1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Co komu pisane

W Wielką Sobotę zawsze przydarza mi się coś miłego. Na przykład kilka lat temu urodziłam Jasia. A Julka pomalowała dla niego pisankę w ropuchy i kijanki.
- Spójrz, Jasiu - popukałam palcem w zdjęcie. Leżałam w niedbałej pozie z rozanielonym wyrazem twarzy, a obok mnie Jaś, który w trzy minuty po urodzeniu zdecydował się właśnie otworzyć jedno oko.

Jaś nachylił się nad zdjęciem i gwałtownie odskoczył.

- O Boże - przeraził się - Kto to?

- No jak to kto to? - uśmiechnęłam się czule - nie poznajesz? Przecież to ty.

Jaś ostrożnie zerknął.

- Wiem, że to ja, przecież siebie poznaję - wyjaśnił zdziwiony - Ale kto to jest TO?

Zerknęłam na zdjęcie jeszcze raz. TO - to byłam ja. Grubsza o 40 kilo i ciastowato spuchnięta na twarzy. Słoń.

- To przecież ja - wyjaśniłam, mężnie zmagając się z pokusą zidentyfikowania słonia jako przypadkowej osoby, która zaplątała się w kadr, albo zwalenia wszystkiego na jakiś kiepski fotomontaż.

- Ty? - zdumiał się Jaś

Przyjrzał mi się uważnie i jeszcze raz obejrzał zdjęcie.

- No tak. Właściwie jesteś całkiem podobna - zdecydował w końcu. - Tylko że teraz...

- Tak? - uśmiechnęłam się uroczo.

- Tylko że teraz wyglądasz trochę starzej.

O Boże.

Z przylepionym uśmiechem wymknęłam się do łazienki, gdzie spędziłam kwadrans, oglądając zmarszczki i wypróbowując na chybił trafił kilka zabiegów mających zregenerować moją zrujnowaną, starczą twarz. Z łazienki wygnał mnie spieszący się do pracy mąż i dzwonek do furtki. Adela, koleżanka Julki, jej brat Alek, kolega Jasia i ich mama Kasia, moja koleżanka. Mamy dziś razem robić pisanki, o czym zapomniałam na śmierć.

- Mamoo! - błagalny dwugłos Julki i Adeli oderwał mnie od mieszania (wyjadania) kajmaku. - Musimy mieć wydmuszki!

Zanim zdążyłam pomyśleć, jak się wykręcić, nerwowo oblizując palec po kajmaku, w złowróżbnej ciszy rozległ się pewny i stanowczy głos Kasi:

- Ja mam uczulenie na białko.

Popatrzyłam na nią ze szczerym podziwem. Już już miałam ogłosić, że mam alergię na żółtko, kiedy zobaczyłam błagalnie wlepione w siebie dwie pary oczu.

Gdybym wiedziała, że będę zmuszona osobiście dmuchać w jajka i obryzgiwać pół kuchni żółtawym glutem, nigdy nie zawlokłabym dzieci na warsztaty do muzeum. Nigdy. Przez kilka lat malowały kwiatki, baranki i drób na farbowanych w cebuli jajkach i wszyscy byli zadowoleni. Rozejrzałam się ze zgrozą po kuchni - dwa garnki z zastygłym na beton woskiem, cztery słoiki upaprane barwnikami do nie wiem czego, bo na pewno nie do jajek, które z wielogodzinnego moczenia w cuchnącej brei wychodziły uporczywie blade. Kłęby gryzącego dymu ze świeczki, nad którą Kasia z dziewczynkami opalały kolejne warstwy wosku. I te kurze dziobki z kolorowego papieru poniewierające się na podłodze, na kapciach i na psich ogonach. Chociaż z drugiej strony... wprawdzie Jasia ludowa twórczość obchodziła tyle, co zeszłoroczny śnieg - od kilku tygodni razem z Alkiem oddawał się swojej nowej anatomiczno-jelitowej pasji - ale Julka była zafascynowana nowymi wyzwaniami. Z wypiekami na policzkach okleja jajko czymś, co podobno jest w sitowiu, a wygląda na długą, bladą gąsienicę.

Odetchnęłam głęboko i powstrzymując falę mdłości, dmuchnęłam w pierwsze jajko. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że robię sztuczne oddychanie, ale niewiele to pomogło. Piąte jajko nadzwyczaj asertywnie wręczyłam Kasi i postanowiłam wreszcie zająć się tym, co JA lubię robić (jeśli chodzi o pisanki oczywiście). Babranie się w wosku, skrobanie jajek igłą, oklejanie glizdą - to nie dla mnie. Sięgnęłam do garnka z jajkami farbowanymi w łuskach cebuli i wyjęłam kilka najładniejszych w głębokim brązowym odcieniu z zamiarem pomalowania ich jak co roku: w stokrotki, w owieczki, w kolorowe paski oraz kilka z tradycyjnym motywem drobiowo-zajęczym.

