1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Stoi na stacji lokomotywa...

ciężka, ogromna i pełna szurniętych zwierzaków.
Wagon szósty - sprawdził mąż, przyglądając mi się z powątpiewaniem.

- Wagon szósty - powtórzyłam nieco rozkojarzona. Pociągi przyjeżdżały i odjeżdżały, wokół mnie uwijały się dzieci, jak zwykle nadmiernie ożywione, a Lucek siedział na moich butach w zamyśleniu patrząc w dal. Ponieważ moje umiejętności prowadzenia samochodu w dalekich trasach nigdy nie zostały zweryfikowane, uznaliśmy, że bezpieczniej będzie pojechać nad morze pociągiem. Mąż dojedzie do nas samochodem, z większością bagażu. Perspektywa zapędzenia dzieci do właściwego wago-nu, wtaszczenia tam Lucka i dwóch podróżnych toreb oraz dopilnowania, żeby podczas podróży całość się nie rozpełzła, wydała mi się wyzwaniem ponad siły, więc zapadłam w pewien rodzaj bezpiecznego stuporu, i tylko sprawdzałam, czy mam bilety. Miałam.

Kiedy pociąg wtoczył się na peron z piekielnym zgrzytem, udało mi się skoordynować podrygi dzieci, ospałą rezygnację Lucka i własną niezborność tak, żeby znaleźć się w przedziale przed odjazdem. Mąż pomachał nam z wyraźną ulgą po rozdzierających pożegnaniach z Jasiem, przeżywającym właśnie fazę "Tata-Jest-Najlepszy-Na-Świecie", i pociąg ruszył.

Jaś otarł łzy, Julka snuła jakieś skomplikowane rozważania na temat trasy pociągu i rozkładu jazdy, a Lucek zajął się mozolnymi próbami zsunięcia kagańca z własnej mordki.

- Połóż się, Lucek - zaproponował Jaś, ale Lucek uparcie stał na sztywnych łapkach, sennie bujając się w rytm kołysania pociągu. Nagle znieruchomiał, podniósł przednią łapę, jak myśliwski pies wystawiający zwierzynę i zaczął węszyć. W drzwiach przedziału stanęła pani

z klatką, z której wystawał długi, łysy ogon. Lucek warknął ostrzegawczo.

- Jaki śliczny piesek! - zachwyciła się pani. Przedwcześnie.

Lucek nie podzielał jej entuzjazmu.

- Czy to szczur? - spytała zafascynowana Julka.

- Tak - kiwnęła głową pani. Usiadła naprzeciwko i sięgnęła ręką w czeluść klatki. Ten fatalny błąd zamienił naszą podróż w coś, co przypominało polowanie z nagonką, poszukiwanie skarbu i zabawę w chowanego.

Czarny szczur błyskawicznie przebiegł po ramieniu swojej pani i zniknął w szparze między siedzeniami.

Lucek oszalał. Węsząc, warcząc i szarpiąc łapą kaganiec rzucił się pod fotel. Jaś przytomnie zatrzasnął drzwi na korytarz, a pani wołała:

- Antoni, wracaj!

Antoni nie wracał. Co więcej - Antoni po prostu zniknął.

- Niech pani zabierze tego potwora - spazmowała właścicielka Antoniego, próbując odsunąć Lucka, który w starczym uporze nie rezygnował z iluzji, że jest psem myśliwskim i konsekwentnie rył pod siedzeniem. Julka próbowała zajrzeć pod fotel od strony oparcia, a ja usiłowałam otrzeźwić Lucka.

Na to wszystko weszła panienka z wózkiem pełnym batoników i starannie modulowanym głosem zaczęła podśpiewywać:

- Prowadzę sprzedaż przekąsek batoniki kawa ciasteczka woda niegazowana czy państwo sobie czegoś życzą jednocześnie informuję że przedział restauracyjny znajduje się w sąsiednim wagonie i istnieje możliwość zamówienia posiłku.

Dalsze bla, bla, bla przerwał gwałtowny ruch na podłodze, i zanim ktokolwiek zorientował się, o co chodzi, Antoni, półprzytomny ze strachu, zrobił sprinterską rundkę po panience, następnie fiknął salto i spadł na kolana swojej pani, gdzie dorwał go Lucek.

Panienka porzuciła wózek i z wrzaskiem popędziła korytarzem, dzieci piszczały, a pani Antoniego zamarła ze zgrozy. Na szczęście udało mi się wyrwać lekko zdefasonowanego Antoniego z łap Lucka, wręczyłam przerażone zwierzątko właścicielce i razem zapakowałyśmy szczura do klatki. Lucek jeszcze nie wierzył, że zdobycz mu się wymknęła i rozglądał się podejrzliwie, ale Antoni nie miał już ochoty na wycieczki. Zwinął się w kłębek w kącie klatki wraz ze swoim łysym ogonem.

Reszta podróży upłynęła spokojnie, chociaż Lucek nie rezygnował z poszukiwań, a właścicielka Antoniego długo dochodziła do siebie.

- Lubię jeździć pociągiem - podsumował Jaś, kiedy wysiedliśmy w Gdańsku.

- Było jak w tym wierszu o lokomotywie: "a w jednym krowy, a w drugim konie".

- Ale w wierszu było o grubasach i kiełbasach, a nie o chudych szczurzych ogonach - westchnęła Julka, a Lucek warknął cichutko.