1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Witaj, Zosieńko

- Urodzę w domu! - powiedziała moja żona. To było kilka dniu temu, ale ja od tej pory nie mogę o niczym innym myśleć.
Początkowo nie brałem tego do siebie. Takie tam gadanie, protest przeciwko zimnym szpitalnym lekarzom, nieuprzejmym położnym, zupom mlecznym, szlafrokom w pasy. Zgoda, w szpitalach jest niefajnie, ale jakoś musimy przez to razem przejść. Zresztą Agnieszka - moja ukochana żona jest niestabilna emocjonalnie i ma do tego pełne prawo. W końcu jest w ciąży. Muszę być cierpliwy.

- Ja naprawdę urodzę w domu!!! - mówiła uparcie.

Tak, a ja będę piosenkarzem i nagram płytę z Dodą - myślałem uśmiechając się do siebie.

25 czerwca

Wczoraj byliśmy u pani ginekolog, Hinduski mieszkającej w Polsce. Oczarowała nas oboje swoim uśmiechem i spokojem. Przed wizytą Agnieszka musiała wypełnić jakieś ankiety, formularze. Powiedziałem - wpisz cokolwiek, nie marnujmy czasu, obejrzyjmy sobie jakiś film. Ale moja uparta żona zastanawiała się nad każdym pytaniem.

,,Jakie były Twoje stosunki z rodzicami?", ,,Jakie masz lęki?", ,,Wypisz swoją tygodniową dietę" i takie tam...

Przecież ona tego nie czyta, to pic na wodę - mówiłem trochę poirytowany.

Nie miałem racji. W gabinecie Pani doktor spędziliśmy ponad godzinę, nie tylko przeczytała każdą ankietę ale też zadała sporo pytań dodatkowych. Tłumaczyła nam jak wiele rzeczy ma wpływ na zdrowie nasze i naszych dzieci. Pewnie że wiele przeczytaliśmy, ale potrzebowaliśmy kogoś, kto nam ugruntuję tę wiedzę. Taki lekarz -duchowy przewodnik ? Przyjaciel- nauczyciel? Jakoś mi to nie pasuje do naszych realiów...

28 czerwca

- Ja nie żartuję, Przemku. Naprawdę chcę urodzić w domu - tłumaczyła spokojnie Agnieszka.

Pomyślałem, że ma przecież prawo do takiej decyzji.

- Ale jak? Gdzie? W jaki sposób? Z kim?

Setki pytań krążyły w mojej głowie. No bo rzeczywiście nasze prababcie rodziły w polu ocierały pot z czoła i wracały do pracy i nie było w tym nic dziwnego. Ale jak coś będzie nie tak? Jak okaże się, że potrzebna jest interwencja lekarska? A poza tym gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie?

Dotarło do mnie, że Agnieszka mówi całkiem poważnie, że będziemy musieli zmierzyć się z czymś ogromnym. Ale może właśnie dlatego jesteśmy małżeństwem żeby zwyciężać razem.

14 lipca

- Jesteśmy tu po to, aby być bardziej świadomi. Nasza kluska ma 2 miesiące i postanowiliśmy że przyjdzie na świat w miejscu w którym będzie cicho, ciepło i bezpiecznie. W naszym domu - mówiła Agnieszka kiedy padła nasza kolej.

- Nie podoba mi się tutaj. Takie wystąpienia kojarzą mi się z klubem anonimowych alkoholików - pomyślałem jednocześnie.

Byliśmy na pierwszych zajęciach w Szkole Świadomego Macierzyństwa. Każdy miał powiedzieć o sobie parę słów. Kilkadziesiąt mniejszych lub większych dużych brzuchów. Kilkadziesiąt zestresowanych kobiet i wspierających mężów. Dla mnie w tym całym gronie ważny jest tylko jeden brzuszek, najpiękniejszy na świecie brzuszek Agnieszki.

3 września

Chyba polubiłem trochę tę Szkołę Świadomego Macierzyństwa. Niektóre brzuchy są jakby bardziej znajome a spotkania coraz ciekawsze. I praktyczne zajęcia tańca, masażu i te teoretyczne prowadzone przez Szamankę, jak żartobliwie nazywamy naszą panią doktor, są wartościowe.

Dziś oglądaliśmy film o porodach w morzu. Strasznie to wszystko jakieś odległe sobie myślę. Te panie niemal uśmiechnięte w jakimś błogosławionym uniesieniu rodzące dzieci bez jęku. Jakby zupełnie bez bólu. Niestety nie stać nas na wyjazd nad jakieś ciepłe morze. Tym bardziej, że termin porodu można przewidzieć z dokładnością do dwóch tygodni.

Trochę już się oswoiłem, z myślą że odbędzie się to w domu tylko martwi mnie, że jeszcze tyle musimy w nim zrobić.

Karolina, nasza dziewięcioletnia córka już wie, że jej siostra lub brat urodzi się w naszym domu.

15 września

- Nie, nie chcemy być oryginalni - mówiłem do Gośki, psycholożki ze szkoły, w której pracuję. Kto jak kto ale ona powinna być osobą otwartą.

- A jeżeli się coś stanie?

- Co się może stać? -odparłem poirytowany. - Przecież natura wyposażyła kobietę we wszystko czego potrzebuje żeby urodzić dziecko. Szpitale są dla ludzi chorych a ciąża przecież nie jest chorobą. Gdy dzieciątko jest odwrócone pupą czy rodzi się za wcześnie, rzeczywiście potrzebny jest lekarz, ale przy normalnym porodzie medycy są zbędni. Czasem nawet przeszkadzają kobiecie urodzić szybko i sprawnie.

- Co ty opowiadasz? - pytała z niedowierzaniem.

- Wiesz, że kobiecie każe się w polskich szpitalach rodzić w pozycji leżącej? A wiesz czemu? Żeby lekarzowi było wygodnie, żeby nie musiał się schylać. Dawniej kobiety rodziły stojąc czy klęcząc. W takiej pozycji miednica jest ułożona tak, że łatwiej jest przez nią przejść dziecku. Kobieta mniej cierpi i wszystko odbywa się sprawniej.

- No dobrze, ale co z dzieckiem po porodzie? Przecież trzeba je zbadać, zmierzyć

- Takiego maluszka trzeba przede wszystkim przytulić. Dla dziecka to trudna i nieprzyjemna sytuacja, kiedy wychodzi na świat. Zwłaszcza jeżeli jest to świat biegających białych fartuchów, zimnych wag, stetoskopów i szpitalnych ręczników.

- Przecież chodzimy do lekarza z Agnieszką, wiemy że kluska jest zdrowa. To czemu miałoby coś być nie tak - skończyłem w pół słowa bo zadzwonił dzwonek na lekcje. I zdałem sobie sprawę, że kiedy otwarcie mówię o porodzie w domu i bronię swoich racji, to tak jak bym się sam do nich przekonywał, zyskując dzięki temu więcej pewności siebie.

20 listopada

Wiemy już, że nasza kluska, to dziewczynka... Zosia.

W szkole świadomego macierzyństwa poznaliśmy Marka i Gosię, którzy jak my będą rodzić w domu. Gośka ma termin porodu dwa miesiące wcześniej. To dobrze. Będziemy mieli taką generalną próbę, sprawdzian skuteczności działania konspiracyjnych porodów domowych. Już wiemy od nich, że we Wrocławiu jest tylko jedna położna biorąca czynny udział w tym podziemiu .

- Będziemy musieli się z nią skontaktować wcześniej - mówiła Agnieszka wpisując jej numer telefonu do swojego notesu.

To dobrze , że Aga o wszystkim myśli - myślałem patrząc na żonę z czułością. Tylko jaka mi przypadnie rola, kiedy wybije godzina W?

25 grudnia

Świętujemy inaczej. Nie mamy czasu odpocząć i porozmyślać. Ścigamy się z czasem. Jeszcze przedwczoraj urządzaliśmy pokoik Zosi. Potem sprzątanie, zakupy, gotowanie. Gdzieś w tej całej pogoni zapomnieliśmy o choince. Wczoraj biegaliśmy z Karolką jak zwykle w ostatniej chwili. Udało się nam kupić tylko gałązki. Karolina jest niepocieszona.

Wczoraj łamiąc się opłatkiem życzyliśmy sobie, żeby wszystko się udało, żeby Zosia urodziła się szybko i bezboleśnie. Tradycje, symbole, święta i życzenia. Jakoś z tym wszystkim zostaliśmy sami tego roku. Nie to, żeby było nam szczególnie smutno, bo przecież od dawna radzimy sobie sami. Martwimy się tylko trochę jak to wszystko ogarniemy kiedy Zośka już tutaj będzie. Na początku pójdę na zwolnienie, dwa tygodnie będę z Agnieszką, ale co potem?

2 stycznia

- Ile ważyła po urodzeniu?

- 4200... duża baba - powiedziała Paulina, mama miesięcznej Hanki. - Nie było łatwo ale daliśmy radę. Andrzej bardzo mi pomógł, przypominał o oddychaniu i wspierał.

- A położna? Jesteście z niej zadowoleni? - pytałem z zainteresowaniem. Tego chcieliśmy się przede wszystkim dowiedzieć. Jak sprawiła się Marzena, jedyna w naszym mieście położna odbierająca porody w domu. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy jej zaufać, ale chcieliśmy się czegokolwiek dowiedzieć wcześniej z wiarygodnego źródła.

- Było ciężko - opowiadała spokojnie Paulina - Najgorsze było to wstrzymywanie parcia. Myślałam, że nie dam rady. Gdyby nie Andrzej to nie wiem.

- A co z położną? Jesteście z niej zadowoleni? - przerwała jej Agnieszka.

- No tak. W sumie było ok. - wtrącił się Andrzej przerywając chwile ciszy.

Ta cisza była dla nas ważnym komunikatem. Nie usłyszeliśmy w ich relacji entuzjazmu. Agnieszka była tym trochę zaniepokojona. Paulina, która od lat praktykuje jogę i doskonale zna swoje ciało, powinna sobie poradzić z porodem bez problemów.

- Skoro ona mówi tyle o bólu, to jak ja to zniosę? - pytała wtulając się we mnie.

- Nie martw się. Wierzę w ciebie. Wierzę w nas. Damy sobie radę, zobaczysz - mówiłem.

No bo co miałem mówić? Że też się boję? Że mój strach z dnia na dzień jest coraz większy?

10 stycznia

Zostało trzy tygodnie, a my jesteśmy jeszcze w lesie. Wciąż czekają na nas te wszystkie sklepy z wanienkami, łóżeczkami, przewijakami, wózkami i pieluchami.

Robiliśmy już kilka razy zakupy dla Kluseczki ale zdaniem mojej ukochanej żony wciąż nie mamy nic. Trudno, trzeba zmarnować sobotnie popołudnie w sklepach z akcesoriami dla bobasów. Nie możemy tego odłożyć na za tydzień bo Agnieszka czuje ,że Zosia jest już ,,spakowana",.

Ja myślę, że to będzie w lutym. Moje przeczucie bierze się ze strachu przed tym jak to będzie. Gdyby to nie było wbrew zdrowemu rozsądkowi to pewnie miałbym przeczucie, że poród nastąpi gdzieś w czerwcu, za jakieś pół roku.

12 stycznia

Marzena przyszła punktualnie. Miałem nadzieję, że się trochę spóźni i nie zobaczy mnie walczącego z odkurzaczem. Sprzątaliśmy w biegu jakbyśmy czekali na inspekcję z sanepidu. Oczywiście mieliśmy świadomość, że Zosia już jest przyzwyczajona do wszystkich bakterii mieszkających z nami, przecież to jej naturalne środowisko. Ale trochę baliśmy się, że położna uzna, że nie możemy rodzić w domu, że nie mamy na to warunków.

- Musicie mieć jakąś folię malarską - powiedziała rzeczowo. - Macie w domu spirytus ?

Pokręciłem głową.

- Nie? - zdziwiła się - To musicie kupić.

Agnieszka sporządziła listę zakupów skrzętnie notując jej zalecenia.

Po badaniu Marzena powiedziała, że Zosia wprowadzi się do nas szybciej niż się tego spodziewamy.

- A jak już będzie stała pod drzwiami z walizkami, to będę wiedziała, że to już? - zapytała Agnieszka wykorzystując symbolikę przeprowadzkową.

- Nie martw się, na pewno poczujesz, że to już.

20 stycznia

- Nie wiem czy to już - ale dziwnie mnie boli w krzyżu - powiedziała zaniepokojona Agnieszka. Leżeliśmy już w łóżku. Zmęczył nas ten weekend. Przemeblowaliśmy pokój, bo Agnieszka chciała, żeby było w nim przestronniej. To tak jakby szykowała gniazdko - myślałem - patrząc jak się uwija między ścianami manewrując dużym brzuszkiem.

- Nie wiem, bo to nie jest jakiś mocny ból. O teraz!

Spojrzałem na zegarek. Skurcze pojawiały się co 5 minut.

- Co robimy ? - spytałem. - Jest już późno, a jak się okaże, że to nie to? Marzena będzie jechała na darmo?