Rozejrzałam się po domu - dziewczynki wystrzygały łowickie wycinanki z kogutkami i naklejały na jajka. Kasia z twarzą w odcieniu przygaszonej zieleni opróżniała kolejne jajko, drożdżowe ciasto na babkę rosło sobie powolutku, kajmak do mazurków bulgotał w wielkim garze. Jaś i Alek na drugim końcu stołu w skupieniu malowali jajka plakatówkami. Odwróciłam się do nich, żeby pożyczyć żółtą farbę, i zerknęłam na gotowe pisanki Jasia schnące w kieliszkach.

- Co to jest? - zdumiałam się nietaktownie. Kontur Afryki? Czerwony balonik? Truskawka?

- Wątroba - wyjaśnił z powagą Jaś.

- No tak - wytrzeszczyłam oczy - A to?

Malinowy budyń? Różowy orzech? Obłoczek?

- To? A, to. Mózg - rzucił lekko Jaś. - A tu zaznaczyłem ośrodek mowy.

Mój własny ośrodek chwilowo szwankował, więc jęknęłam tylko:

- A to? - myśląc z nadzieją: kolorowy wąż? Labirynt?

- To? - upewnił się Jaś. - To przewód pokarmowy. A to na końcu - sprawnie przełożył jajko do góry nogami - to kupa.

Pozostałe pisanki Jasia przedstawiały kolejno: żołądek przeżuwacza, ucho wewnętrzne ze szczególnym uwzględnieniem ślimaka, owadożerną roślinę w dwóch stadiach żarcia owada (z owadem i bez), płuco z fragmentem oskrzeli i, zapewne z powodu chwilowego wyczerpania inspiracji anatomicznych, dwa delfiny w błękitnym oceanie. Alek ze swoją twórczością nie pozostawał w tyle. Modliszka zżerająca coś, czego zidentyfikować już się nie dało z powodu daleko posuniętego procesu rozkładu, przekrój dżdżownicy, malownicze rybie wątpia.

Odetchnęłam głęboko. Popatrzyłam na hiacynty i szafirki na parapecie. Na forsycję kwitnącą za oknem. Na świeżo upieczonego baranka i pieczołowicie hodowaną rzeżuchę. I jeszcze raz na pisanki w kolorowe wnętrzności, których autorzy, wyraźnie z siebie dumni, czekali na pochwałę.

- Piękne - wydusiłam w końcu. - Świetnie dobrane kolory. Wspaniała ekspresja. I ile pasji. Znakomite.

Zadowoleni chłopcy wrócili do swoich śledzion i trzustek. Nagle moje własne wytwory, z których jeszcze przed chwilą byłam taka dumna, wydały mi się głupie i bez polotu. Moje dzieci z takim zapałem produkują oplątane tchawicami pisanki i skrobią szpilką ludowe motywy z Puszczy Piskiej, a ja? Kropki, baranki, stokrotki - nuda. Wyjęłam z garnka jeszcze jedno jajko i dałam się ponieść natchnieniu. Z artystycznego upojenia wyrwały mnie podejrzane odgłosy mlaskania i ciamkania. Rzuciłam się szczupakiem do miski z drożdżowym ciastem, ale było za późno - Fela i Lucek, nasze psy, właśnie kończyły wyjadanie rodzynek, ryjąc w surowym cieście głębokie tunele. Fela czknęła radośnie i spojrzała mi głęboko w oczy. Lucek udawał, że znalazł się tu przypadkiem, i dyskretnie zlizywał ślady ciasta z własnych wąsów. Kazałam im się wynosić na dwór.

Kiedy wróciłam do stołu, dzieci debatowały nad moją pisanką.

- Mówię wam, że to wątroba - przekonywał Alek.

- Mamo, czemu ode mnie ściągasz? - naburmuszył się Jaś.

- Nie, to jest takie kółeczko jak na kurpiowskich pisankach - twierdziła Julka. - Na mojej pisance pod tym kółeczkiem są gałązki, a na twojej, mamo?

- To są wyrostki robaczkowe - uznał Jaś.

- Nie, to są zajączki, prawda, mamo? - upierała się Julka.

- To różowe to meduza - wyznałam mężnie. - A to pod spodem to ukwiały. Koniki morskie, rybki i perłopławy. Rafa koralowa.

W kuchni zapadła cisza.

- Ale takich rzeczy nie maluje się na pisankach - odezwał się w końcu Alek, autor portretu szczura w przekroju podłużnym.

- Nie, dlaczego? - zaprotestował Jaś. - Ładne kolory. Dobrze dobrane - poprawił się. - I ile pasji - dodał już mniej pewnie. - Znakomite.

- Ale wiesz co, mamo - odezwała się łagodnie Julka - ty już lepiej maluj te swoje owieczki.