1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Herkules

Są tacy ludzie, którzy mają kłopoty ze stawianiem granic. Sobie i innym. Należę do takich ludzi.
To zdarzyło się na wakacjach.

Byliśmy nad morzem, mieszkaliśmy w niewielkim pokoju z łazienką. Było ciepło, ba - gorąco, no i pewnego dnia zapchał się nam kibelek.

Jak go zobaczyłem, to od razu wiedziałem, że będą z nim problemy. Bo taki był niemrawy. Rachityczny. I do tego z bardzo cieniutkimi rurami. Za granicą często coś takiego w toaletach stoi. Zwłaszcza na Południu.

No więc zapchał się ten kibelek i nie chciał się odetkać. Szczegółów wam oszczędzę, ważne jest tylko to, że robił się - jakby to powiedzieć - coraz bardziej pełny. A tu wiadomo, dzieci, upał, groziła nam więc katastrofa sanitarno-epidemiologiczna. Próbowałem tak, próbowałem śmak i jakoś nie szło. W końcu zakasałem rękawy, ręce włożyłem w torebki foliowe - no, bo jeśli nie ja, to kto - zamknąłem się w przybytku i...

- Udało się! - krzyknąłem minutę później.

Wyszedłem promienny.

Dumny.

Zwycięski.

Spojrzałem na żonę, dzieci i zakomunikowałem:

- Przetkane!!!

- Mój ty mężczyzno - powiedziała Tosia.

Urosłem jeszcze bardziej. Poczułem się jak bohater. Jak Herkules, który rozprawił się ze stajnią Augiasza.

Od tamtej pory jeszcze kilka razy udało mi się zasłużyć na podobny tekst. Na przykład wtedy, gdy wymieniłem przepaloną żarówkę. Gdy odkręciłem wyjątkowo oporny słoik. Wymieniłem baterię w samochodzie Franka. Napompowałem oponę w rowerze Tosi. Włączyłem korek, który wyskoczył, i w ten sposób sprawiłem, że rozbłysło światło.

- Ty jesteś taki wspaniały, taki silny - mówi Tosia. - Mężczyzna.

- To między innymi dzięki tobie jestem taki silny - mówię i nie chodzi mi tu o żaden metaforyczny sens, ale o ten zwyczajny, najprostszy, a mianowicie taki, że odkąd jest na świecie, noszę ją na potęgę.

Do wanny.

Z wanny.

Do łóżka.

Z łóżka.

Jak również jej wózek.

Ją w wózku.

Frania.

Frania w wózku.

Frania w wózku i Tosię na barana...

I to nie tylko dlatego, że oni się tego domagają, ale także dlatego, że ja to lubię. Ten kontakt. To przytulanie. To, że oni wtedy potrafią być tacy wdzięczni. Że całują. Że głaszczą. Że mówią różne czułości w stylu: kochany tatulek.

Poza tym nie chodzę na siłownię, nie uprawiam sportu, więc to dźwiganie jest jakby w zamian - tak sobie to tłumaczyłem.

Sęk w tym, że z czasem dzieci się robią cięższe, coraz cięższe, aż stają się naprawdę ciężkie i wtedy należałoby przestać je nosić, ale cóż, skoro przyzwyczajone, skoro samemu się to lubi robić.

Są tacy ludzie, którzy mają kłopoty ze stawianiem granic. Sobie i innym. Należę do takich ludzi.

No więc nosiłem Tosię i Frania, nosiłem, aż pewnego dnia zaczęło mnie kłuć w pachwinie...

- Przepuklina - dowiedziałem się od lekarza.

I tak oto nastąpił kres ery Herkulesa.

Więcej o: