Najpiękniejszy podarunek

Tekst Anna Galusik-Bacik
04.11.2008 , aktualizacja: 04.11.2008 13:43
A A A Drukuj
O swoim domowym porodzie opowiada laureatka naszego konkursu na najciekawszy pamiętnik.

Fot. Łukasz Cynalewski / AG
Fot. Łukasz Cynalewski / AG
Fot. Łukasz Cynalewski / AG
ZOBACZ TAKŻE
Chciałabym zatrzymać czas, aby już więcej nie oddalać się od tego wczorajszego wydarzenia, aby to już na zawsze było "przed chwilką". Nasz syn przychodząc na świat spełnił tyle pięknych marzeń. Choć dość długo kazał na siebie czekać. Mały człowiek pozostawał obojętny na próby wywabienia z cieplutkiego lokum, na prośby zniecierpliwionej dziesiątym miesiącem ciąży mamy i siostrzyczek. W przeddzień imienin mojego męża Pawła, nasza położna, pani Alina, przyjechała o 17 rozmasować mi szyjkę.

Zaczęło się oczekiwanie.

Niby jakieś liche skurcze się pojawiły, ale wkrótce zaczęły zanikać. Po godzinnej przerwie zaczęło się na nowo - naprawdę!!! Między dziewiątą a dziesiątą zaczęliśmy mierzyć skurcze, niezbyt bolesne, ale już regularne, co 6 minut. Pawłowi mówiłam "start" i "stop", a on spisywał dane z sekundnika. Chodziłam w kółko po pokoju, a co jakiś czas kładłam się na prawym boku, z mocno ugiętą lewą nogą, tak jak zaleciła pani Alina, aby główka dziecka dobrze skręcała do miednicy. Dziewczynki widziały, co się święci i były wyjątkowo podekscytowane. Siedmiolatka Julka skakała po naszym łóżku ze złożonymi rękoma i wrzeszczała:

- Mamusiu, błagam cię, żebyś miała skurcze!

Upewniała się też, czy na pewno zbudzimy ją w nocy, gdy tylko Dominiś przyjdzie na świat.

Zadzwoniłam do mojego brata, by go uprzedzić, że będzie potrzebny siostrzenicom.

- Jedziecie dziś do szpitala? - spytał.

Uśmiechnęłam się tylko i nawet nie wyprowadzałam go z błędu. A szpital dla mnie to było: leżenie na plecach, szybkie zabieranie dziecka na zabiegi, opędzanie się od partnera rodzącej, sala z kilkoma niewyspanymi matkami i ich na zmianę płaczącymi dziećmi, mycie przerażonych noworodków pod kranem, wreszcie baby blues.

Tymczasem Paweł zaniósł na górę dawno przygotowany stojak ze wszystkim, czego potrzeba do porodu domowego, a ja nalałam sobie ciepłej wody do wanny. Ale nie wiem, ile jeszcze razy schodziłam dwa piętra niżej, aby znów ucałować dziewczynki na dobranoc. Czułam taką ogromną potrzebę utulenia ich i ukołysania, jakbym od jutra miała już być kimś trochę innym. Buziaczki i dla każdej krzyżyk na czółko. Zasnęły bardzo późno, po 23.

Ciepła woda mnie odprężyła,

posiedziałam w wannie pół godzinki, ale równocześnie było mi tam jakoś twardo i kanciasto, więc nie wchodziłam więcej. Założyłam moją "szczęśliwą" koszulkę, w której ponad trzy lata temu urodziłam Emilkę. No i spodnie, i grube skarpetki, bo mi marzły nogi.

O północy pamiętałam o imieninach męża:

- Aby ci się szybko narodził zdrowy piękny synek! - składałam jedyne życzenia.

Wiedziałam, że już wkrótce dam mu najwspanialszy podarunek. Radość mojego męża była nie do opisania. Cały czas zresztą był taki uśmiechnięty, spokojny, pewny siebie, a mnie udzielał się jego nastrój.

Tymczasem natura przestała traktować mnie w miarę łagodnie i postanowiła pokazać brutalniejsze oblicze. Dzwonimy do położnej - pani Alina chce dokładnie określić, na jakim etapie jesteśmy i zadaje trudne pytania. Czuję ulgę, gdy słyszę, że wsiada już do samochodu i jedzie do nas z powrotem.

Powolutku wchodzę po schodach do przytulnego pokoju, z którego już nie wyjdę z dużym brzuchem.

Nagle robi mi się zimno,

kładę się na prawym boku i żądam, by przykryć mnie czym się tylko da. Wtedy, około pierwszej, wody tryskają tak obficie, że wszystko robi się mokre. W łazience wylewam z siebie całe jezioro czyściutkiej wody. Paweł w naprawdę szampańskim humorze dzwoni do położnej. A ona dodaje gazu, bo czasami wtedy poród bardzo przyśpiesza. Ale Dominik jest rozsądnym dzieckiem i nie przesadza z tempem pchania się na świat.

Ze zmarzniętej robię się zgrzana i spocona, więc pryskam sobie wodą w sprayu na twarz po każdym skurczu. Cudowne odświeżenie! Obok szklanka wody do picia - po łyku. Do dziś pamiętam okropny smak szpitalnych gazików, którymi wolno było jedynie zwilżać usta przez kilkanaście godzin ciężkiej pracy.

Paweł rozkłada folię na podłodze w całym pokoju, podkłady na kanapę, na której tkwię, ale na początku każdego skurczu wyciągam do niego ręce, a on rzuca wszystko i nachyla się nade mną. Chwytam go za ramiona, każę sobie mocno rozmasowywać krzyż i oddycham. W pokoju jest też duża piłka do skakania, ale teraz pomysł siadania na niej wydaje mi się wręcz katastrofalny! W domu rodzi się bez lęku, ale nie bez bólu, nie ma co oszukiwać. Przy każdym skurczu dziwię się jego potędze, a jeszcze bardziej dziwię się, jak mogłam zapomnieć po narodzinach dziewczynek, że to AŻ TAK boli.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 11 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

  • Re: Najpiękniejszy podarunek silije.amj 05.11.08, 21:47

    Dziękuję Happybogna.Ale lepiej uważaj z tym trzecim porodem w domu, bo euforia jest bardzouzależniająca ;-) i nam by się czasami czwartego chciało, to dopiero patologia ;-)Pozdrawiam - Anna »