1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Ojciec matkujący

Coraz więcej jest mężczyzn, którzy mają odwagę grać rolę, która do niedawna była zarezerwowana tylko dla kobiet.
Trójka przeciętnych mężczyzn? Nic nowego? Bycie aktywnym ojcem, który nie tyle "pomaga" partnerce, ile "wspólnie z nią opiekuje się dzieckiem", to już standard? No nie. Tak dobrze, niestety, nie jest. A jak jest w rzeczywistości?

Trochę jak w e-mailu, który dostałam, gdy szukałam bohaterów do tego reportażu: "Faceci, których szukasz, są jak Yeti. Wszyscy o nich słyszeli, ale nikt nie widział". O ojcach, którzy biorą wychowawczy lub przechodzą na pół etatu, by więcej zajmować się dzieckiem, rzeczywiście dużo się w ostatnich latach mówi. Ale to jeszcze nie znaczy, że naprawdę tak dużo tych ojców jest. A ci, do których docieram, często zgadzają się opowiadać o sobie wyłącznie anonimowo. Wstydzą się, że siedzą w domu z dzieckiem, albo wstydzą się tego... ich partnerki. Mariusz, Maciej i Darek, którzy opiekują się swoimi maluchami więcej niż dwie wieczorne godziny dziennie, a do tego mówią o tym z dumą, nadal stanowią wyjątek.

Nieoczekiwana zmiana miejsc

Grudzień 2008. Firmowa wigilia. Maciej Pietras dostaje nagrodę i premię za swoją pracę. Dzień później otrzymuje wypowiedzenie.

- Nie przejąłem się tym. To nie była wiadomość miesiąca. Tydzień wcześniej urodził się Miłosz. I to było najważniejsze - wspomina. - Przez pierwsze pół roku życia syna całe dnie spędzaliśmy we trójkę - on, jego mama Emilia i ja. Na początku, gdy był wielki płacz lub wielka kupa, od razu łapałem kosz i wynosiłem śmieci albo zabierałem się do zmywania naczyń. Ja więcej zajmowałem się zakupami i domem, a Miłoszem - Emilia. Miała cesarskie cięcie, więc chciałem tak zorganizować nam życie, żeby nie musiała się dużo ruszać. Potem ten podział obowiązków nie był już tak wyraźny. Za butelkę czy pieluchę łapał ten, kto miał bliżej.

Kiedy Emilia wraca do pracy, Maciek zostaje w domu z dzieckiem. Wcześniej zakładał, że będzie uczestniczył w życiu syna. Ale nie spodziewał się, że w tak dużym zakresie.

Konieczność przejęcia całodziennej samodzielnej opieki nad małym dzieckiem zaskoczyła także Mariusza.

- Planowałem, że będę bardziej zajmował się Olą, kiedy skończy dwa lata. Uważałem, że dziecko jest bardziej atrakcyjne dla ojca, kiedy już można się z nim porozumieć, porozmawiać - tłumaczy. - Wyszło inaczej. W firmie zaczęły się redukcje, obcięli mi pensję. Obliczyliśmy z Martą, że nawet jeśli będziemy dorabiać pisaniem tekstów, bo oboje jesteśmy dziennikarzami, i tak nie domkniemy domowego budżetu.

W rezultacie, kiedy Ola ma osiem miesięcy, Marta rozpoczyna pracę w nowej redakcji. Na szczęście nie musi przychodzić do niej codziennie. Mariusz pracuje w systemie dyżurowym. Udaje się więc sporządzić misterny plan pracy "na zakładkę". Kiedy Marta pracuje, Mariusz opiekuje się Olą i odwrotnie. Po 16 dochodzi jeszcze opieka nad starszym synem, pięcioletnim Igorem.

Do pełnoetatowej opieki nad niemowlakiem najbardziej przygotowany był Darek.

- U nas zawsze było odwrotnie - stwierdza. - Jeszcze zanim pojawiło się dziecko, ja byłem bardziej zaangażowany w prowadzenie domu, a moja żona - w pracę. Proszę tylko nie myśleć, że ona w tym związku nosi spodnie czy że jestem pantoflarzem. Po prostu ona zawsze była bardziej ambitna, lepiej zarabiała i jej praca wymagała większego zaangażowania. To było oczywiste, że kiedy pojawi się dziecko, to ja z nim zostanę. I tak się stało. Kiedy Olek skończył pół roku, bez żalu zawiesiłem swoją działalność w branży kruszywowej. I tak był kryzys i wiele inwestycji związanych z budową dróg stanęło.

Tata na pełen etat

Marta wychodzi do pracy. Mariusz ma spędzić z Olą ponad osiem godzin.

Bawi się z nią, potem kładzie spać.

Po kilkudziesięciu minutach mała się budzi. Mariusz oblicza, że do powrotu Marty zostało jeszcze siedem godzin.

- I wtedy się przestraszyłem.

Nie miałem pojęcia, jak zagospodarować córce te siedem godzin. Przecież zabaw, które można zaproponować niemowlakowi, jest bardzo niewiele. Dzień dłużył się niemiłosiernie. Było kilka ataków żałosnego popiskiwania z serii "gdzie mama?", ale kiedy żona dzwoniła, nie przyznawałem się do tego. Kiedy wróciła, miałem ochotę lec w dowolnym kącie mieszkania i zasnąć - tak Mariusz wspomina pierwszy dzień z Olą. Dzisiaj uważa, że za bardzo kombinował. Za bardzo chciał pokazać się córce jako jej pełnoprawny opiekun.

- A wystarczyło tylko wejść w rytm dziecka, by wszystko stało się proste. Wcześniej podchodziłem do Oli jak do bomby z opóźnionym zapłonem. Bałem się, że wszystko zakończy się po trzydziestu minutach strasznym wrzaskiem. A ja nie będę umiał nic na to poradzić. I najpierw ona się rozpłacze, potem ja, a na koniec sąsiedzi wezwą policję. - Mariusz śmieje się. Dziś sądzi, że jego strach wynikał między innymi ze złych doświadczeń w opiece nad synem, kiedy ten był bardzo malutki.

- Kiedyś Marta wyszła na chwilę do sklepu, Igor strasznie się rozpłakał i nie mogłem nad nim zapanować.

Żona zastała go leżącego na moim brzuchu, drżącego i przysypiającego z nerwów i zmęczenia - wspomina.

- Na szczęście Ola jest zupełnie inna. To złote dziecko.

Podobnie o swoich maluchach mówią Darek i Maciek. W domu tego pierwszego można z powodzeniem kręcić reklamy. Te świąteczne, ze szczęśliwą rodziną i radosnymi maluchami, które nigdy nie płaczą, w roli głównej.

- Czasami śmiejemy się z żoną, że dostaliśmy atrakcyjną wersję demo - mówi Darek. - Znajomi pytają, co zrobiliśmy, by zasłużyć na takie dziecko. Rano Olek wita mnie roześmiany. Płacze tylko wtedy, kiedy ma naprawdę ważny powód, np. podczas szczepienia. Nie choruje. Nie miał kolek. Od początku spał od 20 do 8. Zasypiał sam w swoim łóżeczku. Pewnie też dlatego moje dni z nim są takie sielskie-anielskie.



Lista zysków

- Kumple myśleli, że szybko się znudzę - mówi Maciek. - Przed narodzinami Miłosza nie byłem w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Traktowałem dom jak przechowalnię. Byliśmy z Emilią bardzo imprezowi. Naprawdę baaardzo. Potrafiłem tak sobie układać pracę, by móc zacząć weekend w czwartek, a skończyć we wtorek. Jeszcze w zeszłym roku, już kiedy Emilia była w ciąży, co weekend objeżdżaliśmy Polskę. Byliśmy tam, gdzie coś ciekawego się działo. Jak zaczęliśmy w maju, to skończyliśmy we wrześniu.

Maciek przekonuje, że teraz wystarczą mu odwiedziny znajomych raz na tydzień i impreza raz na kilka tygodni:

- Jest mi dobrze. Może dlatego, że w dużej mierze dostosowałem dziecko do siebie. Nie mam żadnego sztywnego planu dnia, którego muszę się trzymać. Opiekuję się dzieckiem instynktownie. Zawsze wiem, czego mu potrzeba, ale to nie znaczy, że zajmuję się nim cały czas. Czasem zostawiam go w jego pokoju na godzinę. On świetnie się sobą zajmuje. Oczywiście kontroluję sytuację. Mam elektroniczną nianię i zaglądam do Miłosza co kilkanaście minut.

Maciek, podobnie jak Mariusz i Darek, ma poczucie, że siedząc w domu z dzieckiem, nic nie traci. Cała trójka twierdzi wręcz, że na takim układzie można przede wszystkim zyskać. Podkreślają, że chwile, w których maluch szuka ukojenia w ich ramionach, są bezcenne.

- Oczywiście tych pamiętnych chwil, które żal byłoby przegapić, jest dużo więcej. Dla mnie nawet cenniejsze są te zabawne sytuacje niż kamienie milowe, jakimi są pierwsze słowa czy kroki - mówi Maciek.

- No i ten dystans, jakiego się nabiera - podkreśla Darek. - Ktoś mnie okłamał, nie dotrzymał umowy? To już nie jest takie ważne. Mam też wrażenie, że dzięki synowi stałem się taki "bardziej dla ludzi". Zacząłem bardziej cenić relacje z innymi, skupiać się na nich. Zatrzymałem się.

Mariusz do listy zysków dorzuca uważność i umiejętność bycia "tu i teraz".

- Nigdy nie sądziłem, że gra w piłkę z dziewięciomiesięcznym dzieckiem może tak wciągnąć. Prawdę mówiąc, nie myślałem, że w ogóle jest możliwa - stwierdza. - Poczułem się też dużo pewniej jako ojciec. To nie znaczy, że kiedykolwiek byłem niedzielnym rodzicem. Zawsze dużo czasu spędzałem z dziećmi. Często, kiedy wracałem z pracy, Marta siadała do pisania tekstów. Wtedy przejmowałem pałeczkę. Jednak miałem świadomość, że żona jest obok.

W razie czego wchodziła do pokoju, brała Olę czy wcześniej Igora i tłumaczyła, co zrobiłem źle. Teraz przekonałem się, że sam doskonale sobie radzę. Mam poczucie, że zgrałem się z Olą. Świetnie się rozumiemy.

Darek mówi wprost:

- To mnie lepiej wychodzi opieka nad dzieckiem. Tak, mówię to z pełnym przekonaniem. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Moja żona jest świetną i bardzo czułą matką, ale to ja spędzam więcej czasu z dzieckiem, więc to naturalne, że lepiej rozumiem jego potrzeby.

I po chwili dodaje: - Nie wiem, dlaczego niektórzy uważają, że tylko matki powinny pełnić funkcję głównych opiekunów niemowląt. Co takiego mogą dać dzieciom, czego nie mogliby dać ojcowie? Fakt, tylko one mogą karmić piersią... Ale poza tym?



Zaprośmy dziecko do naszego świata

Wspólnie z marką LOVI organizujemy akcję, której celem jest zachęcanie rodziców do aktywnego życia. Gdy w rodzinie pojawia się dziecko, wszystko się zmienia. Nasze potrzeby, marzenia, oczekiwania. Maleńki człowiek sprawia, że zaczynamy inaczej myśleć o życiu, sobie, rodzinie. Jesteśmy wszak rodzicami.

I to my będziemy przez najbliższych kilkanaście lat najważniejszymi przewodnikami dziecka w poznawaniu świata.

To odpowiedzialne, ale jednocześnie wspaniałe zadanie. Bo rodzicielstwo to przecież nie tylko codzienny trud, ale także fascynująca przygoda. Przygoda, którą możemy przeżyć razem.

W naszym nowym cyklu będziemy pokazywać, jak można wspierać emocjonalny i fizyczny rozwój dziecka, ciekawie spędzać z nim czas, uczyć samodzielności i jednocześnie być tuż obok, na wyciągnięcie ręki. I czerpać z tego prawdziwą radość.

Przeczytajcie o rodzicach, którzy dzięki swoim dzieciom lepiej poznali samych siebie, zdobyli nowe, niezwykłe doświadczenia, otworzyli się na świat. A co najważniejsze stworzyli szczęśliwą rodzinę.

Bo nic lepiej nie tworzy i nie umacnia więzi rodzinnych jak wspólne, aktywne spędzanie czasu.

Artykuł w ramach akcji Aktywne Rodzicielstwo

Więcej o: