1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Arsenic hour

Przyszło wam kiedyś do głowy, że chcielibyście zabić własne dziecko? Bo mnie oczywiście. I to nie raz.
Szczególnie dobrze pamiętam ten pierwszy. Tosia była malutka, strasznie płakała, nie mogłem jej uspokoić. Nosiłem, tuliłem, masowałem brzuszek. Śpiewałem, tańczyłem, pokazywałem, co za oknem. Włączyłem pralkę. Stukałem naczyniami. I co? I nic! A jak dawałem jej smoczek, to ona go wypluwała.

- A jakbym ją tak wziął, wyrzucił przez okno? - pomyślałem. - Przyjedzie policja, wpakują mnie do więzienia. I już nic nie będę musiał. Ani uspokajać, ani przewijać, ani wstawać w nocy. Nawet do pracy nie będę musiał chodzić.

To była naprawdę miła myśl. Aż mnie zaczęło świerzbić w palcach.

Tak, bardzo dobrze pamiętam ten pierwszy raz. Bo potem to już rutyna.

Jest nawet taka godzina, w której te myśli przychodzą częściej niż w każdej innej. Anglosasi nazywają ją - arsenic hour.

Nigel Marsh, autor książki, "Fat, Forty and Fired" - czyli "Gruby zwolniony czterdziestolatek", opisuje ją Ale może wcześniej słówko wprowadzenia. Otóż Nigel Marsh jest Brytyjczykiem, który wraz z żoną i czwórką dzieci wyemigrował do Australii. Wcześniej pracował w potężnych agencjach reklamowych. Pracował bardzo dużo, a dziećmi zajmowała się żona. W Australii też tak miało być, ale bardzo szybko stracił pracę, postanowił więc, że przez rok zostanie w domu. Żeby zobaczyć, jak to jest. Czyli na przykład dlaczego jego żona była taka niemiła, gdy dzwonił do niej wieczorem z pracy. A wyglądało to mniej więcej tak:

Nigel: - Cześć, kochanie, to ja.

Żona: - Czego chcesz?

- A nic, tak chciałem pogadać.

- Nie mogę, jestem zajęta.

- Zajęta? Czym?

- Zajmowaniem się twoimi cholernymi dziećmi.

- To może dasz Alexa?

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo jest w wannie.

- To może dasz Harry'ego?

- Słuchaj, Nigel, oni wszyscy są w wannie.

- Jezu, przepraszam, że w ogóle dzwoniłem.

Tak, arsenic hour to jest właśnie ta godzina, kiedy szykujesz kolację, kąpiesz dzieci, kładziesz je do łóżka. Czyli kiedy musisz zrobić bardzo dużo w bardzo krótkim czasie. A jeszcze ciągle coś się komplikuje. No bo córka akurat teraz musi powiedzieć ci coś ważnego, synek akurat teraz musi znaleźć samochodzik, akurat teraz przyjechały zakupy, które zamówiłeś wczoraj w sklepie internetowym, a do tego wszystkiego dzwoni telefon.

Oszaleć można! Albo podać arszenik. Sobie, dzieciom, osobie, która dzwoni.

Ostatnio rozmawiałem z instruktorką jogi śmiechu: - Generalnie chodzi o to, że nasz mózg nie zauważa różnicy między śmiechem sztucznym i prawdziwym - powiedziała. - Wystarczy więc w sytuacji krytycznej, i to właśnie ćwiczymy, zacząć się mocno śmiać. A wtedy pojawiają się wszystkie dobroczynne konsekwencje śmiechu. Czyli na przykład luz. Zwalniają nas z pracy - o rety, ale śmieszne.

Dostajemy niespodziany rachunek - nie mogę, zaraz się zsikam ze śmiechu.

Zaczyna się arsenic hour - oj, bo zaraz pęknę.

Itd.

Więcej o: