1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Sam

Odkąd na świecie pojawiła się Tosia - minęło już prawie osiem lat - nigdy się nie zdarzyło, bym został w domu sam. A tu nagle
Wyjechali. Na sześć dni. Do Szkocji.

Nie to, że nie chciałem. Wręcz przeciwnie, marzyłem o tym. Do tego stopnia, że jak tylko się dowiedziałem, że tak się stanie, zacząłem sobie to wyobrażać, o tym fantazjować. Że wrócę z pracy do domu, a tam cisza. Nikt nic do mnie nie mówi. Nikt z nikim się nie kłóci. Nic ode mnie nie chce. Do niczego mnie nie zmusza. Walę się więc na łóżko. Coś tam sobie czytam, oglądam albo po prostu tak sobie leżę. Może też zasypiam.

W ogóle wyobrażałem sobie, że wreszcie sobie pośpię. Odpocznę. Uspokoję się. Nie będę się przecież musiał spieszyć. No bo tak to od rana. Najpierw do przedszkola, z przedszkola do pracy. Z pracy na basen - bo Tosia ma lekcje pływania. Albo do domu kultury - bo Tosia ma lekcje rysowania. A potem chwila zabawy z Frankiem - bo cały dzień się nie widzieliśmy. Kąpiel. Usypianie. Chwila z żonką - bo też się nie widzieliśmy. A potem jeszcze chwilę trzeba popracować

Może nawet pójdę do kina.

Do teatru.

Spotkam się z kolegą.

Może z koleżanką.

Jednym słowem będę panem samego siebie - tak sobie marzyłem. I prawie to już widziałem.

A potem zawiozłem ich na lotnisko, pożegnałem i natychmiast się zorientowałem, że jest jakoś inaczej, niż sobie to wymarzyłem. No bo miało być uczucie ulgi, euforia wolności Miałem być, kurczę, lekki, a jestem ciężki. Pełen troski o nich, niepewności co do siebie, zagubiony. To znaczy niby mogę pójść w prawo, mogę pójść w lewo, ale w sumie dlaczego cokolwiek mam robić?

A potem wróciłem do domu i zamiast tego spokoju, o którym marzyłem, znalazłem w nim pustkę. W ogóle wszystko okazało się nie być takie, jak sobie wyobrażałem. Miałem się przecież wyspać, tak? A tu się okazuję, że siedzę przed komputerem i albo pracuję do upadłego, albo oglądam filmy. A potem jest już pierwsza, druga w nocy, no to się zmuszam, żeby zejść z kanapy, pójść się wykąpać, położyć się do łóżka.

Dlaczego mam w sumie zasypiać w łóżku?

Dlaczego czysty?

Dlaczego rozebrany?

Śniadanie? O rety, tak dla siebie mam robić?!

Mam ugotować sobie obiad?!

Sam go zjeść?!

Czynności, które - gdy byli w domu - robiłem tak jakby od niechcenia, nagle zaczęły urastać do rozmiarów wręcz monstrualnych.

Załadować naczynia do zmywarki? Uff!

Nastawić pranie? O jejku!

Rozwiesić?

Ściąć trawę w ogrodzie?

Wyrzucić śmieci?

Zrobić zakupy?

I niby miałem na wszystko więcej czasu, a jednak jakoś mniej. Czyli to nie oni powodują, że nie znajduję czasu na spanie, bieganie, pójście do kina, spotkanie z kolegami. Wręcz przeciwnie nawet. Jak są, to udaje mi się to znacznie częściej.

O, jak strasznie było mi ich brak. Mojej struktury, mojego sensu, napędu, motywacji, stymulacji, po prostu życia.

PS

W wakacje mam znowu zostać sam. Na tydzień.

Więcej o: