1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Gry towarzyskie

Trzyletni Jaś poznaje na wakacjach nowych kolegów i uczy się bawić z rówieśnikami. Jego mama opisuje to nowe i trudne (dla dzieci i rodziców) doświadczenie.
- Mamo! On mi zabrał łopatkę! Głupek! - wrzeszczał Jaś w piaskownicy.

- Mamo! On mnie przezywa! - ryczał Marcinek, tłukąc grabkami w wiaderko.

Spojrzałyśmy na siebie z mamą Marcinka i wróciłyśmy do swoich zajęć, zerkając spod oka na chłopców, chwilowo w stanie kruchego rozejmu, z mozołem obmyślających kolejne celne riposty. Miałyśmy już z mamą Marcinka tygodniową praktykę, więc awantury nie robiły na nas wrażenia. Pogodnie uznałyśmy, że i tak dużym sukcesem jest fakt, że chłopcy bawią się ze sobą, a nie obok siebie. A Marcin i Jaś kłócili się i godzili, kłócili i godzili, i tak w kółko.

Kiedy tydzień temu po mozolnym pakowaniu i długiej podróży pełnej dramatycznych postojów ("Siusiu mi się chce!", "Niedobrze mi!") dotarliśmy do wsi pod Babią Górą w Beskidach, nie przypuszczaliśmy, że wakacyjne

życie towarzyskie

naszych dzieci będzie aż tak barwne i malownicze.

- Tato, co to znaczy k... mać? - zapytała pierwszego dnia w stołówce zaintrygowana Julka znad pierogów z jagodami.

Zapadła krępująca cisza.

- Eee - stęknął mąż - To brzydkie słowo. Kulturalni ludzie tak nie mówią.

Spojrzałam ciężko na siedzących przy sąsiednim stoliku rodziców Rafałka. Rafałek, znawca całej kolekcji "brzydkich słów" wpił we mnie niewinne spojrzenie. Na szczęście zanim Jaś zaczął na serio dociekać, "cy to słowo jest takie bzydkie jak kujce, cy jesce bzydse", przy naszym stoliku zjawiła się Ewelinka, córka gospodarczy.

- Po obiedzie idziemy na jagody do tego małego lasku za domem.- zawiadomiła mnie - Czy Julka i Jaś mogą z nami pójść?

Córki gospodarzy,

Lucyna, Joasia i Ewelinka, to były dobre duszki tego miejsca. Potrafiły z przyjeżdżających tu dzieci stworzyć zgraną paczkę. Wciągały do zabawy, pilnowały, żeby nikt nie dokuczał, rozsądzały spory. W dzień dzieciaki jeździły z rodzicami na wycieczki i chodziły po górach. Ale późne popołudnia i wieczory to był czas spędzany z innymi dziećmi, czas uczenia się reguł obowiązujących w grupie, zawierania kompromisów, szukania swojego miejsca w grupowej hierarchii. Czas gonitw po łąkach, pieczenia kartofli w ognisku, przyprowadzania z pastwiska krów, asystowania przy dojeniu, wypraw do bacówki po oscypki, budowania tamy na rzece.

Nasze dzieci tak świetnie się tu czuły, że przyjeżdżaliśmy tu od kilku lat i bardzo zżyliśmy się z naszymi gospodarzami. W tym roku po raz pierwszy Jasiowi trafił się rówieśnik. To już nie byli starsi chłopcy, którzy mile połechtani zachwytem, z jakim Jaś na nich patrzył, brali go do swoich zabaw i traktowali życzliwie i ulgowo. To już nie były starsze dziewczynki, które Jaś ze swoim bogatym repertuarem słodkich minek owijał sobie dookoła palca. To był Marcinek - równie ekspansywny, uparty i rozbuchany jak Jaś. Toteż szło im jak po grudzie. Ustąpić? Proszę bardzo, ale nie Marcinkowi. Przepuścić w kolejce na zjeżdżalnię? Oczywiście, byle nie Jasia. Ale bywało i tak:

- Już wstałem, idę do mojego Majcina - oznajmiał Jaś o 6 rano i zanim oprzytomnieliśmy, przez otwarte drzwi tarasowe przechodził do sąsiedniego pokoju i lądował u Marcina w łóżku. Następnego dnia o 5.30 doczekaliśmy się rewizyty.

Czasem Jaś szedł się bawić do "stajsych siopaków" pchając przed sobą opierającego się Marcinka, którego przedstawiał:

- To mój kumpel.

Od czasu do czasu spotykał Jasia zawód - starsi chłopcy nie zawsze chcieli bawić się z maluchem.

- Nie zwjacają na mnie uwagi, buuu! - beczał. Ale nie długo, bo już za chwilę jakaś miła starsza dziewczynka pocieszała go, włączała do innej zabawy, a nawet wybaczała mu indywidualistyczne podejście do grupowych rozrywek. Na przykład w środku zabawy w chowanego Jaś nagle wychodził z kryjówki i demaskując inne dzieci, nawoływał gromko (z góralskim zaśpiewem): - Ewelinka, a wyjdźze zza tego dzewa i chodź ze mną na jagody!

Aż któregoś dnia

pojawiła się Wiktoria,

cioteczna siostra Ewelinki - starsza od Jasia o 3 miesiące śliczna dziewczynka, która, co niezmiernie Jasia zaintrygowało, nie reagowała na jego kokieteryjne miny niezawodnie działające na inne dziewczynki. Jaś z Wiktorią stali się nierozłączną parą. Jaś zrywał dla Wiktorii kwiatki, Wiktoria przynosiła Jasiowi cukierki, Jaś dawał się namówić na wyprawy do stodoły, a Wiktoria mogła jeździć na Jasia ukochanym motorku.

Julka przyglądała się Jasiowym przyjaźniom z życzliwym uśmiechem, tym życzliwszym, im dalej Jaś trzymał się od niej i od jej spraw. Wieczorem, kiedy maluchy już spały, starsze dzieci dopiero zaczynały się rozkręcać. Kiedy była ładna pogoda szalały na dworze i na koniec dnia paliły ognisko, a kiedy padał deszcz grały w gry planszowe, rysowały, urządzały konkursy i gadały, gadały, gadały...

- Mamo! - relacjonowała Julka późnym wieczorem, umorusana jagodami i ze śladami pieczonych kartofli we włosach. - Wiesz? Jutro zrobimy sklepik z bransoletkami!

To było akurat w czasie eksplozji jej tkacko-plecionkarskich zainteresowań. Nauczyła wszystkie dziewczynki robić bransoletki i wisiorki z muliny. Przez dwa dni pokryte ścinkami włóczki, zmuszając chłopców do zwijania nitek, dziewczynki wyprodukowały tyle towaru, że postanowiły otworzyć sklep. Bransoletki szły jak woda, wszystkie mamy i tatusiowie nabyli po kilka, a uszczęśliwione dzieciaki skrupulatnie policzyły pieniądze i w pobliskim sklepie zamieniły je na słodycze. Julka była bardzo z siebie dumna i uwielbiała bawić się z dziećmi. Lubiłam patrzeć, jak bez wysiłku

wchodzi w nowe środowisko.

Nie ma duszy przywódcy, potrzebuje życzliwej zachęty, żeby wejść do grupy, ale kiedy już poczuje się bezpiecznie, wymyśla zabawy, dzięki którym ma wśród dzieci mocną pozycję.

Cieszy mnie Julki niezależność, umiejętność obrony swojego zdania, sensownego wybierania znajomych i to, że dopasowuje się do grupy tylko do pewnych granic. Dla Julki ciekawe było poznawanie bardzo różnych dzieci, z których każde, no, może poza Rafałkiem, miało coś własnego i ciekawego do zaproponowania.

Od Kasi nauczyła się mówić po śląsku i potem w bibliotece szukała śląskich bajek, dzięki Oli wrócił jej entuzjazm do gry na pianinie. Jeśli chodzi o Jasia, przede wszystkim nauczył się od Michałka mówić "dupa", ale za to bardzo rozwinął się społecznie.

Co roku, kiedy po wylewnych pożegnaniach i wymianie adresów wracamy spod Babiej Góry, dzieci, ściskając w rączkach gliniane kogutki ze skansenu, śpiewają przez całą drogę piękną gwarą stare orawskie piosenki, których nauczyły je córki gospodarzy.

- Szkoda, że Ewelinka, Joasia i Lucyna nie mieszkają na naszej ulicy - wzdycha Julka - Tylko że wtedy nie byłyby takie ciekawe.

Więcej o: