1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Witaj, szkoło

Ilość rzeczy, które są niezbędne każdemu uczniowi, zdecydowanie przerasta rodzicielską wyobraźnię.
Jeszcze krepina, mamo - przypomniał Jaś, drepcząc obok mnie z dzienniczkiem w garści. - I kolorowy papier samoprzylepny. I pędzelki.

Był początek sierpnia. Do końca wakacji zostały jeszcze trzy tygodnie. Naiwnie uznałam, że to dobry moment (o ile taki w ogóle istnieje) na szkolne zakupy - więc od dwóch godzin uganialiśmy się po sklepach w poszukiwaniu niezwykle wyszukanych drobiazgów absolutnie niezbędnych każdemu uczniowi. Na przykład takie pędzelki. Nie jakieś zwyczajne, o nie. Pędzelki z włosia wiewiórki.

- Czy są pędzelki z włosia wiewiórki? - spytałam panią w kolejnym sklepie, kiedy znękana i zziajana w kolejce równie przewidujących i równie znękanych mam i tatusiów dobrnęłam wreszcie do lady.

- Nie ma. - Ekspedientka rozłożyła ręce. - Może w sklepie dla plastyków będą.

- Cudownie - mruknęłam.

- Mamo? - zainteresował się Jaś. - A jak się robi te pędzle z wiewiórek? Z żywych?

- Nie mam pojęcia - wyznałam szczerze, czując, że rozważanie ewentualnej martyrologii wiewiórek w upalne sierpniowe popołudnie przerasta mnie pod każdym względem. Dopadła mnie śródwakacyjna depresja - jeszcze przed chwilą do końca wakacji było tak daleko, a teraz niby jeszcze szkoły nie ma, ale już jakby jest. Tak bez uprzedzenia. Przez te głupie szkolne zakupy. Dlaczego nie ma żadnego okresu przejściowego między końcem wakacji a początkiem szkoły? Dlaczego w sierpniu trzeba kupować pędzel z wiewiórki?

- A jeszcze musimy kupić różne farby do tych pędzelków - doniósł uprzejmie Jaś. - Akwarele, plakatówki i gwasze. I kredki - suche pastele, pastele olejowe, kredki zwykłe i świecowe.

Stanęłam jak wryta.

- To musimy tam wrócić - oznajmiłam dość głupio, mając na myśli sklep papierniczy, z którego właśnie przed kilkoma minutami udało mi się wyjść. Bez pędzelków, za to z poczuciem, że jestem matką niezborną i dysfunkcyjną, cokolwiek to miałoby znaczyć.

- Na to wygląda - przyznał Jaś, kiwając głową.

Kiedy kupiliśmy farby ("Gwasze, proszę pani, powinny być w sklepie dla plastyków") i inne dodatki (specjalny pojemniczek do płukania pędzelków, temperówkę, niebrudzący węgiel), ruszyliśmy na poszukiwanie wyposażenia sportowego.

Przed sklepem z granatowymi gaciami do grania w piłkę popadłam w histeryczny stupor.

- Nie idę tam - wyznałam Jasiowi konfidencjonalnie. - Nie mam siły. Najpierw pójdziemy na czekoladę z bitą śmietaną.

I skręciliśmy do cukierni, gdzie zamówiłam kilka podnoszących na duchu tłustych i niezdrowych deserów. Jaś był zachwycony.

Po dziesięciu minutach do cukierni wparadowała Julka w towarzystwie koleżanek. Na mój widok zaczęła ostentacyjnie kuleć, przywitała się podejrzanie wylewnie i bez zbędnych ceregieli wręczyła mi długi, wydrukowany z internetowej szkolnej strony spis rzeczy koniecznie potrzebnych. Znajome wiewiórcze pędzelki plasowały się bliżej końca listy.

- To wszystko trzeba kupić - wyjaśniła uprzejmie. - Mogłabyś? Bo ja chyba nawet nie dojdę do sklepu - dodała smętnie. - Okropnie boli mnie noga.

- Oczywiście - uśmiechnęłam się krzywo. - Cud, że doszłaś do cukierni.

- Prawda? - Julka westchnęła. - To spotkamy się w domu. Bo my się umówiłyśmy na ciastka - wyjaśniła, robiąc nieokreślony gest w stronę koleżanek.

W ten sposób po raz trzeci odwiedziłam z Jasiem sklep papierniczy i spędziliśmy upojne pół godziny, grzebiąc w stertach zeszytów opatrzonych dziwacznymi szyframi. Zrozumienie, że 80KR oznacza 80-kartkowy zeszyt w kratkę, a 100L - stukartkowy w linie, zajęło mi około dziesięciu minut. Po takim treningu skompletowanie ołówków 3B, 2H i HB było dziecinną igraszką.

W sklepie sportowym nie było granatowych gaci, tylko nieforemne szmaty w ohydnym kolorze wściekłego błękitu.

- Nie włożę tego - oświadczył Jaś, a ja w duchu przyznałam mu rację.

Wieczorem wręczyłam mężowi długą, starannie przepisaną z dzienniczka Jasia i zapisków Julki listę produktów, bez których nie należy pokazywać się w szkole.

- Pędzelki z wiewiórki? - zdumiał się mąż. - A co to takiego?

- Oj, tato, takie specjalne pędzelki - wyjaśniła Julka nieco protekcjonalnym tonem.

- A g. g? - mąż przyjrzał mi się badawczo.

- Granatowe gacie na WF - wyjaśniłam w kompletnym otępieniu, przyrzekając sobie, że w przyszłym roku zrobię szkolne zakupy w maju. - Powinny być w sklepie dla plastyków. Czy w jakimś innym sklepie. - mruknęłam, a Jaś przyjrzał mi się z podejrzanym wyrazem twarzy.

Więcej o: