Adoptować czy nie?

Zofia Milska-Wrzosińska
17.03.2005 , aktualizacja: 03.08.2007 11:48
A A A Drukuj
Para, która nie może mieć dzieci, nie potrafi dojść do porozumienia w sprawie adopcji.
ZOBACZ TAKŻE
Bardzo tego chcę

Zbyszka poznałam w pracy. Był fajnym kolegą, ale nic do niego nie czułam. Dopiero jak dostał przeniesienie do filii w innym mieście, okazało się, że bardzo za sobą tęsknimy. Zaczęły się telefony, odwiedziny... Wreszcie po dwóch latach udało nam się tak ułożyć życie zawodowe, by zamieszkać razem. Po roku wzięliśmy ślub. Oboje dobiegaliśmy trzydziestki, ale o dziecku jeszcze nie myśleliśmy - miałam absorbującą pracę, a do tego uzupełniałam studia. Zbyszek tymczasem został szefem działu i zaczęło nam się lepiej powodzić. Wzięliśmy kredyt i kupiliśmy dwupokojowe mieszkanko. Wkrótce miałam już w kieszeni dyplom.

Uznaliśmy, że teraz czas pomyśleć o dziecku. Od tamtej pory minęły cztery lata, a ja ciągle nie mogę zajść w ciążę. Zrobiłam już wszystkie możliwe badania (Zbyszek też). Nie chcę się zanadto rozpisywać na ten temat, w każdym razie okazało się, że szans na dziecko nie mamy. Nie mogłam się z tym pogodzić, do chwili kiedy zaświtała mi myśl o adopcji. Zaczęłam się zżywać z tą myślą i wiem już, że bardzo tego chcę. Przecież tyle jest dzieci niechcianych, porzuconych, są nawet takie, które matki zostawiają w szpitalu.

Moglibyśmy podjąć starania o zaadoptowanie małego dziecka. Czuję w sobie dość siły, by stworzyć mu prawdziwy dom, a stąd tylko krok do miłości. I nie będzie miało znaczenia, czy kocham to dziecko, bo je urodziłam, czy kocham dlatego, że je po prostu pokochałam.

Tymczasem Zbyszek boi się tego kroku. Mówi, że własne dziecko kochałby instynktownie, a z przybranym takiej pewności nie ma. I że zbyt wiele nasłuchał się o nieudanych adopcjach. Nie rozumiem, dlaczego zaraz tak się pesymistycznie zapatrywać na tę sprawę. Czuję, że czas ucieka, a my jesteśmy wciąż w punkcie wyjścia... (Anna)

Boję się odpowiedzialności

Jestem w połowie drogi między 30. a 40. Mam żonę, którą kocham, pracę, którą lubię, mieszkanie i samochód, które pewnie mogłyby być większe i może kiedyś będą, bo to przecież w dużej mierze ode mnie zależy. Jest jednak coś, co ode mnie nie zależy, choć bardzo się starałem. Żona zresztą też. Nie mamy dzieci. Na początku naszego związku nie wydawało się to takie ważne, poza tym byliśmy na dorobku i uważałem, że najpierw trzeba zapewnić odpowiednie podstawy, bo na tym przecież polega odpowiedzialność, prawda?

Ania mówiła, że zgadza się ze mną, choć dziś myślę, że może niespodziewana ciąża już wtedy by ją ucieszyła. Tymczasem stało się tak, że gdy zaczęliśmy na serio starać się o dziecko, okazało się, że to wcale nie takie proste. Te starania trwają już piąty rok. To jedna siódma mojego życia! I nic. Robiliśmy już wszystkie badania i podejmowaliśmy wszelkie możliwe próby. Wygląda na to, że nic więcej nie da się zrobić. To znaczy - ja tak to widzę, bo Ania od jakiegoś czasu zaczęła wspominać o adopcji. Bardzo trudno mi rozmawiać na ten temat, bo się najzwyczajniej w świecie boję. Widzę po znajomych, jak trudno jest wychować własne dziecko, a co dopiero cudze, o którego genach nic się nie wie. To straszna odpowiedzialność i chyba nie jestem gotów jej podjąć. Z drugiej strony zależy mi na żonie i nie chciałbym sprawić jej zawodu. Tylko czy wzięcie dziecka wyłącznie ze względu na nią byłoby odpowiedzialną decyzją? (Zbyszek)

Komentarz psychoterapeutki Zofii Milskiej-Wrzosińskiej.

Decyzja o adopcji musi być przemyślana, niewymuszona i przede wszystkim wspólna.

Anna od kilku lat walczy z naturą o swoje macierzyństwo i coraz trudniej jej czekać. Ulgę przynosi myśl o adopcji. Pisze: "Nie rozumiem, dlaczego zaraz się tak pesymistycznie zapatrywać na tę sprawę". Spróbujmy spojrzeć na problem bez pesymizmu, ale realistycznie.

