Dzieci i rodzice. Towarzyskie wpadki

Kasia Michalczak
22.12.2008 , aktualizacja: 22.12.2008 16:59
A A A Drukuj
Kiedy pojawia się dziecko, siłą rzeczy część życia rodziny tocząca się poza domem, zostaje okrojona. Większość rodziców jednak, wcześniej czy później, postanawia włączyć swoje dziecko w sferę publiczną. Często takie próby obfitują w fałszywe ruchy, pozostawiające po sobie tylko niesmak.

Nasi rodzice wychodząc do przyjaciół zawsze zostawiali nas z babcią. My coraz częściej babcię zostawiamy w spokoju, zabierając ze sobą dzieci. Nie jest to wcale łatwe; tak naprawdę wymaga o wiele lepszej organizacji i wewnętrznego spokoju, bo zachowanie dziecka na każdym spotkaniu z innymi ludźmi jest elementem nieprzewidywalnym. A jednak część rodziców mocno wierzy w sens takiego wyboru. Dziecko w ten sposób wiele się nauczy - i rodzice też. Nawet, jeśli uczą się na błędach.

Kupa jako faux pas

Od jakiegoś czasu granice pomiędzy tym, co dozwolone dla rodziny z dzieckiem, a tym, co zakazane, zaczynają się zacierać. Jeszcze dziesięć lat temu mało kto idąc na kolację do restauracji zabierał ze sobą malutkie dziecko, dziś zdarza się widzieć rodziców z maluchami w kinie i na koncertach. Zarówno specjaliści, jak i rodzice, na ogół bardzo sobie chwalą tę nową tendencję. Świadczy ona o rosnącej otwartości naszego społeczeństwa oraz o poszerzaniu się obszaru wolności.

A jednak, mimo to, niejedna mama czy tata przeżyli chwile zawstydzenia, zabierając dziecko w miejsce, w którym obecność dzieci nie jest sprawą oczywistą. Reakcje ludzi są takie same, jak na każdą inność: zazwyczaj udają, że nie widzą, choć cali promieniują informacją: "Wiem, że tu jesteś, i dziwuję się", albo reagują spontanicznie i niestety często negatywnie.

- Zabrałam kiedyś moją córkę na wernisaż kolegi - opowiada Paulina. - Trzymałam ją w chuście na brzuchu, była całkiem malutka, więc przez większą część czasu spała. W łazience nie było miejsca, żeby ją przewinąć, więc zrobiłam to na jednym z krzeseł. Potem dowiedziałam się, że gospodarza bardzo to uraziło. Kompletnie nie zrozumiał naszej sytuacji.

Codzienne procesy fizjologiczne, które dotyczą nas wszystkich, lecz my, dorośli, nauczyliśmy się spychać je w obszary niewidoczne, w przypadku dziecka są nie do ukrycia. Niemowlę ślini się, sika i robi kupę na oczach wszystkich, ale rezygnowanie z tego powodu z satysfakcji udziału w życiu publicznym jest dla wielu rodziców nieuzasadnione. Tymczasem niektórzy oczekują, że dzieci pozostaną w ukryciu aż do momentu, gdy nie będą innych wprawiać w zakłopotanie, a jeśli rodzice mają z tym problem, od czego są nianie?

- Założenie, że życie publiczne będzie sterylne i pozbawione elementów domowej intymności, jest w tym momencie rozwoju naszego społeczeństwa utopią - mówi Paweł Tomanek, socjolog kultury z Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Za daleko już odeszliśmy od sztywnych zasad bon tonu w stronę codziennej tolerancji. Jest jeszcze wiele do zrobienia w tej kwestii, ale warto uwierzyć w jej słuszność, bo tolerancja jak żadna inna zasada współżycia społecznego pozwala ufać, że gdy my znajdziemy się w sytuacji odmiennej od reszty ludzi, też nie zostaniemy wyrzuceni poza nawias.

Uważaj na zwracanie uwagi

Jednak nawet osobom, dla których zasada tolerancji jest jedną z nadrzędnych, zdarza się popełniać gafy wynikające z niepotrzebnego zapatrzenia się w jedyny "słuszny" model postępowania.

- Zdarzyło mi się raz - opowiada Diana - że na placu zabaw, na który poszłam z moim synkiem, bawiła się dziewczynka, która biegała we wszystkie strony, potrącając dzieci, i wykrzykując przy tym brzydkie słowa. Zlokalizowałam jej mamę i mocno zdenerwowana, zwróciłam jej uwagę. A ona, cała czerwona, powiedziała, że dziewczynka jest chora i że zawsze ma dylemat, czy wyjść z nią na plac zabaw, czy nie, ale ciężko tak stale unikać ludzi. Omal nie zapadłam się pod ziemię.

Społeczna odpowiedzialność i asertywność są w cenie, ale, jak widać, nie wszystkie sytuacje są łatwe do zdefiniowania. Trzeba wykazać sporo ostrożności, żeby poradzić sobie z publiczną wersją swojego rodzicielstwa. Nawet, jeśli my nie będziemy wtrącać się do innych, to gdy ktoś wtrąci się nam, też możemy nie wyjść z twarzą.

- Kiedyś mój Konrad bawił się na urodzinach koleżanki - opowiada Weronika. - Ja siedziałam w drugim pokoju z innymi rodzicami. W pewnym momencie przybiega do mnie jakaś rozjuszona matka i mówi, że moje dziecko ugryzło jej syna. Nie chciałam w to wierzyć, bo Konrad jest strasznie nieśmiały i zazwyczaj to jego wszyscy biją. Pokłóciłam się z tą kobietą, a ostatecznie okazało się, że jej oskarżenia były prawdziwe. No i najadłam się wstydu.

Gaworzenie w pracy

Kontakty pomiędzy rodzicami często najeżone są konfliktami. Same rozmowy na temat dzieci, nieobarczone nawet ich bezpośrednią obecnością, mogą stanowić przyczynek do starcia. Często zdarza się, że rodzice wyśmiewają wzajemnie swoje pomysły wychowawcze albo krytykują wprost rozwiązania, które ktoś przedstawia jako właściwe. Kwestie takie jak karmienie piersią, kary cielesne, uczenie korzystania z toalety - mogą zbudować mur, po którego obu stronach znajdą się ci, których ścieżka rozmowy zwiodła w te rejony.

- Jedna z moich koleżanek z pracy - opowiada Renata - w ramach kary zamyka swoje dziecko w ciemnej łazience. Uważa, że to najlepszy, jedyny sposób na poradzenie sobie z jego krnąbrnością. Jak to usłyszałam, to mi się włos na głowie zjeżył. Od razu straciłam do niej wszelkie ciepłe uczucia, a problem polega na tym, że od przyszłego miesiąca mamy razem prowadzić projekt. Powinnam z nią już teraz zacząć współpracować. Ale ja się cały czas ociągam. Ale przecież nie odmówię, bo jak, pójdę do szefowej i powiem jej, że niestety nie mogę pracować z tą dziewczyną, bo maltretuje swoje dziecko?

Rozmowy na tematy okołorodzielskie bywają przykre nie tylko dla samych uczestników i uczestniczek. Osoby, które nie mogą brać udziału w rozmowach o dzieciach - bo po prostu z racji bezdzietności nie znają tematu - mogą czuć się pominięte, wyłączone. Z kolei jeśli większość grupy nie ma dzieci, opowiadanie o nich non stop może wszystkich zanudzić na śmierć. Nie mówiąc o tym, gdy nadmierna rodzicielska gadatliwość wyrządza komuś ewidentną przykrość. Na przykład gdy utyskiwanie na uciążliwości ciąży zostanie zaadresowane do kobiety, która niedawno poroniła i bardzo z tego powodu cierpi.



Rodzicielskie wpadki to zdarzenia na porządku dziennym, właśnie dlatego, że tak trudno realizować się w sferze publicznej z dzieckiem u boku, mając cały czas podniesione czoło. Posiadanie dzieci to tak naprawdę sytuacja bardzo trudna społecznie: trzeba stale szukać kompromisu pomiędzy tym, co w domu, i poza domem, pomiędzy potrzebami dziecka, naszymi własnymi i potrzebami całej reszty zainteresowanych.

Rodzicielskie wpadki zdarzały się i będą się nadal zdarzać, ale tolerancja ze strony innych pozwoli rodzicom zmniejszyć poziom stresu i skupić się na kwestiach naprawdę istotnych.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 22 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • Dzieci i rodzice. Towarzyskie wpadki urszak 08.01.09, 16:48

    najwieksza rodzicielska wpadka? urodzic bachora. Potem juz tylko z gorki,rozmiekczony mozg akcpetuje wszystko, i wydaje sie ze wszystko jest ok,wlacznie z publicznym wtykaniem dziecku sutka »

  • Re: Dzieci i rodzice. Towarzyskie wpadki winela 08.01.09, 17:58

    Przeszkadza ci publiczne karmienie dziecka? - to się odwróć i patrz gdzie indziej! Acha, i schowaj swój brzuch bo ja nie chceę na niego patrzeć, ani na wystające ze spodni majtki!»

  • Dzieci i rodzice. Towarzyskie wpadki aniaz-1 08.01.09, 21:26

    Łatwo jest oskarżać rodziców o brak kultury i wyczucia. Tylko trzeba pamiętać jeszcze o czymś innym, a mianowicie o braku jakichkolwiek warunków dla rodziców pojawiających się w miejscach »