1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Spełniona nadzieja - I nagroda w konkursie na pamiętnik

Prezentujemy pamiętnik Justyny Pawlak, który bardzo nas poruszył, bo jak w zwierciadle można zobaczyć w nim niemal wszystkie barwy macierzyństwa - zarówno te jasne, radosne, jak i te ciemniejsze, często skrywane...
Zastanawiam się, jak to jest być w ciąży i mieć dzieciątko, i w ogóle. Próbuję to wszystko jakoś poukładać, ale od tego ciągłego myślenia tylko boli mnie głowa. I jest we mnie niczym nieuzasadniona złość. Czasem sobie myślę, że mam już 27 lat (M. 31) i to już najwyższa pora. A czasem nie. Nie mogę uwierzyć, że M. tak mocno mnie kocha. Dlaczego? Czy dlatego, że myślę, że nie zasługuję na TAKĄ miłość, że przecież nie można TAK kochać?

Nie wiem dlaczego, ale jestem prawie pewna, że jestem w ciąży. W sumie nie ma żadnych objawów, bo jeszcze kilka dni do okresu, ale nigdy nie miałam tak wysokiej temperatury. I porannych mdłości, no i obolałych piersi. M. już bardzo chce. Nie mówi o tym, w ogóle za wiele nie mówi o uczuciach. Zawsze muszę z niego wyciągać: "Powiedz, jak mnie kochasz", i dopiero wtedy słyszę: "Jak stąd na Syberię i z powrotem". Jednak nie. Jeśli Ono było choć przez chwilę we mnie, to właśnie spłynęło krwią po wewnętrznej stronie ud. Jakaś pustka we mnie. Dziwne - rano płakałam w łazience. Teraz czuję ulgę. M. jest rozczarowany. I smutny. Nic nie mówi - ale to paskudne uczucie usadowiło się wygodnie na dnie jego oczu i patrzy na mnie bezczelnie - to Twoja wina! Kiwa mi palcem. Choć staramy się dopiero drugi miesiąc, zaczynam wierzyć, że to ze mną jest coś nie tak. Wiem, że M. wcale tak nie myśli. Zazdroszczę mu tego nie-myślenia, tej możności nieskupiania się na rzeczach trudnych, których nie zmienisz, bo są poza twoim zasięgiem.

Wczoraj znów rozmawialiśmy o dziecku. Pytałam M., czy jest pewien. Jest. Czy się nie boi? Nie. A co sobie myśli? "Oj, czy Ty zawsze musisz zadawać takie pytania? No wiesz, wyobrażam sobie, jak się z nim bawię, jak mu pokazuje moją kolekcję resorków - oczywiście z daleka. Pamiętaj, masz mu ich nie dawać pod żadnym pozorem".

"Na pewno mu nie dam", śmiejemy się. Za chwilę poważnieje i z ust wyrywa się krótkie nastroszone pytanie:

"A co. jak, no wiesz. nie możemy.", "Nie mówmy o tym teraz, dobrze? Nie teraz". A potem. można to nazwać staraniem się o małego/małą. Bardzo pięknym i starannym staraniem.

NIE JESTEM. Po raz pierwszy myślę poważnie o adopcji. Czy umiałabym pokochać cudze dziecko? Przygarnąć i zapomnieć, że ono nie ze mnie i nie z niego, że rosło pod sercem u kogoś innego. Na razie nie oswajam tej myśli, nie potrafię. Znów pustka, choć w ostatnim miesiącu staraliśmy się naprawdę na serio. A ja wyobrażałam sobie, jak zapuszcza we mnie korzenie.

Nie zapuściło, choć wołałam je po imieniu. Wyginałam biodra ku górze - jak radzą najlepsze podręczniki. Uciekło.

A ja już mam 27 lat. I ciągle nie potrafię zgodzić się na siebie. Jestem Unikająca. Może dlatego uciekło?

Cały dzień narastało we mnie pragnienie, ale on wieczorem był zbyt zmęczony. Wczoraj też do późna oglądał film, a ja umierałam w pustym łóżku. Boli świadomość, że chcemy mieć dziecko, a najlepsze dni nam uciekają, bo on nie jest zainteresowany. A może ja to traktuję zbyt serio?

W przyszłym tygodniu okaże się, czy jestem. Przez ostatni czas w ogóle o tym nie myślałam, nie rozmawialiśmy. Chyba tak jest lepiej - żadnej presji.

Już wiem, że dziś albo jutro dostanę okres. Czy dlatego tak się kłócimy? Jestem pijana. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Chyba mogę, nie? Skoro nie jestem. A może jestem bezpłodna?... Niby mamy rok, ale innym to wychodzi szybciej. Hop siup i już zaokrąglony brzuszek. I szybki ślub, a potem równie szybki rozwód. I po co takim dziecko, co to się nawet tak naprawdę nie kochają. Pamiętam, jak kiedyś drżałam, gdy spóźniał mi się okres. Teraz jest punktualny jak nigdy.

W końcu upragniony urlop i Krym. Aż boję się myśleć, że może tam.

Czekam na ciążę jak na spełnienie, a M. nawet mocniej. Na Krymie było pięknie. Staraliśmy się jak szaleni. Codziennie. Było pięknie - tylko my, słonce i morze. I może już ono we mnie. kto wie? Mój mąż za kilka dni wyjeżdża i nie będzie go cały miesiąc. Jak to wytrzymam?

JESTEM W CIĄŻY. JESTEM W CIĄŻY!!! Mam takie ciężkie piersi i jakaś zmęczona jestem. Głupio się czuję, pisząc to, bo jeśli za kilka dni okaże się, że jednak nie? W niedzielę będę już wiedzieć, a we wtorek M. wyjeżdża na swoją ukochaną Syberię. Jak ja to wytrzymam, bez niego, bez niczego - bo nawet zasięgu tam nie będzie miał?

Temperatura nie spada, piersi nabrzmiałe i wielkie. I strach też wielki i nabrzmiały. Jeśli tak - to już nie ma odwrotu. Trzeba iść naprzód. Strach i przerażenie. A przecież jeśli tak, to nie będzie to przypadkowe, przecież chcieliśmy tego, staraliśmy się, więc powinna być radość. Oglądam swoje piersi w lustrze i szukam potwierdzenia. I do końca nie mogę w to uwierzyć.

Zrobiłam sobie test - jednak nie. Doszczętnie zgłupiałam. Może faktycznie nie. Skąd mogę wiedzieć, jak to jest?

Ciągle nie rozmawiamy. Przepraszał mnie, ale ja się zawzięłam. "Wiesz, świnia jesteś", mówi. "Czy musimy się tak kłócić akurat, gdy już zaraz wyjeżdżam?" A ja? Że mam nadzieję, że nie wróci. To były straszne słowa. Sama się przeraziłam, gdy tak nagle zawisły między nami. Nie chciałam tego powiedzieć, ale chciałam go zranić. Chciałam, żeby go zabolało, zapiekło do żywego. Więc powiedziałam.

A jednak chyba tak. Sprawdziłam test później i pojawiła się druga kreska - co znaczy, że wynik jest pozytywny, ale generalnie nie ma się z czego cieszyć, bo test był już niemiarodajny.

TAK - rośnie mi w brzuchu mały Pawlak. We wtorek, godzinę przed wyjazdem M. zrobiłam drugi test. Pojawiły się dwie kreski, ta druga cienka i niewyraźna. "Czemu taka cienka", pyta i nie może uwierzyć. Chyba się bał, że zaraz zniknie i się okaże, że jednak nie. Pusty los.

Pojechał, a ja ryczę. Jestem prawie pewna - wyraźnie czuję, jak się to maleństwo kręci i lokuje, aż mnie wszystko boli i niedobrze mi. A niech będzie nawet niedobrze i niech boli, oby tylko jemu tam było wygodnie i nie chciało sobie pójść od mnie.

TAK! TAK! TAK! 13 sierpnia pierwsze USG. Wczoraj ryczałam jak głupia. Nie wiem, czy powinnam w tym stanie, ale nie mogłam się opanować. Ot, normalne smutki, że ja tu, on tam i tak cały miesiąc.

Nasze maleństwo niedługo będzie miało osiem tygodni. Jakaś cząstka M. jest we mnie. Już mu bije serce. O wiele szybciej niż nam. Wczoraj opowiadałam mu o jego tacie i jak się spotkaliśmy pierwszy raz. Mam nadzieję, że czuło tę miłość i było mu dobrze. M. wraca w niedzielę rano.

Czasem zapominam o tej cichej obecności we mnie, to znaczy wiem, że tam siedzi to małe ziarenko i rośnie - ale gadam do niego tylko czasem. Jutro jak się obudzę, będzie już czwartek. A potem wieczór, noc i piątek ... Szybciej, szybciej...

Jest. Wrócił. W końcu wszystko na swoim miejscu. Mój mąż, ojciec mojego dziecka. Na razie tylko jednego. Kto wie, ile ich będzie w ostatecznym rozrachunku? M. mówi, że się porządnie zastanawia nad piątką. Chyba oszalał! Jak ja je wyduszę z siebie? Nawet nie wiem, czy przeżyję ten poród. Cholernie się boję. M. też. "Szkoda, że nie masz w brzuchu takiej specjalnej szufladki, przez którą mógłby wyjść", mówi. A ja namiętnie czytam o porodach w wodzie, technikach relaksacyjnych, szukam szkoły rodzenia i umieram z przerażenia, że będę miała nacięte krocze.

Nasze dziecko robi się już na tyle duże, że zaczynam odczuwać jego ruchy. W końcu to już koniec czwartego miesiąca. Mało piszę, ale każda wolna chwila to sen. Brzuch już mam całkiem spory. Od razu widać, że ktoś tam mieszka.

Mały, bo to na pewno chłopak, jest bardzo ruchliwy. Najbardziej rano i wieczorem, kiedy próbuję zasnąć. Opowiadam mu wtedy bajki. Trochę mi przykro, że M. tak mało się tym wszystkim emocjonuje. "Prawie w ogóle z nim nie rozmawiasz", mówię przy obiedzie. "Przecież on nawet uszu jeszcze nie ma, więc po co mam sobie na darmo strzępić język?" Ot, cały M., ale wieczorem przytula się do brzucha i coś tam szepcze w mój pępek. Takie tam męskie sprawy.

Byliśmy na USG - 31tc i 4 dni. Mały to prawdziwy klocek - powinien ważyć około 1,8 kg a waży 2,2 kg. Hm. trochę mnie to przeraża.

Już tylko chwila i będziemy we trójkę. Do terminu został dokładnie tydzień. To dobrze, bo już nie mogę wytrzymać. Wszystko mnie boli, kręgosłup, spojenie łonowe, nogi spuchnięte - wyglądam jak waleń, a chodzę jak pingwin. M. twierdzi, że i tak jestem piękna.

Od wczoraj wszystko nie tak. Byłam u lekarza, a ten dureń zrobił mi masaż szyjki. Nawet mnie nie zapytał! Bolało strasznie, ale z tej złości nawet płakać nie mogłam. Jeśli tak będzie wyglądać poród, to ja nie chcę. Ucieknę. I po co to głupie gadanie, że na wszystko potrzebna jest zgoda pacjentki?

Na razie skurcze są lekkie i wstydliwe. Tak samo przestraszone jak my. M. śmieje się nerwowo, ale uparcie wertuje książki medyczne. A ja? Mam ochotę na miłość. Jestem szalona.

Dobrze, że miałam swoją położną. Przyjechała raz dwa i potem prawie cały czas z nami była. Całe 14 godzin. Kiedy trafiliśmy do szpitala, rozwarcie było duże a ja pełna nadziei, że za kilka godzin już będzie po wszystkim. Potem pojawiły się problemy. Ustały skurcze, oksytocyna, jedna strzykawka, druga i niesamowity ból. Okazało się, że Witek duży, a moja miednica o 2 cm za wąska. M. ciągle pytał, czy nie chcę znieczulenia a ja, że nie i niech się wypcha, on i cała reszta. Witek nie mógł się przecisnąć, odskakiwał od kanału rodnego jak piłeczka tenisowa. Potem leżał obok mnie taki maleńki i cały poobijany, ze złamanym obojczykiem, a ja głupia ryczałam nad sobą. I nad moją oszpeconą kobiecością.

Witek jest taki śliczny. I najważniejsze, że zdrowy. Ciągle śpi, a jak nie śpi, to je. Macha wtedy nogą i wzdycha tak śmiesznie - jak osiołek. Prawie wszystko już oswoiliśmy. M. cały czas czujny i gotowy do działania - naprawdę sobie nieźle radzi, za to ja. ciągle nie mogę przestać o tym myśleć. Wiem, że to już za mną, już po wszystkim, już nic nie zmienię, a jednak ciągle boli to obce miejsce. Ciągle ryczę, zwłaszcza pod prysznicem. Boję się dotykać tego miejsca - ono jest takie nie moje.

Ogólnie jest źle. Po uroczystym nastroju pora na zmęczenie. Nocne wstawanie co kilka godzin, przewijanie, odbijanie, ulewanie, karmienie, od czasu do czasu jakaś kolka. I codzienne telefony - czy wiemy, jak go przewijać, jak sprawdzić wodę do kąpieli, jak podać kropelki do oczu, ile kupek dziś zrobił i czemu tak płacze, na pewno cos źle robimy. Nie wytrzymuję i krzyczę "powiedz im, żeby tak często nie dzwonili, ja sobie tego nie życzę", a on patrzy na mnie tymi niebieskimi oczami i mówi, że przecież to ich pierwszy wnuk, że ja z nimi nie rozmawiam, więc o co mi chodzi?

Kładziemy się spać zmęczeni do granic możliwości. Ja dodatkowo nadąsana. Zamiast w jego ramionach, do snu kołysze mnie baby blues.

Witek podzielił nasze życie na pół - przed i po. Nic już nie jest takie samo. Ciągłe zmęczenie, żal, pretensje o wszystko, o co tylko można się przyczepić. Że przecież on haruje za dwoje, wraca zmęczony i chce odpocząć. A czy ja nie jestem zmęczona? Czy nie mam prawa do chwili tylko dla siebie? Ja już nie mam prawa do niczego. Nawet do swoich piersi, które zawłaszczyła ta mała czarna pijawka.

Nic z nas nie zostało - gdzieś się pogubiliśmy w natłoku pieluch, zalanych śliniaków, niedojedzonych resztek. W przerwach między karmieniami śpię. Nie mam siły nawet włosów umyć. "Co ty robisz cały dzień, że w domu taki chlew?" patrzy na mnie z wyrzutem, ale kiedy proszę, by odkładał naczynia do zlewu i sprzątał po sobie ze stołu, tylko wzrusza ramionami. Gdzie się podział mój M.? I co robi ten obcy facet w moim życiu? Czy rozwódka z dzieckiem ma szansę ułożyć sobie życie?!!!

"Tak dalej być nie może", mówi M. "Musisz iść do psychologa. Cały czas płaczesz, w ogóle nie mogę się z Tobą dogadać". Nic nie mówię, bo gardło dławią mi łzy. Załatwił mi wizytę na poniedziałek.

Dziś pierwszy wieczór bez Witka. Nie wiem, jak M. to zorganizował i kiedy, ale jestem mu wdzięczna, że sam o wszystko zadbał. Romantyczna kolacja, potem kino. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam, że żyję. Szczęśliwa wracam do domu, do Witka i po raz pierwszy już nie boli to moje kulawe macierzyństwo.

Razem oswajamy moją bliznę. Wczoraj miłość - pierwszy raz od bardzo dawna. Na początku lęk, że to już nie ja, że nie umiem już być żoną, bo jak tu być powabną z tą zwisającą skórą na brzuchu i fontanną mleka? M. przekonał mnie, że jednak można. Czy ja na serio myślałam o życiu bez niego? Przecież on jest moim powietrzem. Moim wszystkim.

To już osiem miesięcy odkąd jesteśmy we trójkę. Patrzę na Witka i nie mogę uwierzyć, że jeszcze niedawno był mniejszy niż ziarno fasoli, a dziś? Jest już taki samodzielny i duży. Jestem prawie doskonale szczęśliwa.

Twój pamiętnik w "Dziecku"

Konkurs na pamiętnik rozstrzygnięty! Dostaliśmy ponad osiemdziesiąt prac - od mam, tatusiów, a nawet od jednej babci! Z ogromnym zainteresowaniem czytaliśmy Wasze opowieści. Wiele w nich radości z posiadania dzieci, tworzenia rodziny, przezwyciężania trudności i ograniczeń. Niektóre prace czytaliśmy ze łzami w oczach... Dziękujemy Wam wszystkim za podzielenie się z nami swoimi doświadczeniami i przemyśleniami. Wasze prace są dla nas ważną inspiracją co do tego, jakie tematy warto poruszać w kolejnych numerach "Dziecka".

Najpiękniejsze nagrodzone prace opublikujemy w "Dziecku".

A oto lista nagrodzonych:

Nagrody główne (wózki Bébécar) otrzymują:

Justyna Pawlak (Warszawa)

Urszula Piechura-Zygert (Warszawa)

Monika Sarwińska-Niewielska (Warszawa)

Dorota Smoleń (Kraków)

Kinga Wenklar (Kraków)

Wyróżnienia (książki Krystyny Jandy "Moje rozmowy z dziećmi" i kosmetyki Chicco) otrzymują:

Kinga Giermaniuk (Gdańsk)

Kinga Jurgilewicz-Malek (Ustka)

Abigail Kenar (Konstantynów Łódzki)

Karolina Kłosin (Gdynia)

Agnieszka Korzeniowska (Kraków)

Justyna Łozowska (Turowo)

Adrianna Majka (Rybnik)

Katarzyna Namysłowska-Kowaliczek (Tychy)

Krzysztof Połeć (Kraków)

Beata Stępniak-Furkałowska (Ząbki)

Dodatkowe wyróżnienia (książki Krystyny Jandy "Moje rozmowy z dziećmi" i książki dla dzieci) otrzymują:

Agnieszka Czapska-Pruszak (Piła)

Beata Drzymała-Kubiniok (Ruda Śląska)

Inga Dyżewska (Warszawa)

Katarzyna Kaliszewska (Toruń)

Anna Skrzypiec (Nysa)

Olga Wandas (Warszawa)

REDAKCJA

Więcej o: