Janusz Panasewicz: Dziecku trzeba patrzeć w oczy

Rozmawiała Kasia Michalczak
2008-12-15, ostatnia aktualizacja 2008-12-15 13:08

Zostając ojcem ponownie po trzydziestu latach czuł dużą tremę. Teraz uwielbia obserwować swoich bliźniaków i stara się spędzać z nimi dużo czasu. Unika faworyzowania, a zarazem dopasowuje swoje zachowanie do temperamentu dziecka. ''Zwyczajne wychowanie bez udziwnień'' poleca Janusz Panasewicz.

Janusz Panasewicz, wokalista Lady Pank
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Janusz Panasewicz, wokalista Lady Pank
GALERIA ZDJĘĆ
Czy decyzja o płycie miała coś wspólnego z narodzinami bliźniaków?

Nie całkiem, bo ja z tą płytą się nosiłem przez jakiś czas, i to dość odległy od pojawienia się dzieci. Więc chciałem ją zrobić z pięć lat wcześniej, ale nie było specjalnie kiedy, bo cały czas przecież nagrywałem w zespole Lady Pank. Ale zacząłem ją nagrywać tak na poważnie wiosną tego roku, czyli dzieci miały już po pięć miesięcy. Oczywiście było to dla mnie - w momencie nagrywania płyty - istotne, że są dzieci. Może też sposób, w jaki śpiewam, o czym, jak się odzywam, coś czego wcześniej nie robiłem w Lady Pank, dla wielu ludzi jest to bardzo nostalgiczne albo romantyczne - więc to mogło mieć jakiś wpływ, ale tak jak mówię, przygotowywałem to dużo wcześniej.

Jeszcze zanim w ogóle zaświtała wiadomość...

Myśl o płycie zaświtała kiedy matka tych dzieci nie była mi osobą bliską (śmiech)

A jak pan w ogóle zareagował na wiadomość, że będzie dziecko?

Dwoje.

Tak, ale najpierw była wiadomość o ciąży?

W zasadzie te dwie wiadomości były jednoznaczne, tak to jakoś wyszło. Zwłaszcza że ja rzadko bywałem w domu. No ta wiadomość była niełatwa, bo mam syna dorosłego który ma już 28 lat! Więc to nie było takie: O, jest cudownie! Zacząłem rozmyślać o tym czy sobie poradzę, czy ja sam dam sobie radę nawet nie wykarmić, tylko czy dam sobie radę tak ich wychować, żeby wyrośli na przyzwoitych ludzi...

No i do jakich wniosków pan doszedł?

Na początku to w ogóle nie przesypiałem nocy, bo myślałem o tym bez przerwy, natomiast... Cóż, kiedy się już urodziły i spojrzałem na nie - byłem szczęśliwy, było mi dobrze. Widocznie tego było mi potrzeba. Może nikt mi tego nie mówił, może sam sobie nie mówiłem, że to jest dla mnie potrzebne, ale w momencie kiedy je zobaczyłem, jak zobaczyłem że się śmieją, i to od razu, to jakiejś takiej fajnej siły nabrałem do tego, żeby coś robić, że to jest dobrze co się stało.

A jak starszy syn zareagował na wiadomość o tym, że będzie miał braci?

Bardzo nieszczególnie, to znaczy on jest dobrze wychowanym człowiekiem, więc zareagował tak jak powinien, ale widziałem że jakieś tam emocje nim targały! On był przyzwyczajony, że jest tylko on, zwłaszcza że miałem z nim - i mam - dobre relacje - więc na pewno... Ale trudno powiedzieć, bo w tej sytuacji kiedy mu to powiedziałem - a było to chwilę po tym kiedy się dowiedziałem że się urodzą bliźnięta - to nie było takie dla niego łatwe, dla mnie też. Ale myślę że okej, jest dorosły i wie że takie rzeczy się na świecie zdarzają. A więc zareagował z takim niepokojem, nie z żadną złośliwością, raczej z niepokojem - może myślał, czy ja sobie z tym poradzę, może myślał że on będzie musiał się zajmować dziećmi?

Jak w tym momencie jest między nim a jego braćmi?

Bardzo dobrze. Jest tak jak należy.

Często się spotykają?

Nie za często, dlatego że dzieci nasze nie za często są w Warszawie, ja pracowałem przy płycie, i w ogóle pracuję dużo, gram, więc te dzieci tak naprawdę nie za często spotykam, to znaczy w miarę możliwości raz w tygodniu, na przykład trzy dni. Są z babcią i dziadkiem, którzy mieszkają niedaleko pod Warszawą, i są młodymi ludźmi, ale już na emeryturze, i bardzo nam pomagają. Wojtek też skończył studia, więc pracuje, więc widujemy się nie za często, no w miarę możliwości, czyli kiedy tylko mogę. Czasami są z nami w Warszawie, kiedy nie muszę nigdzie jechać ani nic robić, kiedy mogę się im poświęcić. Teraz jest taki fajny okres jesienno - zimowy, kiedy mniej pracuję i będę z nimi więcej. Natomiast jestem do tego trochę przyzwyczajony, bo pamiętam, że jak Wojtek się urodził, to ja już zaczynałem pracę z Lady Pank, więc też nie było wesoło. Nie widzieliśmy się po tydzień, po parę dni. Ale myślę, że jest dużo ludzi, którzy niekoniecznie robią to co ja, ale pracują od rana do wieczora na przykład w biurze czy w banku, i mając małe dzieci nie widują ich częściej niż ja.

A jak pan zareagował na wiadomość o ciąży te trzydzieści prawie lat temu, i jaka jest różnica?

W jakimś sensie jest różnica, bo ja byłem prawie że trzydzieści lat młodszy, i to było tak naturalne... Wtedy wszystkim ludziom w tym wieku, mniej więcej jak dziewczyna miała tam dwadzieścia dwa, trzy lata, chłopak dwadzieścia pięć czy trzy, w tym wieku w Polsce naturalnie ludziom dzieciaki się rodziły, natomiast po iluś tam latach jest inaczej, dlatego że ja szczerze mówiąc nie planowałem, nie planowaliśmy z matką moich dzieci, że właśnie mają być dzieci. Po prostu byliśmy razem, okazało się, że jest w ciąży, no to jest w ciąży, jesteśmy na tyle dorośli że poradzimy sobie z tym. Różnica jest tak jak mówiłem wcześniej, że wtedy mając dwadzieścia parę lat, myślałem, że to jest absolutnie naturalne że człowiek ma dzieci, natomiast w tym wieku to niekoniecznie. Ale pozostałe rzeczy są podobne...

Czyli tak naprawdę większe zaskoczenie przeżył pan teraz?

Owszem. Tak, wtedy nie.

Ale wiele osób na przykład mówi że gdy mają dzieci po jakimś długim czasie, nie w pierwszej młodości, to są one bardziej świadomie przyjęte.

Może tak być. Co prawda trudno mi czy mojej byłej żonie, matce Wojtka, odmówić jakiejś tam świadomości w wieku dwudziestu paru lat. Tylko jakby wtedy było to bardziej spontaniczno - naturalne, oczywiste. Natomiast teraz było dużo większe i nasze zdziwienie, i moja obawa, że to jest niełatwo, w tych czasach, że ja już mam tyle lat... Ale co do samej fizyczności tego, że one są malutkie, że trzeba się nimi opiekować, to było tak samo.

A jakim pan jest teraz ojcem?

Dobrym... Dobrym, wtedy byłem dobrym, teraz jestem też, chyba bardzo dobrym. To znaczy w miarę możliwości, kiedy jestem.

Co to znaczy że bardzo dobrym?

Że są dla mnie najważniejsze, że myślę o nich bez przerwy, jeśli nie ma mnie, dzwonię - no banalne rzeczy, bo każdy tak robi, ale staram się jak najwięcej z nimi przebywać, żeby patrzeć jak się rozwijają, żeby w czymś tam im pomagać, żeby patrzeć na co reagują, po prostu być z nimi.

Jakim pan był ojcem dla Wojtka? I co z tego ojcostwa chce pan przenieść w tę nową relację, a czego nie?

Nie chciałbym przenieść tego, że z Wojtkiem to było tak, że ja bardzo wtedy dużo pracowałem. Zaczynałem dopiero pracę, więc to było kompletne szaleństwo, wyjeżdżaliśmy, po trzy koncerty dziennie, nie było nas przez miesiąc. Poza tym wyjechałem do Stanów Zjednoczonych, przebywałem tam przez jakiś czas. Wojtek był wtedy w Polsce i dorastał... Kiedyś nie było mnie przez jakiś czas w Polsce i przyleciałem do Warszawy, to był jeszcze czas kiedy nie było komórek i szybkiej możliwości kontaktu, ja nie wiedziałem którego dnia będę wylatywał, i którego dnia będę w Warszawie. Nie mogłem się dodzwonić - to było bardzo dynamiczne, bardzo taki spontaniczny wyjazd - i Wojtek - miał kilka latek - który nie miał pojęcia, że przyleciałem, zobaczył to w telewizji... I był obrażony na mnie że byłem na lotnisku, a on o tym nie wiedział. I przyjechałem na następny dzień do Olecka, na Mazury, gdzie on wtedy mieszkał, i poszliśmy sobie na spacer, nieszczególnie dużo się odzywał, ja coś tam mówiłem, szliśmy aleją nad jeziorem, i widzimy, idzie pani, z wózkiem, z dzieckiem, to dziecko się darło w tym wózku, więc ona zamiast nie wiem, porozmawiać z nim czy przytulić, to zaczęła w tyłek, jakieś klapsy. I dziecko jeszcze bardziej się darło. I Wojtek spojrzał na mnie, mały chłopak, i mówi: Wiesz tato, a ty mi nigdy tak nie zrobiłeś. Chciałbym żeby moje dzieci te małe mogły mi też coś takiego kiedyś powiedzieć.

Czy po ich urodzeniu czuje się pan starszy czy młodszy?

Nie zastanawiam się nad tym zupełnie, ale chyba młodszy... Jak na przykład dzisiaj, wieszam sobie ich majtki, i tak się złapałem na tym, że dorosły facet rozwiesza majtki dziecięce i się uśmiecha sam do siebie. I się śmieje. Złapałem się na tym, że sprawia mi to przyjemność.

Jak dzieci pana zmieniły?

Myślę że to dopiero będą zmieniać. No wiadomo, takie oseski, dwu- czy trzymiesięczne, zmieniają wrażliwość. Jak zapłaczą, to się reaguje, nie można już tak spokojnie spać. Ale czas kiedy będą naprawdę zmieniały, to będzie kiedy zaczną mówić, będą umiały coś wyrazić - na razie mają rok i miesiąc, więc jeszcze nie potrafią - więc ten czas jest dopiero przede mną.

Czy jest dużo zamieszania w domu?

No tak, już raczkują, zaczynają trochę chodzić, no oczywiście, że jest zadyma z jednym dzieckiem, a co dopiero z dwójką. Ja kiedyś powiedziałem, że jak nie będę śpiewał piosenek, to mogę być superbabysitterem, ale dla jednego dziecka. Ale mając dwoje, jak ktoś mi mówi że z jednym sobie nie radzi, to ja się śmieję. One są ciekawe świata, wszystko je interesuje. Każdy szczegół je ciekawi, na który dorośli nie zwrócą uwagi. Ale po prostu trzeba być bardziej skoncentrowanym na tym, że są te dzieci.

Co robicie razem?

No normalnie, jak każdy ojciec, spacerujemy, bawimy się...

Ja w ogóle myślę że to doświadczenie, dzieci w takim dużym odstępie czasu, jest bardzo ciekawe: można się wręcz przyjrzeć, jak się zmieniło podejście do rodzicielstwa. Czy zauważa pan takie rzeczy? Na przykład kiedyś ludzie nie chodzili w ogóle do kawiarni z dziećmi, a teraz to jest powszechne?

No tak, kiedyś ludzie wychodząc zostawiali dzieci z kimś kto się nimi opiekował, u rodziców, czy opiekunek, jak chcieli gdzieś wyjść. W tej chwili zwyczajnie na obiad się zabiera, czego się wtedy nie spotykało, jeśli już to bardzo rzadko, w szczególnych środowiskach. Więc to było takie bardzo siermiężne, dzieci to dom, płaczą, trzeba je przewijać. W tej chwili ta zmiana wzięła się z przemieszania kulturowego, otwarcia granic, ludzie jeżdżą na wycieczki i obserwują. Ta różnica jest ogromna i to bardzo widać. Ja nie wiem czy to bardzo jest ok., bo czasami jak oglądam np. Supernianię, nie mogę zrozumieć, jak to, ludzie sobie nie mogą poradzić z dziećmi? Myślę, że patrzenie dziecku w oczy, rozmawianie z nim naturalne, zaowocuje zwyczajnym wychowaniem, prostym, bez żadnych dodatkowych udziwnień.

No właśnie niestety nie wszystkim ludziom rodzice patrzyli w oczy.

A to jest już ich problem. Moja matka jakoś sobie ze mną radziła, ja radziłem sobie z Wojtkiem i mam nadzieję poradzić sobie z Brunem i z Juliuszem.

Czyli myśli pan że w tym momencie to już jest przesada? Z ekspertkami które się woła na pomoc w wychowaniu?

No w momencie w którym ktoś już nie może sobie poradzić... No bo z drugiej strony taki mamy świat jaki mamy, ludzie są zapracowani, nie zdążają... Ja też niby jestem zagoniony, ale jakoś sobie radzę z dziećmi. Ale dla mnie taki ktoś, kto szuka sposobów innych niż samoistne wychowywanie dziecka, jak na przykład zwraca się do Superniani, to znaczy że sobie ze sobą słabo radzi. Ale nie mówię że to jest jakieś karygodne, bo skoro sobie ktoś nie radzi, to sobie nie poradzi z dzieckiem, to jasne. Ja nie mam zastrzeżeń, tylko jestem zdziwiony.






A czy miał pan jakieś problemy wychowawcze z Wojtkiem?

Nie miałem jakichś szczególnych... Był taki okres kiedy on skończył liceum, przyjechał do Warszawy na studia, i zamieszkał tu... To nie były jakieś problemy jak u nastolatka... Ale nagle nowi ludzie, nowe środowisko, ciekawość... A ja patrzyłem na niego z dystansem i obserwowałem. Wyrażałem dezaprobatę jak mi się coś nie podobało...

Czy pomiędzy małymi synkami tworzy się jakaś szczególna relacja?

To jest bardzo interesujące. Trzeba bardzo uważać, nawet moja mama mówi czasami: A, bo ty Bruna bardziej przytulasz... Dzieci mają się z kim bawić, przytulać, ale ja zwracam uwagę na to, żeby traktować je bardzo równo. Żeby nie faworyzować któregoś dlatego, że jest na przykład dowcipniejszy, albo bystrzejszy... Żeby nawet karmiąc je, dawać im po równo. Bo one mogą wyczuwać taką nierównowagę. Natomiast kiedy ich obserwuję, widzę, że jeden - zazwyczaj jest to Bruno - wymyśla jakąś zabawę, a tamten go obserwuje i natychmiast podchodzi i mu zabiera, ale sam nie wymyśli. W jedną i drugą stronę: jeśli jeden wymyśla coś ciekawego, to ten drugi podgląda go i chce robić to samo. Fajnie to wygląda, kiedy muszą iść spać. Mama, tata czy dziadkowie mówią: idziemy do spania, a oni nie, i sami z siebie się cieszą, że robią na złość. I tak nakręcają, jeden drugiego, do jakiegoś zachowania.

Czyli tak jakby obydwaj przeciwko wam?

Tak. Poza tym, na przykład rano, jak się obudzą, to się cieszą sobą. Ale później jest normalne zabieranie sobie różnych rzeczy.

Ale jednak czasem łapie się pan na tym, że któregoś preferuje?

Ja bym chciał żeby tak nie było. To nie jest tak. Natomiast - zwłaszcza że to nie są jednojajowe bliźniaki - staram się unikać rozróżniania rzeczy, którymi się interesują, i się do nich nie przywiązywać, żeby nie wyobrażać sobie, że ten będzie taki a ten owaki. Staram się nie zwracać na to uwagi, do czasu kiedy one same jeszcze o tym nie wiedzą.






Widać już jakieś różnice w temperamencie pomiędzy nimi?

No tak. Bruno jest starszy o pięć minut od Juliusza, jest troszkę niższy, ale bardziej impulsywny, energetyczny, wszystko chce szybko. Juliusz za to jest bardziej refleksyjny.

Czy do tego, co pan obserwuje, dostosowuje pan swoje zachowanie w stosunku do nich?

W jakimś sensie tak. Jak któryś jest zainteresowany zwykłym wkładaniem kubeczka w kubeczek, nie będę go poganiać, bo idziemy na spacer. Staram się poczekać, żeby się wybawił.






Skąd pan bierze cierpliwość?

Cierpliwość... Teraz jestem chyba bardziej cierpliwy, dlatego że jestem po prostu straszy, parę rzeczy więcej w życiu widziałem, zyskałem pewien spokój. Może też cierpliwość się bierze z tego, że gram tak długo muzykę w tym samym zespole. Jesteśmy cierpliwi, bo nie zmieniamy jak coś nie idzie, tylko wierzymy, że to, co robimy, jest wartościowe. Pewnie to w jakiś sposób pozwala mi teraz być cierpliwym w stosunku do dzieci?

Czy zostaje pan nieraz z nimi oboma na dłużej?

Tak, nawet staram się, żeby tak było. Żeby miały kontakt tylko ze mną. Nie jest to może takie częste, ale bywa...

Czy to jest męczące?

Do tej pory się nie zmęczyłem.

To może jednak nie za często się zdarza (śmiech).

Ale jak są mniejsze, to sobie śpią, to sobie coś tam mruczą pod nosem, jak będą starsze to będą pewnie bardziej absorbujące, ale to jest wielka radość, być z takimi dziećmi, radość, przyjemność, nietracenie czasu na byle co.

A czego pan od nich oczekuje?

Oczekuję, że będą sprawiedliwe. I dobrze wychowane. A raczej, że jeśli zostaną dobrze wychowane, to będą dobrze wychowywały swoje dzieci.






Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

5

1 głos