1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Modlitwa o cud

Wylądowałam w szpitalu. Młodemu nie śpieszyło się na świat. Siedem dni po terminie, a ten nic. Może to i lepiej, przynajmniej nie będę miała problemów z dotarciem na czas do szpitala.
Dom postawiony na głowie. Mąż krąży między pracą, szkołą, domem, szpitalem, doba ma stanowczo za mało godzin. Ośmioletnia córka po raz setny pyta, kiedy wracam do domu, bo ja najlepiej czytam jej do snu. I pomagam w lekcjach, i pakuję plecak, i nie daję sera żółtego do kanapek do szkoły, bo ona go nie lubi. I umiem czesać kucyka tak, że trzyma się do końca dnia. I w ogóle mówiłam, że przy jej porodzie byłam trzy dni w szpitalu, a tu już prawie tydzień, i to jest niesprawiedliwe. I ona chce mnie z powrotem.Dni dłużą się przeokropnie. Ile można leżeć, ile można chodzić w kółko po paru korytarzach.

Telewizji nie ma, internetu nie ma, normalnie średniowiecze. Ale w sumie nie mam co narzekać. Leżę na patologii ciąży, wokół pełno kobiet, które z zagrożoną ciążą leżą tu tygodniami, miesiącami, praktycznie przykute do łóżek.

Niedziela. O 6 rano pierwszy niewielki skurcz.

Ooo, jest dobrze, to będzie ten dzień.

Skurcze średnio mocne od czasu do czasu, nieregularne. Idę na mszę. W trakcie dwa skurcze. Wracam, mówię położnej, że to dzisiaj będzie. Ma dzwonić po lekarza. Dzwoni mąż. Chce już jechać do szpitala, ale skutecznie go stopuję. Już? Teraz? A po co? Zostań w domu, idź pobiegaj, bo długo nie będziesz miał czasu na relaks, w sumie to na nic nie będziesz miał czasu. Ostatnio to trwało prawie dobę, teraz na szybki poród też się nie zapowiada.

Lekarz nie ma czasu. Skurcze już nie takie milutkie. O 11.30 położna podpina KTG. Po 45 minutach oglądamy wydruk. Eee, jakieś skurcze się piszą, ale niewielkie, kwituje siostra.

Niewielkie? No ładnie, to albo ta maszyna szwankuje, albo ja mam niski próg bólu. Czy pierwszy poród aż tak bolał? Nie pamiętam.

Lekarza dalej nie ma. Wstyd mi trochę mówić, że tak mocno boli, skoro dyplomowana położna, opierając się na super odczytach super sprzętu, mówi mi, że to jeszcze nie teraz, że skurczyki malutkie. Jak ja przeżyję te większe?

Przed 13 przynoszą obiad. Stoję oparta o łóżko i czekam, aż skurcz przejdzie. Skoro to jeszcze ma trwać, to trzeba coś zjeść, bo potem nie wiadomo, kiedy będę mogła. Dochodzę do stolika, jeden kęs... nieee, nie da się. Kolejny skurcz. Ledwo stoję, ale jak się położę, jest jeszcze gorzej. Położna ponownie dzwoni po lekarza. W końcu przychodzi młodziutka pani doktor. Ledwo wchodzę na łóżko. Ooo! - odzywa się lekarka. Ooo? - rozbrzmiewa echem moje pytanie. Ooo! - potwierdza kobieta.

8 cm rozwarcia, natychmiast na porodówkę!

Położna włącza siódmy bieg. Ledwie przetaczam się na łóżko. Widzę panikę w oczach położnej. Dzwonię do męża, żeby się zbierał. I domyślam się, że raczej nie zdąży, ale w sumie nie musi, i tak niespieszno mu było do ponownego oglądania porodu. Dam sobie radę sama, kobieta silną jest. Miałam nadzieję jeszcze, że może przyjaciółka będzie, ale sprawy potoczyły się tak szybko, że też na pewno nie dojedzie.

Wpadamy na salę porodową.

Przychodzi położna Pani Teresa. Starsza, niezbyt delikatna, ale fachowa i spokojna. Ktoś pyta o dane osobowe, numer dowodu osobistego. Luuudzie, ja nie wiem, jak się nazywam, a one o dowód pytają....

Proszę przeć. Już? Bez słów wykonuję wszystkie polecenia położnej, świadomość bliskiego finiszu jakimś cudem dodaje mi sił. Dlaczego dałam się w to wrobić drugi raz? Dlaczego tego chciałam drugi raz?

15 minut i jesteś na świecie. Zdrowy? To pierwsze, o co pytam położną. Zdrowy, zdrowy. Kamień spada mi z serca. Tak bardzo się bałam, mimo wszystko. Tak naprawdę niepokój towarzyszy każdej chwili ciąży, aż do rozwiązania.

Położna pokazuje mi dziecko. Jakiś ty kochany i... brzydki!

Córka była śliczna. Młody jest pomarszczony, opuchnięty, czerwony. Skądś znam tę minę. Ten grymas niezadowolenia, zmarszczkę na czole. Cały tatuś.

Wpada mąż. Już? Jak to już? Przecież pół godziny temu dzwoniłaś! Nie chcieli mnie wpuścić na porodówkę... Tatuś ogląda syna i ma łzy w oczach. Uśmiecham się. Tak nam dobrze. Wszystko jest dobrze. Wszystko będzie dobrze. Kochanie, a jak on ma na imię? Mąż się uśmiecha. Mateusz.

Przychodzi pielęgniarka, ubiera małego, ten krzyczy wniebogłosy. Siostra podaje nam dziecko i wychodzi. Mijają dwie godziny wpatrywania się w to małe cudo. Drżymy, gdy zaczyna kwilić. I co teraz? Chyba trzeba go przebrać... Młody płacze przy zmianie pieluszki, ale jakoś mniej. Cieszymy się, że spokojny. Próbuję karmić, Mati nawet ze dwa razy łapie pierś. Może wypił kilka kropelek, ale idzie spać. Zmęczony porodem, jak ja, myślę.

Wchodzi lekarka. Uważnie ogląda i osłuchuje Mateusza. Przy sercu zatrzymuje się dłużej.

Niepokojąco długo... Słychać szmery nad sercem, zaraz zabierzemy dziecko, musimy sprawdzić, co się dzieje - pada lakoniczne zdanie. Patrzymy na siebie z niemym bólem, pani doktor nie chce odpowiadać na żadne pytania, wychodzi szybko. Po chwili położna zabiera Mateusza. Mąż idzie za nimi, ja zostaję na sali porodowej. Milion myśli w głowie, rozpacz, pustka. Jeszcze trochę nadziei tliło się w sercu - może to nic takiego? Może się pomyliła? Taka młoda ta pani doktor... Boże, niech to nie będzie prawda.

Mąż wrócił. Niedobrze, saturacja też zła, Mateuszek został przewieziony na intensywną terapię, trafił do inkubatora. Boże, przez te trzy godziny było tak pięknie... tak pięknie... Teraz zalewam się łzami rozpaczy. Dlaczego? Dlaczego my? Jeszcze mają robić badania, może przewód Botalla się nie zamknął, może to, może tamto... A nadziei coraz mniej. Jest już późno, mąż wraca do córki, ja zostaję sama ze swoimi myślami, z rozpaczą, z bezradnością.

Przychodzi pielęgniarka, idziemy zobaczyć mojego synka. Taki kochany, malutki, zamknięty w inkubatorze, daleko od mamusi... Ach, jak chciałabym cię przytulić, ukołysać. Leżysz sam, nawet dotykać cię strach, żebyś się nie obudził i nie płakał...

Przychodzi ordynator. Wstępna diagnoza - transpozycja wielkich naczyń, poważna wada...

Nadzieja się kurczy...

Czy dobrze, że nie wykryto tego w ciąży? W sumie dobrze, dłużej wyłabym w poduszkę, a tak trzeba się zebrać. Dla Matiego, dla córki, żeby jej oszczędzić przeżywania naszego bólu...

Trafiam na oddział poporodowy. Na szczęście położono mnie w sali dwuosobowej, przy drugiej mamie też nie było dziecka.

W trzeciej dobie życia Mateusz jedzie do szpitala dziecięcego na kardiologię. Wcześniej dostał pierwszą porcję mojego pokarmu - jakieś 20 ml, które ściągałam nocą z zaciętą determinacją. Nie mogę być koło niego, to choć tyle mogę mu dać od siebie.

Przed wyjazdem miłosierna pani doktor daje mi Mateuszka na ręce. Siedzę bez ruchu prawie godzinę i całą sobą chłonę ten czas. Mogłabym tak siedzieć i siedzieć... Mój malutki synek przytula się do mnie tak ufnie, jakby w końcu odczuł, że jest tak, jak powinno być. Karetka przyjeżdża spóźniona, dzięki czemu mogłam go mieć dłużej przy sobie...

Wracamy do domu.

Wózek przykryty szczelnie kocem. Nie mogłem na niego patrzyć, mówi mąż. Rozumiem go. Jeszcze łóżeczko przydałoby się przykryć, i pieluszki pochować, ciuszki, wanienkę, stos gazet dziecięcych. I myślenie wyłączyć. A przecież nasz syn żyje. Jak są w stanie taki powrót przeżyć rodzice, którzy stracili swoje nowo narodzone dziecko?

Milion telefonów, miliard myśli, hektolitry łez, nerwy.

Reżim sanitarny, nie ma odwiedzin noworodków - pani doktor jest bezwzględna. Masz trzy dni, a my możemy cię oglądać jedynie przez szybę... Leżysz samiutki, nie mogę cię dotknąć, przytulić, ukołysać. To boli niemal tak samo jak rozpacz twojej choroby.

Po kilku dniach przechodzisz pierwszą operację, na nowym oddziale w końcu mogę być przy tobie. Mogę przewinąć, utulić, poszeptać do uszka. Napawam się tymi chwilami za każdym razem, upajam radością trzymania cię na rękach. To miłość matki podniesiona do potęgi. Ja nie mam cię po prostu. Ja mam cię aż.

Próbuję karmić piersią. Ty jesteś słabiutki, nie masz sił, a może i ochoty, skoro z butelki łatwiej leci. Minęły dwa tygodnie. Czy się jeszcze nauczysz? Wszyscy wokół mówią, że będzie ciężko. Ale próbujemy. Zdążyłam już znienawidzić dźwięk laktatora. Miał być tylko na wszelki wypadek. Teraz słyszę go co trzy godziny, w dzień, w nocy. Zmieniam się w automat. Budzik, ściąganie, lodówka, sterylizacja sprzętu. Przykładam głowę do poduszki, zamykam oczy. Budzik. Patrzę na sprzęt i płaczę. Mateuszu, to ciebie powinnam tulić do piersi.

Nauczyłeś się ssać. Oczywiście, że się nauczyłeś.

Karmienie naturalne jest piękne. Warto przetrwać okres nawału pokarmu, pogryzionych brodawek, kryzysy laktacyjne. Warto dla tych wielkich oczu wpatrujących się w mamę z bezgraniczną ufnością, dla tego zawadiackiego uśmiechu między jednym a drugim łykiem, dla poczucia bezpieczeństwa i ciepłego spokoju aż bijących z przytulonego do piersi maluszka. Karmiłam cię i butelką, bo do tego byłeś przyzwyczajony z konieczności po rzeczywistości szpitalnej, i piersią. Tego nie da się porównać.

Nie odbieram telefonów. Brzęczą przychodzące SMS-y, znajomi gratulują. Nie wiedzą, a ja nie mam siły pisać. I mówić też nie mam siły, nie jestem w stanie o tym mówić. Nie da się mówić, płacząc non stop.

Mamo, kiedy wreszcie zobaczę mateusza?

To niesprawiedliwe, że ty i tata go widzicie, a ja nie! Słonko, jesteś jeszcze za mała, żeby wejść na oddział - po raz setny tłumaczę córce szpitalne przepisy.

Mamo, a czemu znowu jedziesz do szpitala? Nie możesz zostać ze mną? Mamo, nienawidzę świetlicy, mam dość szkoły! Mamo, pomóż mi zrobić zadanie, mamo, jestem głodna!

Całą sobą wstrzymuję wybuch. A co mnie obchodzi to wszystko? Dlaczego nie możesz wytrzymać na świetlicy paru godzin, skoro Mateusz wytrzymuje tyle w szpitalu podpięty pod milion rurek, samiuteńki. Besztam sama siebie. Młoda żyje swoim ośmioletnim życiem, nie rozumie tej zagmatwanej sytuacji. I też mnie teraz bardzo potrzebuje.

Wypisali Mateusza ze szpitala! Po trzech tygodniach wreszcie jesteś z nami.

Jesteśmy tacy szczęśliwi i. przerażeni. Lekarze przekazali nam trochę informacji, ale to za mało. Jak mamy go traktować jak zwykłego noworodka? A jak będzie płakał i spadnie mu saturacja? A jak zsinieje? Mateusz płacze. Boże, przecież ja nawet nie wiem, z jakiego powodu on płacze. Jesteś głodny? Może zmęczony? Może ci za zimno? Przecież w szpitalu było tak gorąco.

Nie znam własnego dziecka. Kiedy miałam się ciebie nauczyć? Co ze mnie za matka, że nie wiem, dlaczego płacze mój maluszek? Rozbieramy cię, po chwili uspokajasz się.

W końcu jest prawie normalnie. Prawie.

Niestety, twojego serduszka nie da się na razie naprawić. Musimy czekać, a ty musisz rosnąć. Teraz będziemy chuchać i dmuchać. I bać się, czy ten katar to tylko katar, czy coś poważniejszego. I drżeć przed każdą wizytą u kardiologa. Mamy unikać chorób, a jednocześnie masz się hartować i wzmacniać. I jeszcze masz mieć normalne dzieciństwo. Jak to wszystko połączyć? Cudu jakiegoś potrzeba, zresztą niejednego. Będę się modlić o cud.

Więcej o: