Związki i obowiązki
01.08.2006
, aktualizacja: 06.08.2007 15:13
Ona ma żal do męża, że za mało pomaga jej w domu, on ma poczucie, że ponosi główny ciężar utrzymania rodziny, czego żona nie docenia.
ZOBACZ TAKŻE
- Do pary (16-12-08, 13:53)
- Porządki z dzieckiem. Czym je zająć? (25-11-08, 12:06)
- Polscy faceci ruszą do garów? (01-07-05, 03:00)
- Zarabiam więcej od męża (13-12-04, 11:26)
- Wojna z facetem o zmywanie (26-10-01, 11:00)
SONDAŻ
Mój mąż jest niefrasobliwy
Pobraliśmy się cztery lata temu. Rok później urodził się nasz syn. Po urlopie macierzyńskim wzięłam jeszcze rok wychowawczego. Całe dnie byłam z dzieckiem sama, Marcin wracał z pracy, zjadał obiad, kładł się na godzinkę z gazetą albo zasiadał przed telewizorem. Pod wieczór było jeszcze masę do zrobienia - zmywanie, sprzątanie, podgotowanie obiadu na następny dzień. Prosiłam Marcina, żeby zajął się małym, bo po 10 godzinach byłam już nim zmęczona, a czekało mnie jeszcze tyle zajęć. Mąż mówił, że przecież ciężko pracuje na cały dom i należy mu się odpoczynek, że siedzę z dzieckiem w domu i powinnam sobie lepiej wszystko zorganizować. Nie rozumiał, jak trudno pogodzić prace domowe z potrzebami niemowlęcia. W dodatku Oleś często budził się w nocy, wstawałam do niego po kilka razy, bo Marcin spał jak zabity.
Problem zaostrzył się jeszcze, odkąd wróciłam do pracy. To ja odbieram Olka od opiekunki i jestem w domu godzinę później niż mąż. Zastaję go przed telewizorem z puszką piwa w ręce albo drzemiącego na kanapie z twarzą przykrytą gazetą. Rzucam się do wykańczania obiadu, który pichciłam poprzedniego wieczoru, a Marcin na dźwięk hałasów dobiegających z kuchni budzi się i pyta: "Kiedy wreszcie coś zjem?". W tym czasie ja dodatkowo zabawiam dziecko - mąż poproszony o opiekę nad małym włącza mu po prostu telewizor. Nie przyjdzie mu też do głowy, że mógłby mi pomóc. O wszystko muszę go prosić: wynieś śmiecie, pozmywaj, poczytajcie z Olesiem książeczkę. Nawet zakupów nie potrafi zrobić z głową - wręczam mu listę, ale on przynosi tylko to, co "było w sklepie". W ogóle jest dziwnie niefrasobliwy. Czuję się tak, jakbym miała w domu dwoje dzieci. (Małgorzata)
Żona się mnie czepia
Byliśmy fajnym zgranym małżeństwem, urodził się nam świetny chłopaczek. Żona była na wychowawczym i prowadziła dom, ja utrzymywałem rodzinę. Już wtedy zdarzały się przepychanki, kto ma co zrobić, ale w zasadzie był jakiś podział pracy - ja zarabiałem, Gośka zajmowała się domem i dzieckiem. Ona jednak uparła się wrócić do swojego biura. Od tej pory zmieniło się na gorsze. Gośka często patrzy na mnie z wyrzutem i o wszystko się czepia. A to, że leżę, a to, że czytam, a to, że nie czytam i nie ma o czym ze mną rozmawiać. Komenderuje mną, jakbym był niesfornym dzieciakiem - zrób to, zrób tamto. Nawet próbowałem, ale się sparzyłem. Raz zastała mnie przy smażeniu kotletów i wyrwała mi z ręki patelnię, że niby porysuję teflon. A jak zmywam, to podobno strasznie chlapię. Nie to nie, łaski bez. To prawda, że pracujemy oboje, ale Gośka nie musi tak wcześnie wstawać i ma mniej nerwową pracę (jestem kierownikiem budowy). Zresztą, gdyby nie moja praca, to i ona nie mogłaby chodzić do swojej, bo zarabia niewiele więcej, niż płacimy opiekunce. (Marcin)
Komentarz Zofii Milskiej-Wrzosińskiej, psychoterapeutki z warszawskiego Laboratorium Psychoedukacji
W idyllicznym początkowym okresie małżeństwa nie przychodzi ludziom do głowy, by uzgodnić opinie w sprawie prozy życia.
Wiele par wspomina początki małżeństwa - jeśli nie zostało to w ich wspólnej pamięci wykasowane - jako czas ekscytującej zmiany i przyjemnego uczenia się dorosłości we dwoje. A przecież już wtedy wspólne życie niosło ze sobą: wannę do umycia, pranie do odebrania, kota do sterylizacji i ciocię do ugłaskania. W miarę upływu lat i napływu dzieci wszystkiego tego nieustannie przybywało.
Gdy się mieszka z rodzicami, spełnianie domowych obowiązków stanowi obszar rozgrywek międzypokoleniowych, jest zatem przeżywane nie tylko w planie realnym, ale i symbolicznym, np. jako wyraz buntu lub podporządkowania. Mieszkający w pojedynkę nie mają złudzeń - albo obsłużą się sami, albo ktoś to zrobi za ich pieniądze. W parze natomiast następuje dekonstrukcja indywidualnych nawyków, rozproszenie odpowiedzialności i stopniowe wypracowywanie wspólnego modelu. W mnogości aktualnych wzorców niełatwo znaleźć prostą odpowiedź na zagadki w rodzaju: "Czy to, które ma cięższą pracę, ale mało zarabia, powinno mieć w domu mniej obowiązków niż to, które pracuje lekko i przyjemnie, a zarabia dużo?" albo "Kto ma wstać w nocy do dziecka, gdy budzi się ono po raz dwudziesty, matka ma nazajutrz ważną prezentację, a ojciec obsłużył poprzednich dziewiętnaście alarmów"?
W idyllicznym okresie nie odczuwa się szczególnych obciążeń, więc mało komu przyjdzie do głowy uzgadniać opinie w sprawie prozy życia. A gdy już pojawią się obowiązki, prosić o pomoc jakoś trudno - przecież "gdyby kochał, sam by się domyślił". Czasem para tworzy swój własny model w sposób "organizmiczny" - bez długich dyskusji, niejako sam z siebie, ustala się tryb odpowiadający obojgu. Gorzej, gdy - jak u Małgorzaty i Marcina - różnice wyobrażeń są zbyt duże, ale brak jawnych negocjacji. Z perspektywy Małgorzaty jej decyzyjna i wykonawcza odpowiedzialność za dom jest przez "niefrasobliwego" męża zupełnie niedoceniana, a praca zawodowa traktowana jak fanaberia. Marcin z kolei nie chce podlegać dyktatowi żony i sądzi, że jego znaczne i stabilne zarobki powinny w końcu gwarantować mu jakąś pozycję w rodzinie. Jednak oboje - zamiast przekonać partnera do swoich racji, stosują bierny opór (on) i politykę nakazową (ona).
Tymczasem jeśli jedna strona ocenia swoje świadczenia na rzecz rodziny jako niesprawiedliwie większe, to pogrąża się w uczuciach krzywdy i złości. Na ogół zresztą wykorzystani czują się oboje, czyli każde z nich sądzi, że to ono wkłada w związek więcej wysiłku i zaangażowania niż to drugie, które pasożytuje. Zaczynają wzbierać pretensje, za którymi stoją wielomiesięczne zawiedzione nadzieje, a podtrzymywane przez te emocje stanowiska obojga niebezpiecznie się usztywniają.
Małgorzata weszła w rolę krytycznej i wymagającej nauczycielki przyłapującej leniwego i niezbyt pojętnego ucznia na ustawicznych naruszeniach regulaminu (zakupy bez głowy, woda na podłodze, wegetacja przed telewizorem). Narzeka, że mąż jest jak drugie dziecko, ale chyba nie chodzi jej o to, by był dorosły, ale raczej o to, by właśnie pozostał dzieckiem, tyle że sprawnym i posłusznym.
Z kolei Marcin buntuje się przeciw nękającej wychowawczyni, ale jego sposób to raczej ukradkowy sabotaż i wycofanie ("nie to nie, łaski bez") niż dorosła konfrontacja. Oboje tworzą fakty dokonane i oczekują, że to drugie się do nich dostosuje. Nie rozmawiają o tym, czy praca Małgorzaty ma sens, ani dlaczego to nie Marcin odbiera dziecko od opiekunki. Nie ustalili, jakie formy zabawy z dzieckiem uważają za właściwe i dlaczego. Nie porozumieli się, czy codzienne gotowanie obiadów jest w ich domu niezbędne. Każde próbuje przeforsować swoje i złości się, gdy drugie to sabotuje. I zapewne tak właśnie będzie, póki Małgorzata i Marcin nie stworzą własnego i odpowiadającego obojgu wzorca życia w rodzinie.
Pobraliśmy się cztery lata temu. Rok później urodził się nasz syn. Po urlopie macierzyńskim wzięłam jeszcze rok wychowawczego. Całe dnie byłam z dzieckiem sama, Marcin wracał z pracy, zjadał obiad, kładł się na godzinkę z gazetą albo zasiadał przed telewizorem. Pod wieczór było jeszcze masę do zrobienia - zmywanie, sprzątanie, podgotowanie obiadu na następny dzień. Prosiłam Marcina, żeby zajął się małym, bo po 10 godzinach byłam już nim zmęczona, a czekało mnie jeszcze tyle zajęć. Mąż mówił, że przecież ciężko pracuje na cały dom i należy mu się odpoczynek, że siedzę z dzieckiem w domu i powinnam sobie lepiej wszystko zorganizować. Nie rozumiał, jak trudno pogodzić prace domowe z potrzebami niemowlęcia. W dodatku Oleś często budził się w nocy, wstawałam do niego po kilka razy, bo Marcin spał jak zabity.
Problem zaostrzył się jeszcze, odkąd wróciłam do pracy. To ja odbieram Olka od opiekunki i jestem w domu godzinę później niż mąż. Zastaję go przed telewizorem z puszką piwa w ręce albo drzemiącego na kanapie z twarzą przykrytą gazetą. Rzucam się do wykańczania obiadu, który pichciłam poprzedniego wieczoru, a Marcin na dźwięk hałasów dobiegających z kuchni budzi się i pyta: "Kiedy wreszcie coś zjem?". W tym czasie ja dodatkowo zabawiam dziecko - mąż poproszony o opiekę nad małym włącza mu po prostu telewizor. Nie przyjdzie mu też do głowy, że mógłby mi pomóc. O wszystko muszę go prosić: wynieś śmiecie, pozmywaj, poczytajcie z Olesiem książeczkę. Nawet zakupów nie potrafi zrobić z głową - wręczam mu listę, ale on przynosi tylko to, co "było w sklepie". W ogóle jest dziwnie niefrasobliwy. Czuję się tak, jakbym miała w domu dwoje dzieci. (Małgorzata)
Żona się mnie czepia
Byliśmy fajnym zgranym małżeństwem, urodził się nam świetny chłopaczek. Żona była na wychowawczym i prowadziła dom, ja utrzymywałem rodzinę. Już wtedy zdarzały się przepychanki, kto ma co zrobić, ale w zasadzie był jakiś podział pracy - ja zarabiałem, Gośka zajmowała się domem i dzieckiem. Ona jednak uparła się wrócić do swojego biura. Od tej pory zmieniło się na gorsze. Gośka często patrzy na mnie z wyrzutem i o wszystko się czepia. A to, że leżę, a to, że czytam, a to, że nie czytam i nie ma o czym ze mną rozmawiać. Komenderuje mną, jakbym był niesfornym dzieciakiem - zrób to, zrób tamto. Nawet próbowałem, ale się sparzyłem. Raz zastała mnie przy smażeniu kotletów i wyrwała mi z ręki patelnię, że niby porysuję teflon. A jak zmywam, to podobno strasznie chlapię. Nie to nie, łaski bez. To prawda, że pracujemy oboje, ale Gośka nie musi tak wcześnie wstawać i ma mniej nerwową pracę (jestem kierownikiem budowy). Zresztą, gdyby nie moja praca, to i ona nie mogłaby chodzić do swojej, bo zarabia niewiele więcej, niż płacimy opiekunce. (Marcin)
Komentarz Zofii Milskiej-Wrzosińskiej, psychoterapeutki z warszawskiego Laboratorium Psychoedukacji
W idyllicznym początkowym okresie małżeństwa nie przychodzi ludziom do głowy, by uzgodnić opinie w sprawie prozy życia.
Wiele par wspomina początki małżeństwa - jeśli nie zostało to w ich wspólnej pamięci wykasowane - jako czas ekscytującej zmiany i przyjemnego uczenia się dorosłości we dwoje. A przecież już wtedy wspólne życie niosło ze sobą: wannę do umycia, pranie do odebrania, kota do sterylizacji i ciocię do ugłaskania. W miarę upływu lat i napływu dzieci wszystkiego tego nieustannie przybywało.
Gdy się mieszka z rodzicami, spełnianie domowych obowiązków stanowi obszar rozgrywek międzypokoleniowych, jest zatem przeżywane nie tylko w planie realnym, ale i symbolicznym, np. jako wyraz buntu lub podporządkowania. Mieszkający w pojedynkę nie mają złudzeń - albo obsłużą się sami, albo ktoś to zrobi za ich pieniądze. W parze natomiast następuje dekonstrukcja indywidualnych nawyków, rozproszenie odpowiedzialności i stopniowe wypracowywanie wspólnego modelu. W mnogości aktualnych wzorców niełatwo znaleźć prostą odpowiedź na zagadki w rodzaju: "Czy to, które ma cięższą pracę, ale mało zarabia, powinno mieć w domu mniej obowiązków niż to, które pracuje lekko i przyjemnie, a zarabia dużo?" albo "Kto ma wstać w nocy do dziecka, gdy budzi się ono po raz dwudziesty, matka ma nazajutrz ważną prezentację, a ojciec obsłużył poprzednich dziewiętnaście alarmów"?
W idyllicznym okresie nie odczuwa się szczególnych obciążeń, więc mało komu przyjdzie do głowy uzgadniać opinie w sprawie prozy życia. A gdy już pojawią się obowiązki, prosić o pomoc jakoś trudno - przecież "gdyby kochał, sam by się domyślił". Czasem para tworzy swój własny model w sposób "organizmiczny" - bez długich dyskusji, niejako sam z siebie, ustala się tryb odpowiadający obojgu. Gorzej, gdy - jak u Małgorzaty i Marcina - różnice wyobrażeń są zbyt duże, ale brak jawnych negocjacji. Z perspektywy Małgorzaty jej decyzyjna i wykonawcza odpowiedzialność za dom jest przez "niefrasobliwego" męża zupełnie niedoceniana, a praca zawodowa traktowana jak fanaberia. Marcin z kolei nie chce podlegać dyktatowi żony i sądzi, że jego znaczne i stabilne zarobki powinny w końcu gwarantować mu jakąś pozycję w rodzinie. Jednak oboje - zamiast przekonać partnera do swoich racji, stosują bierny opór (on) i politykę nakazową (ona).
Tymczasem jeśli jedna strona ocenia swoje świadczenia na rzecz rodziny jako niesprawiedliwie większe, to pogrąża się w uczuciach krzywdy i złości. Na ogół zresztą wykorzystani czują się oboje, czyli każde z nich sądzi, że to ono wkłada w związek więcej wysiłku i zaangażowania niż to drugie, które pasożytuje. Zaczynają wzbierać pretensje, za którymi stoją wielomiesięczne zawiedzione nadzieje, a podtrzymywane przez te emocje stanowiska obojga niebezpiecznie się usztywniają.
Małgorzata weszła w rolę krytycznej i wymagającej nauczycielki przyłapującej leniwego i niezbyt pojętnego ucznia na ustawicznych naruszeniach regulaminu (zakupy bez głowy, woda na podłodze, wegetacja przed telewizorem). Narzeka, że mąż jest jak drugie dziecko, ale chyba nie chodzi jej o to, by był dorosły, ale raczej o to, by właśnie pozostał dzieckiem, tyle że sprawnym i posłusznym.
Z kolei Marcin buntuje się przeciw nękającej wychowawczyni, ale jego sposób to raczej ukradkowy sabotaż i wycofanie ("nie to nie, łaski bez") niż dorosła konfrontacja. Oboje tworzą fakty dokonane i oczekują, że to drugie się do nich dostosuje. Nie rozmawiają o tym, czy praca Małgorzaty ma sens, ani dlaczego to nie Marcin odbiera dziecko od opiekunki. Nie ustalili, jakie formy zabawy z dzieckiem uważają za właściwe i dlaczego. Nie porozumieli się, czy codzienne gotowanie obiadów jest w ich domu niezbędne. Każde próbuje przeforsować swoje i złości się, gdy drugie to sabotuje. I zapewne tak właśnie będzie, póki Małgorzata i Marcin nie stworzą własnego i odpowiadającego obojgu wzorca życia w rodzinie.
- 52 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Związki i obowiązki
aleksok
10.08.06, 16:26
To jest dowód na to, że ludzie powinni zamieszkać ze soba przed ślubem!!!»
-
Re: Związki i obowiązki
freddy10
24.09.06, 18:09
to jest dowod na to ze selekcja doboru partnera powinna byc bardziej wnikliwa,malo tego powinnismy dobierac sie na zasadzie podobienstw.zawsze latwiej zrozumiec kogos kto zachowuje sie »
-
Związki i obowiązki
petal
09.10.06, 21:29
no i co?gdzie puenta i pozytywne zakończenie?jakie jest wyjście z takiej sytuacji?nie doszukałam się tu sdposobu rozwiązania takiej sytuacjia spodziwałam się »
Najczęściej czytane
- 1.Najbardziej ukochane potrawy naszego dzieciństwa
- 2.Kiedy urodzić pierwsze dziecko? Obalamy mity o wczesnym i dojrzałym macierzyństwie
- 3.Gwiazdy z ADHD i dysleksją - jako dzieci miały ciężkie życie, dziś są sławne
- 4.5 niezwykłych rzeczy codziennego użytku dla dzieci
- 5.Dzieci - młodzi milionerzy. Oni zarabiają dużo więcej niż ty!
- 6.Wady Polek - jak nas widzą za granicą
- 7.Jak zaoszczędzić na starszym dziecku? Rady dla rodzin w kryzysie
Szkoła karmienia

Choć początki karmienia piersią mogą być trudne, wiele mam szybko pokonuje trudności i nabiera wprawy.

Co tydzień najciekawsze informacje na temat rozwoju oraz wychowania dzieci.
Przykładowy newsletterCiąża i poród