- Może zadzwońmy do niej niech powie, co robić - stwierdziła Aga.

Marzena powiedziała, że przyjedzie i zbada Agnieszkę. Jeżeli okaże się to fałszywy alarm to po prostu wróci do domu. Tymczasem zgodnie z planem obudziliśmy Karolkę i ewakuowaliśmy ją do Wojtka - przyjaciela rodziny.

21 stycznia

- E, dziewczyno, jak ty się jeszcze uśmiechasz to jeszcze dużo czasu upłynie - zaśmiała się Marzena stojąc w drzwiach. Ale po badaniu stwierdziła, że godzina W wybiła.

- Rozwarcie na 2 centymetry. Jak dobrze pójdzie to o ósmej Zosia będzie z nami.

Odruchowo spojrzałem na zegarek, była pierwsza w nocy.

- Co mamy robić? - zapytałem trochę zaniepokojony brakiem odwrotu.

- Rosół musimy ugotować - stwierdziła rzeczowo Agnieszka między jednym skurczem, a drugim.

Racja. Mieliśmy przygotowane półprodukty kurę, warzywa i przyprawy tak, aby przez pierwsze dwa dni z Zośką nie martwić się o jedzenie.

- Dobra. To ja pokroję warzywa - powiedziałem rad, że mogę się czymś zająć, cokolwiek robić, aby przytłumić strach.

- Gdzie jest kura? - krzyczałem z kuchni - Gdzie garnek? A gdzie..?

- Idź do niej - przerwała mi Marzena i zabrała mi nóż. - Ja się zajmę rosołem, a ty zajmij się żoną.

21 stycznia, godzina 2.20

Chodzimy. Staram się odgadnąć każdy ruch Agnieszki. Chce stanąć to i ja staję. Pochyla się, opiera o mnie .Skurcz. Zaciskamy zęby. Oddychamy oboje.

Uff. Koniec skurczu. Idziemy dalej. Podłoga skrzypi. Sąsiedzi z dołu pomyślą, że zwariowaliśmy kompletnie urządzając sobie spacery nocne.

Zatrzymujemy się. Agnieszka wiesza się na mnie całym ciężarem. Zaciskamy zęby. Skurcz. Raz, dwa, trzy, cztery. Już. Uff. Ruszamy dalej.

21 stycznia, godzina 4.30

Pojawiły się skurcze parte, ale Marzena nie pozwala Agnieszce przeć.

- To jeszcze nie jest dobry moment. Może cię porozrywać w środku. Słyszysz?! Nie możesz przeć! Oddychaj, bo poddusisz Zosię!

Znów skurcz. Agnieszka opiera się o mnie mocno. Zaciska zęby z całej siły.

- Nie przyj!!! - krzyczy położna.

- Oddychaj kochanie. Patrz się na mnie i oddychaj ze mną - mówię łagodnie.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech. Już. Uff.

- Nie daję rady. Nie chcę zrobić Zosi krzywdy, ale to strasznie trudne wstrzymywać to parrr...

- Patrz na mnie, oddychaj - mówię głośniej. Kochanie oddychamy!

Wdech. Wydech.

21 stycznia, godzina 7.20

Położna już sobie poszła. Leżymy w łóżku we trójkę. Zosia śpi, a my w milczeniu patrzymy, jak oddycha. Jesteśmy szczęśliwi. Że się nam udało, że Zosieńka jest już z nami, że możemy na nią patrzeć. Jest prześliczna. Ma główkę jak kosmita i cała jest w mazi płodowej.

- Ta maź to naturalna ochrona - powiedziała Marzena. - Nie będę jej myła i wy też jej nie kąpcie przez 3 dni.

Dokładnie obejrzała łożysko zanim je schowałem do zamrażalnika.

- W szpitalu trzymają takie łożysko przez miesiąc po porodzie. To taka czarna skrzynka, z której można wszystko odczytać w razie czego - mówiła do mnie na schodach.

Dobrze, że Agnieszka w konsekwencji przestała jej słuchać i zaufała swojemu ciału i naturze. Dwa parcia i już. Po krzyku. Skoro pojawiły się te skurcze to znaczy, że ciało było już gotowe do narodzin. To był sygnał. Gdyby nie położna, Agnieszka urodziłaby na pewno godzinę wcześniej i obyłoby się bez krzyków.

Ale nic to. Najważniejsze, że wszystko skończyło się dobrze. A jak będziemy rodzić brata dla Zosi i Karolki, to porodzimy sobie sami.

Więcej o: