1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Sylwester

Poinformowaliśmy dzieci późno, po kolacji, w drugi dzień świąt. Delikatnie i ostrożnie. Odpowiedziała nam głucha cisza. Głucha, złowroga cisza. A nawet: głucha, złowroga i bardzo obrażona cisza.
Jak to? - odezwał się w końcu Jaś.

- To wykluczone - oznajmiła Julka.

- Ale dlaczego? - pisnął Jaś, wlepiając w nas wzrok zranionego jelonka.

- Zdrajcy - syknęła Julka.

- Przecież zawsze, ale to zawsze. - zaczął Jaś łzawym głosikiem, po czym nastąpiła dramatyczna pauza - . zawsze spędzaliśmy sylwestra razem. Nawet jak gdzieś wychodziliście, zabieraliście nas ze sobą.

- Ale tam nie będzie dzieci. - zaczął mąż. Lecz Julka i Jaś w żałobnej ciszy powędrowali do swojego pokoju.

To było w sobotę - do sylwestra zostało pięć dni. W niedzielę dzieci nie zeszły na śniadanie.

Stanęłam przed drzwiami ich pokoju - na szybie przyklejona była kartka: "Zdrajcom wstemp wzwbroniony". Odwróciłam się i zeszłam na dół. Nie, żebym czuła się zdrajcą - po prostu byłam głodna, a perspektywa pertraktacji z dwójką nabzdyczonych dzieci chwilowo mnie przerastała.

- Chyba jeszcze śpią - poinformowałam męża. Spojrzał z powątpiewaniem.

- Może z nimi porozmawiam? - zastanawiał się z zafrasowaną miną.

- Siedź i jedz - mruknęłam, wydłubując skorupki z jajka na miękko. - Pewnie niedługo przyjdą. Przyszły mniej więcej po kwadransie - dostatecznie późno, żebyśmy zauważyli ich spóźnienie, ale wystarczająco wcześnie, żeby zdążyć na ciepłe kakao.

- I co? - zagadnęła Julka po chwili.

- Dzień dobry. - Uśmiechnęłam się pogodnie. - Jak miło was widzieć.

- I co? - powtórzyła Julka. - Mamy spędzić sylwestra z babcią i z dziadkiem?

- Babcia pozwala oglądać telewizję - mruknął Jaś na boku.

- Nie pójdziemy spać przed północą - zastrzegła Julka.

Wszystko wskazywało na to, że mierzenie się z problemem weszło w nową fazę. Pozytywną i konstruktywną - co oznaczało, że najbliższych kilka dni dzieci poświęcą na wyszarpywanie kolejnych ustępstw i kompromisów.

W poniedziałek zadzwoniła przyjaciółka, jedna z uczestniczek planowanego sylwestra.

- Jak poszło? - spytała.

- Dość dobrze - mruknęłam, zastanawiając się, czy "dość dobrze" to właściwa odpowiedź i czy moje na próbę pomalowane sylwestrowo paznokcie nie wyglądają zbyt wyzywająco. Kolor był piękny - głęboka ciemna czerwień.

- U mnie nie bardzo - wyznała. Właściwie nie wiem, jak to się stało, ale nagle wyszło na to, że jej dzieci, Franek i Zosia, spędzą sylwestra u nas, z Julką i z Jasiem. Cała czwórka była uszczęśliwiona. Nieco poniewczasie ocknęłam się z myślą, że nie zapytałam rodziców, czy ich też to uszczęśliwi.

- Och - mruknęła nonszalancko moja dzielna mama. - To świetny pomysł, koniecznie ich zaproś. Przezornie nie zająknęłam się, że j u ż ich zaprosiłam. We wtorek zaczęło się robić nerwowo ("nie mam w co się ubrać"), co dzieci natychmiast wyczuły i wykorzystały z wprawą - miały już obiecane: chipsy, colę, pizzę, confetti, fajerwerki i kolejną dwójkę dzieci - parkę od sąsiadów (Mama, nieco drewnianym głosem: "ależ oczywiście, zaproś ich, będzie weselej").

Środa minęła w atmosferze histerycznych przymiarek kolejnych wersji kreacji.

- Wyglądam okropnie - jęczałam.

- Fakt - trzeźwo oceniła Julka.

- Wyglądasz świetnie - powtarzał mąż.

- Nawet nie spojrzałeś - warczałam.

- Oczywiście, że spojrzałem.

- Wcale nie! W ogóle nie patrzysz.

- Patrzę.

- Nie patrzysz.

- Bawicie się w chowanego? - zainteresował się Jaś.

W czwartek rano postanowiłam się zrelaksować z maseczką liftingującą do cery dojrzałej, cokolwiek miałoby to znaczyć.

Jej piorunujące działanie pozbawiło mnie wszystkich zmarszczek, ale miałam wrażenie, że nie domykają mi się oczy i usta. Poza tym na lewym policzku i na czole miałam dwie czerwone plamy.

- Nigzie nie yde - oświadczyłam mężowi z moją nową, zliftingowaną dykcją. Mąż spojrzał na mnie przeciągle i spokojnie oznajmił:

- To nie idź.

Dzieci wyraźnie się zaniepokoiły.

- Ale my nie chcemy, żebyś została na nasz m sylwestrze - zastrzegły. Więc poszłam. Plamy zniknęły, zmarszczki wróciły, było miło, zabawnie i świetnie się bawiłam.

Kiedy wracaliśmy nad ranem, okolica była senna i cicha, tylko z naszego domu dochodził rytmiczny łomot i ekstatyczne wrzaski dzieci. Dyskretnie minęliśmy posesję i pojechaliśmy dalej, wyspać się u dziadków.