1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Ojczym i macocha: przyjaciele, opiekunowie czy wychowawcy? "Nie ma najlepszego modelu. Zależy, jak umówią się dorośli? [WYWIAD]

W redakcyjnym cyklu o rodzinach patchworkowych zastanawiamy się nad kwestiami związanymi z wychowaniem: co wolno ojczymowi, jaka jest rola macochy? Małgorzata Kałaska, psycholożka, zauważa: "(...) tylko 30 proc. par patchworkowych przed podjęciem decyzji o połączeniu rodzin rozmawia ze sobą na temat podejścia do wychowania?. To błąd.
Karolina Stępniewska: - Jakiego rodzaju obawy towarzyszą osobom "z przeszłością" wchodzącym w nowe związki?

Małgorzata Kałaska, psycholożka: - Lęki mogą dotyczyć różnych rzeczy. Te dotyczące tworzenia samego związku mogą wiązać się np. z tym, żeby nie powtórzyć poprzedniej traumy, która może mieć różne źródła - więc jedna osoba będzie bać się zdrady, inna samotności itd.

Jeśli osoba, która wchodzi w związek ma dzieci i wnosi je do "patchworka", to obawy dotyczą tego, czy nowy partner polubi jej dziecko, czy ono polubi nowego partnera, czy się zgrają. Na początku są pewne pytania, które trzeba sobie zadać: jak będziemy się porozumiewać w podejściu do wychowania? Czy on/ona będzie z mną zgodny w tej kwestii? Szkoda, że ludzie nie zadają sobie tych pytań.

Nie robią tego?

- Statystyki z Wielkiej Brytanii i Australii z 2010 roku mówią, że tylko 30 proc. par patchworkowych przed podjęciem decyzji o połączeniu rodzin rozmawia ze sobą na temat podejścia do wychowania. Obstawiam, że w Polsce tych rozmów jest mniej, bo my w ogóle nie mamy kultury takich rozmów.

Takie pary mają często inne podejście do spraw związanych z wychowaniem. Co wtedy? Trzeba ustalić nowe zasady?

- Jeśli te style są odmienne, ale żaden z nich nie jest jednoznacznie zły, warto zwrócić się o pomoc do specjalisty. Oczywiście można spróbować samemu wypracować wspólny styl, ale trzeba liczyć się z tym, że to trwa i jest niełatwe, a na te dyskusje nakłada się mnóstwo aspektów, których nie ma w rodzinie biologicznej.

Jakich na przykład?

- Na przykład informacja od partnera typu "jesteś zbyt pobłażliwa dla swoich dzieci" może być traktowana nie jako konstruktywna opinia, tylko jako przejaw odrzucania dzieci. Bo brakuje tu założenia, że ta osoba na pewno mówi to z miłością, bo albo nie mamy pewności, że ona nasze dzieci kocha, albo nawet wiemy, że nie kocha lub wcale nie będzie - bo nie musi.

Jednocześnie dzieci są w sytuacji takiej, że straciły swój dom, mają teraz przez większość czasu tylko jednego rodzica i ponieważ coś utraciły bardziej koncentrują się na tym, żeby chronić to, co im zostało. A tu nagle pojawia się kolejny kandydat do czasu, uwagi i miłości tego "jedynego" na daną chwilę rodzica.

Bardzo trudna jest rola tego, który musi dzielić siebie pomiędzy swoje dzieci a nowego partnera. Jeżeli będzie te dzieci nadmiernie chronił albo będzie zarzucał zupełnie swoje nowe życie, kiedy jest z nimi -a jest tak często, zwłaszcza, jeśli widuje się dzieci rzadko i tęskni za nimi - to wtedy pomijam to, że to nie najlepiej działa na budowanie rodziny w nowym związku, ale też nienajlepiej działa na same dzieci i nie ułatwia ich integracji. W ten sposób pozostaną specjalnymi gośćmi, ale to nie będzie dla nich dom, tylko hotel z rozrywkami.

Jak to rozegrać, żeby było dobrze?

- Dorośli powinni omówić, jakie mają oczekiwania wobec siebie w relacji do dzieci. Każdy powinien powiedzieć, jak widzi swoją rolę i rolę partnera. Wiadomo, że ona//on nie będzie drugą mamą/tatą - będzie macochą lub ojczymem. Ale co konkretnie się za tym kryje? Przyjaciel, opiekun czy aż wychowawca?

Nie ma najlepszego modelu. Zależy, jak umówią się dorośli. Musi być między nimi zgoda, niekoniecznie od razu, ale musi zostać wypracowana. I dopiero z tą zgodą stajemy przed dziećmi, które prawdopodobnie będą próbować rozsadzić nowy układ albo ustawić się w nim jako "główni rozgrywający". To nie znaczy, że dzieci są perfidne: to po prostu naturalna tendencja każdego dziecka - rządzić. W rodzinie biologicznej jest mniej pułapek w tym obszarze.

Czy nowi partnerzy powinni znaleźć kompromis w kwestiach związanych z wychowaniem?

- Wyobraźmy sobie dom, w którym są dzieci i część z nich funkcjonuje wg jednych zasad, a część wg innych. Np. jeden dorosły uważa, że każde dziecko powinno mieć obowiązki domowe, a drugi, że na to przyjdzie jeszcze czas. Jakie to generuje konsekwencje dla wszystkich dzieci? Dziecko z obowiązkami może czuć się pokrzywdzone, a to, które nie ma obowiązków, może pomyśleć, że należą mu sie specjalne przywileje, że w relacjach z innymi można ustawić się tak, jak się zechce.

Konieczność kompromisu zależy też od tego, jak przedstawimy dzieciom wspólne mieszkanie. Jeśli tak, że to my dorośli chcemy być blisko, bo się kochamy, ale poza tym jesteśmy odrębnymi rodzinami, mieszkającymi pod wspólnym dachem, to wtedy musimy dbać o to, by zachować pełną odrębność. Przydałyby się oddzielne łazienki, inne pory korzystania z kuchni... Może są pary, którym to się udaje.

Ale jeśli nazywamy się rodziną, to musimy pamiętać, że dzieci traktowane z powodu różnic wychowawczych odmiennie, będą czuć się traktowane nierówno w rodzinie.

Musimy zatem zadać sobie pytanie, czy my im chcemy tworzyć nową rodzinę, czy nie. Tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi - powinna po prostu być zgodna. Jeśli po jednej stronie jest oczekiwanie, że tworzymy nową rodzinę, a po drugiej, że zachowujemy odrębność, to ta pierwsza będzie czuć się odrzucana, a ta druga zniewalana, osaczana. Będzie często nieprzyjemnie. A jeżeli dokładnie nie wytłumaczymy tego dzieciom, mogą czuć się bardzo zagubione.

W Polsce jednak rzadko zdarza się, żeby dzieci obu stron mieszkały razem. Częściej jest to dziecko kobiety, on zazwyczaj widuje dzieci w weekendy. Jak w takiej sytuacji postępować z odmiennymi stylami wychowawczymi? Czy tu wspólny front też jest tak ważny, np. w kwestiach dotyczących pory spania, odżywiania się?

- W tym przypadku na pewno musimy więcej akceptować, bo popatrzmy na to rozsądnie: co nam da to, że zmienimy dziecku na weekend dietę? Natomiast myślę, że dziecko, jak każdy inny domownik, powinno dostosować się do zasad, które są zasadami tego domu. Jeżeli tu np. wszyscy siadają razem do stołu, to chociaż "u mamy tak nie jest", to lepiej nie robić wtedy wyjątku od tej naszej tradycji. Po pierwsze w ten sposób te mieszkające na stałe z nami dzieci wnioskowałyby się, że kiedy przychodzi tamto dziecko to w domu jest święto, a one to są takie "zwykłe". I że ono może wywrócić wszystkie zasady do góry nogami, czyli zasady w swej istocie nie są ważne i niepodważalne.

Ważne jest, żeby dziecko odwiedzające miało poczucie, że w tym drugim domu jest traktowane jak domownik. To sprzyja integracji, nawet jeśli wzbudza sprzeciw - przecież w prawdziwych domach są awantury.

To może być jednak trudne dla jego rodzica. Widuje swoje dziecko rzadziej i kiedy się widzą, ten czas jest świętem. Czy w ogóle ma sens ingerować w taką relację, może lepiej dać im się sobą nacieszyć, a nie oczekiwać, że dorosły będzie tak samo zaangażowany we wspólne życie i sprawy, jak na co dzień?

- Oni oboje są stęsknieni za sobą - i rodzic, i dziecko. Można spróbować postawić się w ich sytuacji: gdybym ja widywała swoje dziecko raz na dwa tygodnie, byłoby mi bardzo trudno nie sycić się nim, kiedy ono jest ze mną.

Z drugiej strony musimy zastanowić się też, jaki sygnał dajemy temu dziecku - to absolutnie nie może być taki przekaz, że kiedy ono się pojawia, to ja porzucam moją nową rodzinę, że ona jest nieważna, że jest tylko takim zastępczym środkiem na czas jego nieobecności.

Na pewno warto zaplanować jakiś czas wspólny, ale to mogą być drobiazgi typu wspólne spożywanie posiłku. Na początku na pewno większość czasu dziecko będzie spędzać tylko ze swoim rodzicem, potem będzie tak, że coraz więcej będziemy robić wspólnie, a potem może nawet być tak, że będą rzeczy, które te dzieci będą chętniej robić np. z macochą niż z rodzonym tatą - bo zauważą, że tak naprawdę ona się na tym akurat lepiej zna itp. Ale na to trzeba sobie dać czas

Są jakieś pozytywne strony wychowywania się w rodzinie patchworkowej?

- Pozytywem dla dzieci jest na pewno obserwowanie dojrzałej szczęśliwej relacji dorosłych. Gdyby rodzic pozostał sam, to by tego nie widziały.

Spotkałam się też ostatnio z takim rozróżnieniem, że nie każda rodzina rekonstruowana jest patchworkowa. Patchwork jest wtedy, kiedy jest zgoda między rodziną poprzednią, która się rozpadła, a tą nową. Czyli były partner akceptuje nową rodzinę, nowy partner akceptuje współpracę z poprzednim, i wtedy mamy całą patchworkową kołdrę, a nie fastrygowane na chwilę kawałki.

Mamy jedną "poszerzoną" rodzinę, a w niej zgodę dotyczącą dzieci i szacunek - taki układ jest dla dzieci szkołą tolerancji, współpracy pomimo różnic - rozwód nie wydarzył się przecież bez powodu, coś musiało tych ludzi poróżnić, a jednak współpracują ze sobą. Dzieci uczą się, że są ważne, bo ludzie, którym jest w życiu nie po drodze ze sobą, dogadują się dla nich. Kiedy dziecko jest emocjonalnie wspierane przez oboje rodziców, ma ich uwagę, to uczy się radzić sobie z wyzwaniami zmiennego życia. I z tą umiejętnością wchodzi w życie dorosłe. To jest zasób.

Uczy się też budować więzi z wyboru, a nie nakazania, oswajania się z ludźmi, z którymi zetknął nas los, tak jak z przyszywanym rodzeństwem. Takie osoby będziemy spotykać przez całe życie - nie kochamy się, wnosimy różne rzeczy, a jakoś musimy się dogadać. Zatem nauka dialogu odbywa się na różnych płaszczyznach: pomiędzy mną a przyszywanym rodzeństwem, poprzez obserwację mądrych relacji pomiędzy dorosłymi, np. macochą a ojcem, ojczymem a matką, pomiędzy biologicznymi rodzicami.

Mamy więc naukę współpracy, rozwiązywania konfliktów, no i trening elastyczności, ale korzyść jest tylko wtedy, kiedy "obronimy się" w tej sytuacji, kiedy jej ofiarą nie będą dzieci. Jeśli one poniosą nadmierne koszty i to będzie raczej ich trauma niż wyzwanie, któremu sprostaliśmy, to nici z nauki.

Sprowadzamy to więc do tego, że dorośli muszą być mądrzy, żeby mówić o korzyści.

- Zdecydowanie tak. To idealne podsumowane.

dr Małgorzata Kałaska - psycholog, doradca i coach rodzinny, prowadzi konsultacje dla par i rodziców patchworkowych w Fundacji MaMa (a wkrótce także warsztaty) oraz profil na FB Rodzice Patchworkowi i stronę mojetwojenasze.org.pl . Prywatnie mama i macocha.

Więcej o:
Komentarze (1)
Ojczym i macocha: przyjaciele, opiekunowie czy wychowawcy? "Nie ma najlepszego modelu. Zależy, jak umówią się dorośli? [WYWIAD]
Zaloguj się
  • florkao

    Oceniono 4 razy 4

    Nie ma dobrych stron wychowywania się w rodzinie patchworkowej. Nie jest to dobre ani dla dzieci, ani dla dorosłych, a szczególnie dla ojczyma czy macochy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX