1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Jak wrócę, upiekę szarlotkę

Zabiera córki na Bieg Niepodległości i na grę w scrabble. Od papugi Duko dowiaduje się, że córki krzyczały na siebie, gdy jej nie było w domu. O tym, do jakiego stopnia włącza Oliwkę i Gosię w swoje życie w show biznesie i dlaczego chciałaby mieć troje dzieci, opowiada Anna Popek.
Jak to jest być mamą, mając tak angażująca pracę?

To chyba jest trochę mit, że ta praca jest taka angażująca. Myślę że jest tak samo jak inne. Kiedyś myślałam, żeby zmienić pracę na bardziej stacjonarną, od 8 do 17, ale wliczając w to dojazdy, stwierdziłam, że to mi się nie opłaca czasowo, ż i tak będę mniej z dziećmi mimo wszystko. Teraz czasami pracuję rano wcześnie, czasami w nocy, czasami muszę wyjść na jakąś imprezę, ale mimo wszystko per saldo czasu jest jednak więcej, a poza tym jest on elastyczny. Oczywiście czasami nie mogę iść na wywiadówkę, wtedy idzie opiekunka albo mąż, ale za to sobie spędzamy razem weekendy, albo jestem z nimi po południu, mogę odebrać je ze szkoły, co by się nie zdarzało w normalnym trybie życia... Po prostu inne godziny są zajęte. Na pewno jest intensywniej trochę. Na pewno nie jestem taką mamą która czeka zawsze o 15 z obiadem. Tego mi trochę brakuje, ale jestem za to mamą która zabiera dzieci na wszystko to na co może, a co związane jest tak pośrednio z moim zawodem. Ostatnio na przykład wzięłyśmy udział w biegu niepodległości. Ja biegłam, a one jechały na rolkach. Co mogę, to im proponuję. Zdaję sobie sprawę, że za dużo takich bodźców to dla dzieci nie jest dobre. Więc nie włóczę się z nimi po imprezach wieczornych, na siłę ich do teatru nie ciągnę - one nie chcą, jeszcze nie mają takiej potrzeby. Tam gdzie możemy połączyć moje zawodowe obowiązki i ich zainteresowania, to ja robię. Więc nie jest tak źle. Chyba najtrudniejsza jest ta organizacja. Czasem babcia wspiera, czasem dziadek przyjeżdża, zaprowadzić dziecko na popołudniowe zajęcia. Rodzina po prostu musi sobie pomagać. Dlatego jestem przeciwniczką wychowywania, jeśli można wybierać, dziecka w pojedynkę. Takie rodzinne wychowanie, gdzie krewni bliżsi i dalsi są zaangażowani, daje większą frajdę. Nie mówię że muszą wszyscy mieszkać razem, ale jeśli można angażować, to warto to robić.

Czy to wpływa na rozwój dzieci?

Zdecydowanie tak. Ja pojechałam na wycieczkę do Izraela z dziewczynkami, i w ostatniej chwili stwierdziłam, że zabiorę moją dziewięćdziesięcioletnią ciotkę, schorowaną, po naświetlaniach, po operacji. Pełna energii, wigoru, była najbardziej aktywnym członkiem wycieczki. W czasie wycieczki miała wypadek. Wtedy zauważyłam, jak moje dzieci troskliwie do niej podchodziły, jak biegały żeby załatwić lekarza, lód do okładów, były przejęte jej losem

Jakie są dziewczynki?

Przede wszystkim nie lubią żeby za dużo o nich mówić. Bo są na takim etapie, że muszą określić siebie jako odrębne istoty. Poza tym myślę że matka która pracuje w mediach, jest znana, to może być przeszkoda dla dziewczyn bardziej niż pomoc, dlatego za bardzo staram się nie naciskać na to, żeby były podobne do mnie. Bardzo dbam o to, żeby rozwijały to, co kochają. Żeby nie porównywały się z matką całe życie, żeby miały swoją drogę i były na tyle silne żeby nią pójść. Myślę też że to jest ważne dla nich, żeby miały świat z różnych stron, również pod względem ekonomicznym. Starsza lubi konie, więc wozimy ją do stadniny. Młodsza córka -widzę że lubi się uczyć językó obcych. Więc zapisała się na włoski, na angielski, jest dość pilna. Za to ubolewam nad tym, że - ja byłam molem książkowym - one nie są. Myślę że za bardzo im podtykałam książki, za bardzo chciałam żeby one były takie jak ja pod tym względem - i stanęły okoniem.

Anna Popek: Czasem biorę córki na imprezy


A jaką pani jest mamą?

No niestety one mają wieczną przygodę ze mną. Oczywiście takie rzeczy jak śniadanie razem, czy posiłek wspólny, czy święta, czy tradycje, czy jakieś tam atrakcje na weekend to zawsze są, czyli staram się, żeby były jakieś tam stałe punkty w programie - ale w związku z tym, że moja praca taka jest i ja też jestem strasznie aktywna, jeżeli chodzi o poznawanie świata, o różne bodźce, o angażowanie się w różne rzeczy - to jestem taką mamą która daje dużo bodźców na pewno. Myślę że to, czego mi brakuje, to że nie piekę z nimi ciast za często. A jednak pieczenie ciast to jest taki fajny rytuał kobiecy. I jednak będę to robiła, bo teraz jest dobra pora na różne szarlotki. Dziewczyny to lubią. Poza tym w kuchni - jak przychodzi dziewczyna, córka, i coś mamy omówić, to tak usiąść naprzeciwko siebie i omówić, nie wychodzi po prostu. Bo to jest sytuacja sztuczna, ja pytam, ona odpowiada - odpowiada zdawkowo. Natomiast kiedy się coś wspólnie robi, to wtedy się po prostu rozmowa toczy sama z siebie. I widzę że dziewczyny zaczynają opowiadać niepytane, i coś tam opowiadamy sobie z takich spraw kobiecych... A więc dzisiaj upiekę ciasto jak wrócę do domu, mam już dobry przepis. One lubią pomagać.

Anna Popek o tym, co robi wspólnie z córkami


Czytałam w wywiadach że pani mąż pracuje w domu i dzięki temu się dużo zajmuje córkami. Czy w związku z tym to on podejmuje decyzje?

Nie, jeśli chodzi o dzieci to my wszystko uzgadniamy wspólnie. Mąż bardziej dba o takie sprawy związane z kulturą fizyczną, zdrowym życiem, żeby zawsze był spacer z psem... Mamy sporo zwierząt w domu: psa, papugę, kota i królika. Trochę roboty przy tym jest, dziewczyny głównie się tym zajmują. Kiedyś mieliśmy taką akcję, że papuga nam uciekła, nazywa się Duko, to papuga gadająca. Więc najpierw na sośnie po całej okolicy roznosił się jej cały repertuar, krzyczy: Oliwko! Karmel! - na psa - głosem mojego męża, ale też niecenzuralne słowa, bo zna słowo ''dupa'' i używa, no i jak już się wygadała na tym drzewie, to mówimy nie, trzeba jednak jechać po straż! I była cała akcja, pół ulicy stało... Czasami jak wyjeżdżam na kilka dni i wracam, to papuga mi mówi jakieś nowe słowo. A ja mówię: co to, kto użył takiego słowa? Albo: kto tak krzyczał na siebie jak mnie nie było? Bo nawet z intonacji to wynika. Więc ona jest takim nieświadomym szpiegiem. Kiedyś sąsiadka mówi do mnie: pan Andrzej przyjechał? Ja mówię: nie! Jak to nie, pani Aniu, był wczoraj. Ja mówię: nie, niemożliwe, nie było go. Pani Aniu słyszałam jego głos, był na pewno. A to właśnie nasza papuga wołała: Karmel! Do psa. Na początku ta Karmel się jeszcze łapała na to i przychodziła pod klatkę, myślała, że pan ją woła, ale potem już wyczuła różnicę. Więc zwierzęta to są czynniki procesu wychowawczego. Dzięki temu dziewczyny mają takie nastawienie do życia, są takie bliskie natury, kochają zwierzęta, a to dlatego że zwierzęta są częścią życia.

Podobno lubi pani podróżować. Podróżuje pani z córkami?

Lubię, ale nie jakoś specjalnie. Ja się często przemieszczam ze względu na swój zawód. Więc dziewczyny jak mogę, biorę ze sobą. Ale nie podróżuję jakoś specjalnie do tych modnych miejsc za granicą. W Grecji na przykład byłam teraz po raz pierwszy w życiu z dziewczynami w październiku. One pamiętają taką jedną podróż, jak miały kilka lat, na Mauritius. Starsza do tej pory wspomina, jak jeździła na żółwiach. Więc dla niej to był po prostu raj, ten Mauritius, ma wyryty obraz miejsca idealnego. I z tego względu fajne są podróże z dziećmi, bo jak się czegoś nie zobaczy w wieku pięciu czy dziesięciu lat, to potem to już nie robi takiego wrażenia. Podróże dzieci ośmielają. Zmuszam je, żeby zamówiły coś w restauracji, ćwiczą ten swój kulawy angielski - Oliwka bo Gośka sobie radzi - nie boją się wchodzić w interakcje z ludźmi. Ja mam takie skrzywienie pedagogiczne, i każdą sytuację staram się wykorzystać do edukowania, one chyba tego nie lubią, no ale co mają zrobić. Więc jak koło czegoś jedziemy, to każę im powtórzyć, koło czego przejeżdżamy, na przykład co to za zamek, i tak dalej. W Wilanowie, kiedy biegłyśmy w tym biegu niepodległości, pytam je: pałac, który król? One mówią: Jan Kazimierz. Skąd im się wziął Jan Kazimierz?! Jan III Sobieski. Więc tak przemycam wiedzę. Ale one lubią podróże, bardziej niż ja. Pamiętają wszystko: fale, kolor morza, zapach... Ja lubię bardzo z dziećmi podróżować. Bo sama to się nudzę trochę... Poza tym jak widzę coś ładnego, to chcę, żeby one też to zobaczyły. Chcę się dzielić tym, co sama odkrywam. Podróże to też Polska. Ostatnio na scrabble'ach, w które grałyśmy w turnieju na Śląsku, dziewczyny poznały trochę tę kulturę budownictwa, zagospodarowanie, krajobraz. Na pewno za granicą się dużo bardziej pilnują, są takie zdyscyplinowane. Też czują że bezpieczeństwo zależy od nich.

A czy pani jest nadopiekuńcza?

Chyba nie... To znaczy muszę widzieć, co moje dzieci robią... One są uczone też w szkole, i same się pilnują... Ale jak nie ma ich pół godziny, to oczywiście że wydzwaniam. Odprowadzam do koleżanek, i siedzę, czekam, to dla mnie jest ważne, ale też dobrze jest jak dzieci wiedzą, że są pilnowane. Oczywiście czasem mylą kontrolę z opiekuńczością, ale myślę, że to dla dziecka jest ważne, żeby wiedziały że matka i ojciec o nie dbają, miały poczucie zaopiekowania.

Ale czyli jednak mają pretensje o nadopiekunczość?

Oczywiście że tak. Ostatnio była taka sytuacja, córka szła do koleżanki, ja mówię: odprowadzę cię, odprowadzę! Ona: mamo nie idź ze mną, ja się śpieszę. Ja mówię dobra, jak chcesz to idź sama, zostawiłam jąś w połowie drogi. Więc jak widzę że się czuje zbytnio kontrolowana, a nie ma niebezpieczeństwa, to oczywiście że odpuszczam. Ale staram się, żeby wiedziały, że ja jestem. Że jak jestem potrzebna to się zjawiam, a jak nie ja to ktoś kogo poproszę... Nie, nie sądzę, żeby miały poczucie, że są tłamszone. Ale też nie uważam, żeby dobrą sprawą była pajdokracja. Rodzice zajęci bardzo sprawami zawodowymi pozwalają dzieciom przejmować kontrolę, i myślę, że to jest bardzo niedobre. Bo przejęcie kontroli jest równoznaczne z odpowiedzialnością. A myślę, że dzieci nie powinny za wcześnie być odpowiedzialne za świat, za siebie... Bo to dla nich jest ciężar. No oczywiście, że sobie poradzą - ale jeśli nie ma takiej potrzeby, to po co?

Anna Popek o problemach z córkami


Jak się wychowywało dzieci o tak małej różnicy wieku?

Strasznie. Ale i tak uważam, że to jest najlepsze wyjście. No ja akurat nie potrafiłam sobie z tym poradzić, nie stworzyłam komfortowej sytuacji, żeby one nie były o siebie zazdrosne. Ale myślę, że w wychowaniu - tak samo jak w relacjach międzyludzkich - nic nie można mówic wprost. Ja się niby pilnuję, ale często wprost załatwiam sprawy. Jedna krzyczy na drugą, ja mówię: nie krzycz. Podczas gdy najlepszym wyjściem byłoby odwrócenie uwagi, zajęcie czymś innym, albo stworzenie wspólnego wroga, kiedy one by się zintegrowały i nie biły między sobą. No, ale to wymaga kombinacji i już więcej zaangażowania, najprościej powiedzieć wprost. A tymczasem myślę, że trzeba wychowywać poprzez przykłady, jak w Ewangelii. Mówić nie o tym, dlaczego ktoś jest zły, tylko jaki może być dobry. Ale myślę, że idealną sytuacją jest troje dzieci w domu. Bo to już jest grupa - jak mówią socjologowie. Wtedy rodzice nie są arbitrami, nie są koniecznie potrzebni żeby rozsądzać spory, dzieci same sobie radzą, tworzą swój świat. Jak jest tylko dwójka, to one rywalizują o uwagę rodziców. Ale i tak uważam że dwoje to jest absolutne minimum, myślę, że jedynacy nie są zbyt szczęśliwi, poza tym jedynak nie jest dobrym małżonkiem potem w życiu dorosłym. Ja byłam jedynaczką przez 8 lat. Dlatego zdecydowałam się mieć dwoje dzieci w takim krótkim odstępie czasu i w sumie gdyby nie takie różne sprawy zawodowo - bytowo - lokalowe, to pewnie miałabym jeszcze jedno. Bo fajnie jest mieć tyle ludzi w domu... Jak obserwuję rodziny wielodzietne, to stwierdzam, że tam są zupełnie inne relacje, które rodzą się dopiero od dwóch plus. Dzieci mają bezpośrednie związki nie tylko z rodzicami, ale też z kilkorgiem rodzeństwa.

Czy wychowywanie dwóch maluchów naraz było męczące?

Jasne że tak. Chodziłam z podkrążonymi oczami i tak dalej... Ale myślę, że to jest taka rzecz, przy której trzeba się przemęczyć i już. Potem będzie trochę łatwiej. Dziewczyny mają już jakieś tam wspólne zainteresowania, potrafią się dogadać, powymieniać jakimiś plikami w telefonach... Pamiętam, kiedy rodziłam drugą córkę, przeczytałam mądrą książkę psychologiczną, w której była taka rada, że aby dzieci się pokochały, starsze dziecko powinno przyjść z prezencikiem do młodszego. No i chyba źle zrobiłam, bo namówiłam starszą córkę, i przyniosła samolocik. A ona strasznie kochała samoloty. I dla niej to, że ona musiała ten samolocik dać jakiemuś nowemu dziecku - to była trauma. Może nie aż trauma, ale na pewno wrażenie niemiłe. I może też dlatego tak bardzo się nie lubiły. Ale teraz, jak są same, na przykład na obozach, i widzą, że są zdane tylko na siebie, to nie zrobią sobie krzywdy. Tylko w obecności rodziców walczą o względy. Ważne jest mieć takich ludzi, gdzie się relacja już nie zmieni do końca życia. Moja siostra już zawsze będzie moją siostrą. Więc gdybym miała inne życie, to może miałabym więcej dzieci. Ale teraz to jest niezbędne minimum, które trzeba było zrobić.

No właśnie, ale nie ma pani tego innego życia, wybrała pani samorealizację.

No tak, ale ja jestem zdania, że też mamy często takie przekonania, które są kalkami, które nasi rodzice nam dali, albo społeczeństwo. A wystarczy nieraz dopuścić do siebie pewną myśl. Że mogę mieć troje dzieci, dwie nianie i pracować zawodowo. Mam znajomą, która ma czworo dzieci, w tym dwoje bliźniaków i jedno z dzieci ma astmę. I ona pracowała jako dyrektor PRowy w firmie, i roboty miała po prostu potąd. I wyrabia! Oczywiście że to wymaga więcej wysiłku. Ja nigdy nie wyjdę wystylizowana na imprezę. Wysuszę włosy i się wymaluję, i tyle. Elegancja nie jest moim priorytetem, w ostatniej chwili gotuję obiad. Ale to nie jest tak, że ma się wybór, to nie jest tak, że można mieć albo pracę, albo dom. Ale jest coś takiego, jak kariera zrównoważona. Tak samo jak rozwój ekonomiczny zrównoważony. Nie ma się zysku bardzo wysokiego, ale inni ludzie też są zadowoleni. Dziewczyny na przykład bardzo korzystają z mojej pracy. Ja przychodzę, opowiadam... Pamiętam, że miałam taki temat o kłamstwie w pytaniu na śniadanie. Przyszłam z dokumentacją, mówię: wiecie, że ten kto kłamie, to najczęściej łapie się za ucho, pociera policzek...? One tak to zapamiętały, że potem jedna tam coś drugiej mówiła, a ona: słuchaj, ty kłamiesz - i całą litanię tych objawów jej wyrecytowała, i potem się okazało, że jednak kłamała. No i one tak to przyswajają... Myślę, że fajnie jest jak się rodzice też uczą od dzieci. Ja też nie uważam, żebym zakończyła edukację. Ja lubię się bardzo uczyć, ale też wspólnie z dziewczynami.

Anna Popek: Skończyłam z poczuciem winy


Więcej o: