatego z takim nastawieniem łatwo wpaść w zniechęcenie, a nawet załamanie, zwłaszcza po kolejnej karczemnej kłótni, która zaczęła się wspólnym siedzeniem przy kominku.

Często, mimo powtarzających się rozczarowań, każdego roku łudzimy się, że "tym razem będzie inaczej". Jeśli w dodatku obiecujemy sobie, że to my postaramy się stworzyć cudowną świąteczną atmosferę, udobruchać furiatów i pocieszyć strapionych, to gdy się nie udaje - bo jesteśmy ludźmi i sami łatwo wpadamy w furię i przygnębienie, zamiast jaśnieć pogodą ducha dwadzieścia cztery godziny na dobę - do rozczarowania innymi dochodzi też poczucie winy i wrażenie, że się zawiodło na całej linii.

Potłuc bombki i wylać żurek?

Jak się bronić przed tymi mechanizmami, w które wpędzamy się sami, unieszczęśliwiając przy okazji także i innych? Jest na to kilka sposobów.

Można potraktować siebie jak podmiot racjonalny, który jest w stanie przyjąć konkretne argumenty, wyciągnąć wnioski, opracować środki zaradcze i wprowadzić je w życie. Skoro święta tak nas męczą, wybierzmy mniejsze zło. Obiecajmy sobie, że w przyszłym roku po prostu nie będziemy się przejmować. Zignorujmy własne i cudze wyrzuty, poprzestańmy na małej choince i garnku barszczu, albo wprośmy się do rodziny na święta, nie przygotowując nic oprócz prezentów. Wariantów jest wiele, najważniejsze, żeby przyświecała nam zasada jak najmniejszego zaangażowania oraz wizja pierwszego dnia po świętach, gdy dobry humor zrekompensuje nam niepewność wynikającą z przełamywania schematów.

Można też zastosować wobec siebie terapię behawioralną. W tym przypadku angażujemy się w pełni w przygotowanie świąt tak jak co roku, ale na czas przewidywanej chandry przygotowujemy coś, na co czekamy jeszcze bardziej niż na same święta. Taką rolę może spełniać wyjątkowo starannie zaplanowany Sylwester, choć lepiej, żeby planowane wydarzenie nie następowało jedynie kilka dni po świętach, bo wtedy możemy jednak chandry nie uniknąć.

Taką buforową obiecanką może być wycieczka w ciepłe kraje, skok na bandżi, udział w zjeździe hodowców żółwi - cokolwiek, co sprawi nam przyjemność. Wtedy, owszem, będziemy cieszyć się świętami, ale stres z nimi związany będzie mniejszy. Kiedy będą musiały przesunąć się na swoim tronie najważniejszego wydarzenia zimy, żeby zrobić miejsce czemuś innemu, nie będą miały nad nami już tak wielkiej władzy.

A jeśli zdecydujemy się na stoicyzm antropologiczny i w naszym stosunku do świąt nie zmienimy nic? Znowu kilka tygodni "przed" damy się wciągnąć w coroczną gorączkę, znowu "w trakcie" będziemy stawać na rzęsach, żeby wszystko poszło jak najlepiej, a po świętach znowu obudzimy się z ciemnymi chmurami na horyzoncie? Trudno, najwyraźniej zjawisko poświątecznej chandry nas przerasta i nie potrafimy mu zaradzić. Albo też wychodzimy z założenia, że skoro ludzie od wieków żyli zanurzeni w sekwencyjności czasowej - po latach chudych następowały tłuste, po poście karnawał, a po świętach szara codzienność - widocznie tak właśnie w życiu musi być.