Adopcja to rodzaj rodzicielstwa wymagający większej dojrzałości psychicznej. "Zwykli" rodzice przeżywają niekiedy intensywne negatywne uczucia wobec swoich dzieci, ale znoszą to dzięki świadomości własnego autorstwa tego nieznośnego dzieciaka ("Uparty jak osioł, ale mama mówi, że byłam identyczna"). Rodziców adopcyjnych natomiast w trudnych chwilach mogą nachodzić niepokojące myśli o obcych genach i złych doświadczeniach swojego dziecka. A w ślad za tym obawy, że może nic nie da się zrobić, bo dziecko jest nieuchronnie naznaczone swoim trudnym dziedzictwem. Czasem pojawia się pytanie: "Może przeliczyliśmy się z siłami?" I zaraz potem poczucie winy, bo przecież nasze dziecko już doznało już krzywdy - zostało odrzucone na początku życia - a my mieliśmy mu to wynagrodzić i nigdy nie ulec zwątpieniu. Żeby to przejść bez szkody dla dziecka i siebie, trzeba być emocjonalnie stabilnym człowiekiem, świadomym specyfiki adopcyjnego rodzicielstwa.

Zbyszek pisze: "Boję się". Łatwo to zrozumieć. Decyzja o adopcji jest nieodwracalna - trzeba zatem być pewnym swojej determinacji. A przecież "obce" dziecko może okazać się trudne. Nie wiadomo, kim byli przodkowie dziecka, nie towarzyszyliśmy mu w czasie życia płodowego, porodu, początku życia. Oczywiście rodzicielstwo biologiczne też nie jest wolne od ryzyka; mimo postępu diagnostyki kobieta nie całkiem wie, jakie stworzenie nosi w brzuchu. Ale ciąża jest naturalnym sposobem prokreacji, więc można znaleźć wsparcie w tym, że wszyscy rodzice przez to przeszli. Adopcja to samotniejsza przygoda.

Anna sądzi idealistycznie, że nie będzie miało znaczenia, czy kocha dziecko dlatego, że je urodziła, czy po prostu dlatego, że pokochała. Chciałaby myśleć, że nie ma żadnej różnicy. Ale różnica istnieje i dojrzała dezycja o adopcji musi być oparta na realistycznym uznaniu dodatkowych trudności tej formy rodzicielstwa. Dlatego paradoksalnie Zbyszek jest bardziej przygotowany do takiej decyzji niż Anna, mimo że ona chce, a on się waha.

Nie wiadomo, z czyjego powodu Anna i Zbyszek nie mogą mieć dziecka, Anna "nie chce się na ten temat rozpisywać". Ale jeśli do adopcji nakłania to, które dzieci mieć nie może, to partner może czuć się przymuszany szantażem emocjonalnym do poświęcenia się.

Dezycja adopcyjna musi być przemyślana, niewymuszona i przede wszystkim wspólna. Póki do niej nie dojdzie, lepiej rozważyć działania mniej definitywne - zapraszanie samotnych dzieci na święta, oswajanie siebie i partnera z tą sytuacją, sprawdzanie własnych reakcji. To pomoże, by idealizm i pesymizm przekształciły się w realistyczną ocenę swoich możliwości.



  • Re: Adoptować czy nie? eborejszo 27.03.05, 10:51

    Jestem mamą 3 dzieci, a także lekarzem weterynarii.Nie wierzę,aby noworodek dziedziczył skłonność do zła - on w genach ma zapisane tylko takie cechy charakteru jak pobudliwość, »

  • Re: Adoptować czy nie? anma 27.03.05, 15:57

    Na pytanie zadane w tytule nie odpowiem. Bo radzić w takich sprawach komuś sięnie podejmuję. Ja moge wiedzieć co ja bym zrobiła ale mówić komuś co ma robić wtakiej ważnej kwestii? Nie.Ale »

  • Re: Adoptować czy nie? sakada 27.03.05, 16:48

    Jestem zdania, że w genach możemy posiadać pewne preferencje, skłonności. Jednak nie uważam, żeby to one decydowały o tym jakimi ludźmi jesteśmy. Pozdrawiam»

Redakcja eDziecko.pl

*

Agnieszka Wirtwein-Przerwa

  • redaktorka naczelna
  • agnieszka.wirtwein@agora.pl
  • redaktorka
  • karolina.stepniewska@agora.pl
  • dziennikarka
  • joanna.biszewska@agora.pl
  • dziennikarz, felietonista
  • marcin.sztetter@gmail.com
  • felietonistka
  • administratorka forum
  • zona_mi@gazeta.pl