1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Gotowi, do biegu...

Uprawianie sportu samemu nie jest łatwe, ale z dziećmi - to prawdziwe wyzwanie.
Potrzebne mi buty do biegania - oznajmiłam rodzinie zgromadzonej przy sobotnim śniadaniu.

- Po co? - zainteresował się mąż.

- Do biegania - mruknęłam. - W ogóle nie słuchasz, co mówię.

- Słucham? - zdziwił się mąż.

- Właśnie nie słuchasz - burknęłam. - Powiedziałam, że potrzebne mi buty do biegania.

- To usłyszałem - odparł mąż z westchnieniem. - Ale pytałem, po co ci buty do biegania.

- O rany - syknęła Julka do Jasia. - Znowu mają problemy z komunikacją. - Tato - zwróciła się do męża tonem cierpliwej przedszkolanki - buty do biegania służą do biegania.

- Ale mama nie biega - zaprotestował skołowany mąż.

- Zamierzam zacząć - wyjaśniłam.

- To znaczy, że już wiosna - rozpromienił się Jaś. - Mama zawsze na wiosnę

zamierza zacząć.

W poniedziałek nastawiłam budzik na szóstą.

Kiedy zadzwonił, ocknęłam się z trudem (poprzedniego wieczoru długo dyskutowałam z mężem, które trasy do biegania w lesie są najlepsze). Szósta rano to nie jest godzina dla ludzi, w każdym razie nie dla tak leniwych, jak ja. Leżałam półprzytomnie, gapiąc się w okno dachowe i walcząc z pokusą maleńkiej drzemki. Obudziłam się o dziesiątej. W domu nie było już nikogo. Włożyłam dres i buty do biegania, zrobiłam sobie poranną kawę i wyszłam na taras. Zagapiłam się na ogród - wiosennie wyliniałe, półśpiące wiewiórki snuły się między drzewami w poszukiwaniu zapomnianych, zakopanych jesienią orzechów. Było zimno. Wilgotno. Jakby padał drobny deszczyk. Obeszłam dom dookoła, tak na próbę, podrygując truchcikowato co kilka kroków. Ślisko. Niebezpiecznie - przełożę bieganie na jutro, postanowiłam.

- I co, biegałaś dzisiaj? - zagadnął mąż przy kolacji.

- Troszeczkę - odpowiedziałam ostrożnie.

- Ojej, mamo, naprawdę? - zachwycił się Jaś.

- Dokąd dobiegłaś? - zainteresowała się Julka.

- Do domu - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Julka zerknęła podejrzliwie.

- Ale w t a m t ą stronę?

- W tamtą stronę też do domu - mruknęłam. - Dopiero zaczynam.

- Jak to? - zdziwiła się Julka. - Do domu i do domu?

- Och, po prostu - wyjaśniłam nonszalancko. - Obiegłam dom, tak na próbę.

We wtorek poszło mi trochę lepiej. Ale tylko trochę.

Doszłam aż do lasu, kilka razy podbiegając. Wieczorem Julka oznajmiła, że też chciałaby biegać.

- O nie - jęknęłam.

- Myślałam, że się ucieszysz - mruknęła.

Właściwie trochę się ucieszyłam. Ale tylko trochę. Bieganie z Julką to jak obowiązkowy spacer z żandarmem - koniec wymówek.

- To może jutro wstaniemy o 5.30? - zaproponowała Julka.

- O 5.30 jest ciemno - zaprotestowałam ze zgrozą.

- Ja też chcę biegać - oświadczył Jaś.

- Cudownie. - Uśmiechnęłam się dość fałszywie.

- To może zrobimy tak - zadysponował żandarm Julka. - Wstajemy o 5.30, biegamy do siódmej...

- Półtorej godziny? - wyszeptałam przerażona. - A kto to wytrzyma?

- My - oznajmiły dzieci. - Ty też. Będziesz mogła biec wolniej. Jak wszyscy starsi ludzie.

Westchnęłam ciężko. Koniec iluzji o godzinnym snuciu się po lesie we własnym leniwym tempie, koniec marzeń o s a m o t n y m snuciu się po lesie, w dowolnej porze dnia.

Środa zaczęła się upiornie.

- Wstajemy! - rześko oznajmiła Julka o 5.30.

- Ja nie wstaję - mruknęłam, nie doceniając siły perswazji żandarma.

O 6.00 wlokłam się świńskim truchtem do brzozowego zagajnika, zataczając się za dwójką własnych dzieci. Julka i Jaś w równym tempie pruli do przodu.

- Wracam - wycharczałam.

Dzieci nawet się nie obejrzały.

- Wracam! - ryknęłam resztką płuc.

- O, a czemu? - zainteresowała się Julka.

- To dla mnie za wczesna pora - olśniło mnie. - Najlepszą kondycję mam między dziewiątą a jedenastą.

Akurat tak dobrą, żeby obejść dom dookoła albo dotruchtać do końca ulicy.

- Ale to jest wtedy, kiedy jestem w szkole - połapała się Julka.

Zrobiło mi się głupio. Matka, która woli s a m a snuć się po lesie, zamiast entuzjastycznie towarzyszyć dzieciom i rozwijać ich sportowe pasje - to ja.

- To może zrobimy tak - zaproponowałam gnana poczuciem winy. - Wy będziecie biegać rano, ja trochę później, a potem wieczorem zrobimy sobie razem krótki wspólny spacerek...

- Spacerek? - prychnęła Julka.

- Taki biegowy spacerek - mruknęłam ugodowo.

- Spacerowy bieg - poprawił Jaś.

- Biegowy bieg - wycedziła Julka.

- Świetnie - kiwnęłam głową.

Wygląda na to, że się nie wywinę.

Od jutra zamierzam zacząć biegać na poważnie. No, może od pojutrza.

Więcej o: