Książki dzieciństwa - co straciliśmy?

Kasia Michalczak
20.11.2008 , aktualizacja: 25.11.2008 09:39
A A A Drukuj
Kiedy jesteśmy mali i lubimy czytać, niemal każda książka jest dla nas jakimś objawieniem. Mamy poczucie, że odkrywamy świat. Tymczasem to przecież inni piszą książki, a potem nam je podsuwają, polecają, wskazują. W każdej książce dla dzieci zawarte są więc przekonania jakiejś dorosłej osoby. Niestety, często zubażające małych czytelników. Jak to, że dziewczynki czegoś nie zrozumieją, a czegoś nie odczują chłopcy. Sami jesteśmy ofiarami takiego założenia.

GALERIA ZDJĘĆ
Książki dla dzieci są zazwyczaj dzielone na "dziewczęce" i "chłopięce". Jeśli masz córkę i chcesz kupić jej książkę, to najprawdopodobniej nawet nie spojrzysz na okładkę, na której chłopiec przedziera się przez puszczę. Podobnie, jeśli masz syna, nie tkniesz pozycji, która w tytule zawiera słowa takie jak "gaj", "nów" czy "uczucia". Nawet nie zastanawiając się nad tym dlaczego. A może właśnie zastanawiając się, i dochodząc do prostego wniosku. Ale czy "bo to dla dziewczyn" albo "bo to takie chłopackie" to naprawdę wystarczające wytłumaczenie?

- Wydaje się groteskowe, że książki dla dziewczynek mają okładki różowe, często w srebrne gwiazdki, z chmurkami lub serduszkami, a te dla chłopców prezentują jakiś detal, rekwizyt z bestiariusza chłopięcego świata - pisze Agnieszka Wolny - Hamkało w czasopiśmie "Ryms", kwartalniku o książkach dla dzieci i młodzieży.

Mimo tak silnego podziału, w literaturze dziecięcej można znaleźć przykłady książek mniej lub bardziej "unisex", jak seria opowieści z Narni, książki Edith Nesbit o pełnych magii przygodach licznego rodzeństwa czy też "Ronja, córka zbójnika" Astrid Lindgren, wyjątkowa powieść o małej zbójniczce i jej przyjaźni z członkiem wrogiego obozu. Także o słynnej Pippi tej samej autorki mogły pogadać zarówno dziewczynki, jak i chłopcy.

- Z bratem bardzo często się kłóciłam, że coś jest głupie, bo "dziewczyńskie", albo "chłopskie" - opowiada Agata. - Wyjątek robiliśmy tylko dla naszych ukochanych książek: serii o doktorze Dolittle, Kubusia Puchatka i wierszy Brzechwy. One nas zawsze godziły. Inna sprawa, że na krótko.

Ola spod szarej myszki

Tak zwane "książki dla chłopców" to wartka akcja, niezwykłe przygody, niewiele o uczuciach, za to dużo o wyborze pomiędzy dobrem i złem, gdzie bohaterowie, z którymi czytelnicy się identyfikują, zawsze wybierają to pierwsze. Jakie książki w młodości czytali dzisiejsi mężczyźni? Przede wszystkim rozmaitych Tomków: przygody Tomka Sawyera, serię o Tomku Wilmowskim autorstwa Alfreda Szklarskiego, sensacyjne powieści Adama Bahdaja czy Edwarda Niziurskiego. Jeśli Astrid Lindgren to raczej Emila ze Smalandii niż Lottę z ulicy Awanturników.

- Mój brat, starszy o dwa lata, zaczytywał się w Emilu - opowiada Ola. - A ja nim gardziłam, uważałam, że to taka książka o głupich wybrykach. Teraz czytam moim dzieciom i się zachwycam. Doszłam do wniosku, że gdybym zawczasu się zainteresowała Emilem, przekonałabym się, że można stawiać na swoim, nie trzeba ciągle oglądać się na to, co inni powiedzą. Może to by mi pomogło nie być taką szarą myszką?

Przemek dojrzewa



Książki "dla dziewczynek" pod wieloma względami mogą stanowić przeciwieństwo książek "dla chłopców". Akcja rozgrywa się zwykle na planie relacji międzyludzkich, jest dużo opisów postaci i codziennych sytuacji, a wybory etyczne zazwyczaj są niejednoznaczne. Sztandarowym przykładem powieści, w której zaczytywały się obecne trzydziesto- czy dwudziestoparolatki jest Ania z Zielonego Wzgórza, wszystkie części serii, i wiele innych książek autorstwa Lucy Maud Montgomery (niektóre zresztą na dużo wyższym niż Ania poziomie literackim).

- Wiem, że gdybym w odpowiednim czasie przeczytał "Polyannę" , mógłbym nie być aż takim pesymistą - wyznaje Przemek. - Przez ten pesymizm rozwaliło mi się kilka związków. Z dziewczynami, które, a jakże, Polyannę czytały i próbowały właśnie postępować według jej metody. A dla mnie to był jakiś absurd.

Sebastian na tropach Ani

Ania i Sebastian, trzydziestolatkowie, od sześciu lat, jak mówią, próbują być razem. Mają dwoje dzieci w wielku przedszkolnym.

- Strasznie ciężko nam się zrozumieć - przyznaje Sebastian. - Długo myśleliśmy, że to wina hormonów albo tego, że kobiety są z Wenus a mężczyźni z Marsa - śmieje się. - Wiele się zmieniło, kiedy pojawiły się dzieci i każde z nas zaczęło im podsuwać swoje ulubione książki z dzieciństwa.

- Wtedy się okazało, że każde z nas ma zupełnie różne książki przeczytane - kontynuuje Ania. - To akurat normalne. Ale czytaliśmy książki "odpowiednie" dla naszej płci, i każde z nas na podstawie tych różnych książek zbudowało sobie zupełnie inny świat. Bo zupełnie różne światy są w tych książkach pokazane.

- U mnie było prosto, jak w serii o Tomku - stwierdza Sebastian. - Jest problem, trzeba go rozwiązać. Jeśli broisz, zostaniesz ukarany. A w książkach Ani kotłowały się emocje, zależności, wciąż pojawiały się nowe dziwne postacie. Odkryliśmy, że w dużej mierze przez pryzmat tych książek patrzymy na świat!

Zaczęliśmy się zamieniać przy czytaniu dzieciom: ja czytałam te chłopackie, a Sebek moje - mówi Ania. - Szczerze mówiąc, strasznie się przy nich nudziliśmy. Każde z nas uważało, że w dziecięcych książkach "dla tej drugiej płci" nic się nie dzieje. Ale potem zaczęliśmy się jakoś lepiej dogadywać.

Zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, to po prostu dzieci. Uczą się różnych zachowań po to, żeby radzić sobie w życiu. Dlaczego mieliby te zachowania ograniczać tylko z powodu takiej a nie innej płci? W końcu celem jest umieć nawiązywać relacje i osiągać sukces. Jeśli dziewczynce miałaby w tym pomóc przebojowość, a chłopcu wrażliwość, to dlaczego nie? Uzasadnienie "bo tak się nie robi" jest nad wyraz słabe. W książkach dla dzieci tkwi ogromny potencjał i warto wykorzystać go w pełni. My nie mieliśmy takiej szansy, ale mamy możliwość dać ją naszym dzieciom.

Roman Kurkiewicz w czasopiśmie "Ryms" idzie nawet dalej: chce, aby tę szansę dały dzieciom zupełnie nowe książki, takie, które dopiero powstaną. - Może ktoś już zasiada nad czystą kartką papieru: ona, on. Może nawet ja dojrzewam, żeby usiąść nad czystą kartką. Mała książeczka o niepopularnej tolerancji, inności, prawie do bycia kimś, kim chce się być. Nawet jeśli jestem dziewczynką marzącą o jakimś zawodzie, który dotychczas tradycyjnie wykonywali chłopcy; nawet jeśli jestem chłopcem, a moim wymarzonym zajęciem parały się dotąd wyłącznie kobiety. Po prostu czekam na książeczki na nowe czasy, bo one już nadeszły.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 21 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • Książki dzieciństwa - co straciliśmy? kami-o2 14.12.08, 23:10

    a ja czytałam wszystko - zarówno chłopięcą jak i dziewczęcą literaturę. Byłamfanką Ani z Zielonego Wzgórza, ale też zaczytywałam się w Arkadym Fiedlerze iwszystkie przgody Tomka Wilmowskiego»

  • Re: Książki dzieciństwa - co straciliśmy? babcia47 05.02.09, 17:24

    dobrze, że ja i moji synowie nie znalismy teorii tej pani, bo pewnie wielu książek bysmy nie przeczytali..skad ona wzieła takie pomysły? nawiasem mówiąc sporo typowo dziewczecych ksiązek »

  • Re: Książki dzieciństwa - co straciliśmy? aglod2 28.12.09, 23:49

    Przeczytałam praktycznie wszystkie "chłopięce" książki wymienione w artykule. Może się mylę, ale dziewczyny chętniej sięgają po tę tzw chłopięcą część niż odwrotnie. Jeszcze żaden facet nie »