1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Macochy? "Kobiety wymagają od siebie za dużo i mają tendencję do poświęcania się" [WYWIAD]

"Znam macochy, które twierdzą, że nie kochają nie swoich dzieci, a jednocześnie są dla nich czułe i dobre jak rodzone matki. Bądźmy dla siebie dobrzy. To wystarczy" - mówi Maria Sitarska, psycholożka, w rozmowie z Karoliną Stępniewską. Rozważania o budowaniu relacji macocha-dziecko partnera otwierają nasz redakcyjny cykl poświęcony rodzinom patchworkowym.
Karolina Stępniewska: Czy trudno być macochą?

Maria Sitarska, psycholożka: - To podchwytliwe pytanie. Nie mówiłabym o trudach, a raczej o wyzwaniu. Rodzicielstwo jako takie, towarzyszenie dzieciom w rozwoju jest przecież wyzwaniem i sporym wyzwaniem jest również bycie macochą. Choćby dlatego, że trzeba się zmierzyć ze społecznym spojrzeniem na macoszyństwo i na związane z tym stereotypy. Brakuje nam wzorców.

Te kulturowe nie są najlepsze.

- Otóż to. Musimy zbudować sobie tę rolę indywidualnie i uważnie, nie zawsze mając się do czego odnieść. Kiedy zostajemy mamą czy tatą tradycyjne przekazy rodzinne komunikują nam mniej więcej, co robić, jak postępować, albo chociaż w którym kierunku. Kiedy zostajemy macochami - i to przecież w bardzo zróżnicowanych układach - musimy wiele rzeczy wypracować sobie same. Dobrze oczywiście, kiedy współpracuje z macochą również partner i dzieci.

Może macocha mogłaby odnieść się do negatywnych przykładów z baśni i dowiedzieć się z nich, czego nie robić: nie podawać dziecku partnera zatrutego jabłka ani nie wyprowadzać go do lasu...

- To przede wszystkim kwestia naszej dojrzałości i świadomości siebie, swoich możliwości i ograniczeń, w momencie wejścia w relację z partnerem, który ma dzieci: czy poddajemy to refleksji, czy jesteśmy tak pochłonięte przez namiętność i miłość, idealizację początkowej fazy związku, że nie zwracamy uwagi na to, że w tej relacji są również dzieci, wobec których jakoś trzeba się określić. Kiedy zakochujemy się, nasz kontakt z rzeczywistością jest nieco utrudniony - nierzadko więc trudno nam ocenić coś takim, jakim jest, bo nie mamy do tego narzędzi, doświadczenia, a tym bardziej potrzebnego dystansu.

Ale na pewno warto już wtedy zastanowić się, kim chciałabym być dla dzieci partnera. Znam osoby, którym to się udało, które świadomie zastanawiały się, czy wchodzić w taką relację, czy nie. Na pewno warto spróbować.

Jako psycholożka uważam, że po stokroć warto rozmawiać z partnerem o tym, jak wspólnie widzimy naszą, macochy, rolę w życiu tej nowej rodziny. Czy partner ma zgodę na to, że kobieta będzie brała udział w wychowywaniu jego dziecka, czy ma do niej zaufanie i wie, że będzie dla dziecka dobra i że sama będzie mogła ocenić, ile i co może z siebie dać, a czego na pewno nie może. Początkowa faza budowania związku to właśnie taki czas rozmów, spokojnego wprowadzania nowej partnerki do rodziny, czasami fantazjowania, jak to się może potoczyć, w jakim kierunku chcielibyśmy wspólnie pójść.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie wszystko można przewidzieć, nie wszystko na początku zobaczyć, to naturalne. Podstawowe rzeczy warto jednak omówić i wracać do nich na różnych etapach. Zmieniamy się w rodzinie, rośniemy, czasami pojawiają się nieprzewidziane sytuacje i kolejne wyzwania. Budowanie rodziny zrekonstruowanej ma to do siebie, że jest to często proces pełen napięcia, zaskoczeń, niespodzianek, ale i przecież ogromnej satysfakcji.

Rozwój każdej rodziny jest dynamiczny, ale w przypadku rodziny patchworkowej jest to bardziej odczuwalne?

W rodzinach zrekonstruowanych panuje specyficzny rodzaj chaosu, który wiąże się z tym, że jest ogromnie dużo spraw i sytuacji, na które nie mamy wpływu. Z tym również warto z czasem nauczyć się godzić.

Jakie to rzeczy?

- Na przykład to, że plany zmieniają się bez naszego udziału, często poza wiedzą i zgodą macochy. To bywa dotkliwe dla kobiet, szczególnie na początku. Przykładowo, kobieta chce zaplanować czas ze swoim partnerem lub z dziećmi, od dłuższego czasu para planuje wspólny weekend, wyczekiwany wyjazd na wieś lub wspólne pieczenie pierników, wszyscy się cieszą, czekają na ten czas, a tu nagle dzwoni mama dziecka czy dzieci i mówi, że trzeba coś ważnego i pilnego w związku z dzieckiem załatwić albo ona akurat w ten weekend musi gdzieś wyjechać i prosi, żeby dziecko mogło być u taty dodatkowo w ten właśnie wyczekiwany długo weekend.

Jest dużo takich rzeczy, takich zaskoczeń, rozczarowań, z którymi warto się pogodzić, chociaż na początku pojawić się może i pewnie tak będzie złość i sporo frustracji. To jest zupełnie naturalne i trzeba o tym rozmawiać z partnerem, z przyjaciółmi. Jak to nie wystarcza to warto skonsultować się z psychologiem. Nie mam żadnej złotej recepty i taka pewnie nie istnieje, ale jestem głęboko przekonana, że jeśli nie rozmawiamy o swoich potrzebach, granicach i sprawach, które są dla nas ważne z partnerem od samego początku, to będziemy przeżywać znacznie więcej trudności, napięć, zniechęcenia.

Nie znam jednocześnie macochy, dla której na początku nie byłby sporym wyzwaniem fakt istnienia mamy biologicznej albo przeciwnie - sytuacja, kiedy tej mamy nie ma, bo na przykład umarła lub z innych powodów nie utrzymuje kontaktu ze swoimi dziećmi. Warto by było, gdyby kobieta, która wchodzi w rodzinę biologiczną - czyli rodzinę ojca i jego dziecka lub dzieci - spróbowała uważnie przyjrzeć się temu, czy jest na tyle w sobie osadzona, że wie, że jej obecność w tej rodzinie może być pełna, że ona nikogo nie zastępuje i nie musi tego robić, że może stać się z czasem po prostu dobrą dorosłą dla tego dziecka i pełnoprawną partnerką dla mężczyzny. Większą trudność z zaprzestaniem porównań będą miały zapewne kobiety, które wchodzą w relację z wdowcem, trudno przecież rywalizować ze świętą, z ideałem.

Rodzina patchworkowa ma bardzo elastyczne granice. Dla macochy często przez długo czas trudna jest akceptacja faktu, że kontakt z byłą partnerką partnera jest nie do uniknięcia, czy wręcz warto, żeby był - ze względu na dziecko - regularny. I znowu - potrzeba tu dużo dojrzałości, zgody na sprawy, na które nie mamy wpływu i umiejętności mieszczenia w sobie różnych takich rozczarowań.

Jeszcze innym tematem, dość powszechnym jest różnica w podejściu do wychowywania dzieci w obu domach. Macocha ma swoją historię, swoje poglądy na różne sprawy, czasami i własne dzieci. Nie zawsze zgadza się z matką dziecka. Czasami chciałyby wiele rzeczy robić inaczej, nierzadko chciałyby zastąpić dzieciom mamę albo jakoś zrekompensować rozpad ich rodziny.

I co wtedy? Czy wolno jej krytykować to, jak wychowywane jest dziecko partnera, także przez niego samego? Czy inaczej jest, kiedy mieszka się z tym dzieckiem, a inaczej jeśli widuje się je okazjonalnie?

- Na pewno wolno jej mieć własne zdanie, niezgodę i sprzeciw. To są przecież jej emocje, jej niezgody. Warto się z tym jednak uporać, bo dom mamy jest jej przestrzenią i nic nam do tego. Trafnie opisał tę sytuację dziecka i dwóch domów terapeuta rodzinny Jesper Jull, który mówił, że po rozwodzie małżonkowie tracą prawo do wtrącania się w swoje decyzje, wybory, sposób postępowania - jeżeli oczywiście nie czynią szkody dziecku - bo utracili to prawo wraz z rezygnacją z wzajemnego emocjonalnego zaangażowania i miłości, czyli w momencie rozwodu. I tego warto się trzymać. To wiele ułatwia. Budujmy więc swój dom, swoją rodzinę i swoje zasady.

Co do partnera - nie znam rodziny, w której wszyscy dorośli myśleliby w ten sam sposób. To się tyczy też podejścia do wychowywania dzieci, choć wolę nazywać ten proces budowaniem relacji. Oczywiście warto uzgodnić jakieś podstawowe tematy, ale coraz częściej podkreśla się pozytywy wynikające dla dzieci z doświadczania różnorodności - postaw, światopoglądów, opinii, nastrojów - tu można by mnożyć. Bardzo lubię myśleć o rodzinie zrekonstruowanej właśnie jako o takiej, która daje dzieciom w niej żyjącym możliwość korzystania z tej różnorodności, wzrastania w tym, nauki elastyczności. Dosyć już skupialiśmy się na deficytach, jak to się nieładnie nazywało, rodzin rozbitych.

Dodatkową trudnością wydaje mi się jednak sytuacja, w której macocha ma własne dziecko i wychowuje je inaczej. Co wtedy? Zmienić zasady dla wszystkich? Czy któreś dziecko nie poczuje się pokrzywdzone zmianą?

- Minąć musi trochę czasu, zanim sytuacja się względnie ustabilizuje. Zasady tworzone są przez każdą rodzinę pomału, dobrze, jak nie są sztywne, jak są aktualizowane zależnie od potrzeb i okoliczności. To trochę tak, jakbyśmy żyli w takiej wielo-rodzinie. Trochę inaczej funkcjonujemy, jak jesteśmy wszyscy razem, czyli dzieci wspólne, partnera i macochy, bo przecież bywa i tak, inaczej jak zostajemy tylko z naszymi biologicznymi dziećmi, bo dzieci partnera są akurat u swojej mamy.

Zasady dają dzieciom poczucie bezpieczeństwa, ale czasem lepiej - choć to może zabrzmi wywrotowo - zrezygnować z sumiennego trzymania się zasad za wszelką cenę, na rzecz wspólnie spędzonego czasu i małej rodzinnej rebelii. Dzieciom nic złego się nie stanie, jak będziemy czasem bardziej elastyczni. Głęboko wierzę w mądrość rodziny - jeśli będziemy rozmawiać i szanować potrzeby swoje i naszych dzieci, jeśli zachowamy otwartość i elastyczność - wszystko z czasem się ułoży.

Relacje codziennie i weekendowe są różne. Czy można powiedzieć, że któraś z nich jest łatwiejsza?

- Nie wiem, co jest łatwiejsze, pewnie bywa różnie, ale wiem, o co warto zadbać. Nawet jeśli dziecko jest z nami tylko w weekend, dobrze, żeby nie traktować tego czasu jako ekspresowych wakacji, nie zapychać tych kilku dni fantastycznymi atrakcjami, tylko dać dziecku poczucie normalności, budować wspólnie przekonanie, że dziecko ma dwa równorzędne domy i że nie jest w domu taty gościem. Warto włączać dziecko do codziennego rytmu życia: interesować się tym, co dzieje się w szkole, jakich ma kolegów, rozmawiać, słuchać, gotować wspólnie, pójść razem na spacer. Niekoniecznie starać się za wszelką cenę rekompensować czas, którego nie spędza się z dzieckiem.

Najczęściej jest tak, że w rodzinach dobrze funkcjonujących po rozwodach, po tym pierwszym czasie, kiedy to polski sąd zasądza tradycyjnie, że tata otrzymuje "przydział" na co drugi weekend, kawałek wakacji i co drugie święta, rodzice biologiczni potrafią się dogadać, o ile oczywiście oboje są zaangażowani w wychowanie dziecka i ten czas wydłuża się wówczas na korzyść większej równowagi między czasem spędzonym z mamą i czasem spędzanym z tatą.

Dużą korzyścią takiego rozwiązania jest to, że dziecko ma poczucie bycia w dwóch rodzinach i w obu może czuć się kochane, ważne i włączane w codzienne życie. Poczucie, że nie jest "podrzutkiem" na chwilę, tylko właśnie ma szansę skosztować codzienności - innej w rodzinie mamy, innej w rodzinie taty. I to wydaje mi się sytuacją zupełnie w porządku, choć teorii na temat możliwości podziału obowiązków rodzicielskich jest sporo. I znowu wracamy do tego, że warto rozmawiać, obserwować, co dzieje się w rodzinie, jak się w niej czujemy i odpowiednio się do siebie dostrajać.

Jak sytuacja, kiedy w rodzinie jest biologiczne dziecko macochy, może wpływać na dziecko partnera? Jak może czuć się z tym, że jego ojciec mieszka i poświęca więcej czasu, a więc i uwagi, innemu dziecku, a nie jemu?

- Myślę, że warto aby każdy członek i członkini rodziny, w tym dzieci, dały sobie przyzwolenie na odczuwanie różnych emocji. Dziecko partnera w takiej sytuacji może czuć się zagubione, zazdrosne o kobietę taty, która pojawia się nagle przy jego ojcu zamiast mamy. To jest zawsze trudne. Może też być zazdrosne o dzieci, które mieszkają z jego tatą i przy których jest bardziej obecny, zazdrosne o czas, o uwagę. To wszystko jest naturalne. Pozwólmy dzieciom czuć dokładnie to, co czują, pomóżmy im nazywać te uczucie i dajmy im odczuć, że mają prawo czuć się w takiej sytuacji niepewnie. Wymaga to od dorosłych czasu i uważności, ale na pewno przyniesie i dzieciom i nam korzyści.

Uczymy się siebie, każde z nas przychodzi do tej rodziny z własną historią i własnymi ranami - to wszystko trzeba przejść. Oczywiście w żadnej mierze nie należy angażować dzieci w konflikty dorosłych, choć zdaję sobie sprawę, że w dużym napięciu, szczególnie w pierwszym czasie po rozwodzie nie zawsze dorośli potrafią tego uniknąć. Naprawdę można dojść do dobrego rezultatu, jeśli damy sobie czas i będziemy uważnie obserwować dzieci, dużo z nimi rozmawiać, a swoje napięcia rozładowywać poza domem, w towarzystwie dorosłych.

Warto pamiętać, że zmiana jest zawsze stresująca, nie tylko dla dzieci przecież. Trzeba ją oswoić, odpowiedzieć sobie na wiele pytań, np. kim są dzieci tej pani, czy to moje rodzeństwo? Dzieci partnera mogą nie lubić macochy albo i nawet chcieć się jej pozbyć. Mogą mieć problem z lojalnością, bo tam gdzieś, w innym domu jest mama biologiczna, a tu jakaś nowa pani, którą w zasadzie można by nawet polubić, tylko nie wiadomo, co na to mama. To dla dzieci bywa niezwykle trudne.

Chciałabym jednak uspokoić, że jeśli zastosujemy podstawowe zasady, do których tu stale powracam: będziemy ze sobą rozmawiać, szanować swoje potrzeby i będziemy tolerancyjni dla różnych trudnych emocji, których możemy w tym czasie doświadczać, jeśli damy też sobie samym, myślę tu szczególnie o macochach, przyzwolenie na to, żeby przez jakiś czas czuć się niekochane, to naprawdę mamy szanse na budowanie dobrych rodzin zrekonstruowanych. Piszą o tym zarówno doświadczeni terapeuci jak choćby Virginia Satir i Jesper Juul, ale i ja, poznając kolejne patchworkowe historie obserwuję, że to jest możliwe. Trzeba tylko dać sobie czas.

Nie zniechęcać się początkowymi trudnościami - to możliwe?

- Nie da się uniknąć ani trudności, ani rozczarowań w żadnej bliskiej relacji. To zupełnie naturalne, bardzo rzadko zdarza się też, żeby dziecko zapałało dużym entuzjazmem do nowej osoby, która się wprowadzi do jego domu, niezależnie od tego, czy to ojczym, czy macocha. A jeśli w umyśle dziecka ta macocha lub ojczym przyczynili się do rozpadu związku jego rodziców, bo np. tata odszedł do tej nowej pani od mamy albo mama odeszła do tego nowego pana od taty, to dziecko ma prawo do złości. Dziecko w ogóle ma prawo do wszystkich emocji świata, tu jednak może dodatkowo obarczać macochę czy ojczyma winą za rozwód rodziców, czyli za, w pewnym sensie, śmierć dotychczasowej rodziny.

Wymaga to, raz jeszcze, czasu i cierpliwego tłumaczenia, że rodzice rozstali się ze sobą, ale nie z dzieckiem i że to była ich decyzja. Ważne też, żeby tę nową osobę wprowadzać stopniowo do życia i świata dziecka. To kwestia wrażliwości i delikatności, żeby zaraz po rozstaniu rodziców nie stawiać dziecka od razu, jeśli to oczywiście możliwe, w kolejnej trudnej sytuacji. Bądźmy ostrożni, pozwólmy się dziecku pomału poznawać z naszymi nowymi partnerami czy partnerkami. Dbajmy o jakość wspólnie spędzanego czasu. Dajmy sobie wszystkim czas i przestrzeń, nie spieszmy się.

Proszę też wziąć pod uwagę, że rodziny tradycyjne, czyli takie, w których w jednym domu mieszkają mama, tata i ich wspólne dzieci ma swoją historię, która jest mniej lub bardziej płynna, spójna, członkowie i członkinie rodziny mają wspólne wspomnienia, wspólne anegdoty, pewną ciągłość tożsamości rodziny, a w zrekonstruowanej rodzinie tego nie ma. W takiej rodzinie często widzimy różne przerwane wątki, niedokończone opowieści, niespójne narracje. Trzeba te elementy dopasować.

Warto być ciekawym siebie, bo to tak jakby spotykały się różne światy: trzeba je zbadać, uważnie obejrzeć, przespacerować się nieznanymi ulicami, posmakować, poznać siebie i swoje funkcjonowanie razem w tej rodzinie. Nie obrażać się, że w czymś nie uczestniczyliśmy, że oni lub one wymieniają się anegdotami z przeszłości w których nie braliśmy udziału. Bo i nic w tym złego.

To może być trudne.

Pielęgnowanie korzeni jest ważne dla dziecka. Często wręcz samo się tego domaga, samo pilnuje różnych rodzinnych opowieści. I jeśli np. dziecko pokazuje macosze lub ojczymowi swoje zdjęcia z dzieciństwa, co bywa dla kobiet trudnym przeżyciem, to jest to jednocześnie ogromnie ważne wydarzenie, które świadczy najpewniej o rodzącym się zaufaniu dziecka do niej lub do niego. O tym, że chce macochę lub ojczyma włączyć w swoją historię, swoje narodziny, opowiedzieć siebie, pokazując np. zdjęcia mamy, która karmi je piersią.

To może być emocjonalnie dla macochy trudne, a przynajmniej kłopotliwe, ale świadczy o czymś bardzo pięknym: że macocha jest oswojona i bezpieczna w tym domu, w rodzinie, że daje przyzwolenie dziecku na nie zawsze łatwe dla niej tematy, że potrafi przyjąć dziecko razem z jego osobną historią. Zdarzają się i takie historie, że to właśnie macocha rozmawia z dzieckiem o rozwodzie jego rodziców, czy innych trudnych tematach, z którymi dziecko nie potrafi lub nie może zwrócić się do rodziców.

Cierpliwość jest kluczowa?

- Tak, cierpliwość, wyrozumiałość, wzajemny szacunek, uważność, ale też dbanie o własne potrzeby. Macocha może czuć złość z różnych powodów, będzie pojawiać się też frustracja, niezgoda, bo np. ojciec biologiczny czasami może nie wiedzieć, co zrobić ze swoją z kolei lojalnością, która rozkłada się między dziecko a nową partnerkę. Zależy mu na dziecku, chce je ochronić i wesprzeć w tej nowej dla wszystkich sytuacji, ale też zależy mu na partnerce i może znaleźć się w trudnej dla siebie sytuacji, bo musi interesy ważnych dla siebie osób jakoś pogodzić.

On też powinien mieć w sobie gotowość, żeby rozmawiać z dzieckiem o tym, że ono jest dla niego najważniejsze w kategorii jego dzieci, a jego partnerka jest najważniejsza w kategorii ważnych dorosłych w jego życiu. Warto to rozdzielić, bo to niejako ustawia macochę w tej rodzinie, czyni ją ważną, zauważoną, docenioną. Dobrze by było, gdyby mężczyzna spokojnie, łagodnie, ale i stanowczo tłumaczył dziecku, że ma szacunek dla jego mamy, ale stworzył już nową rodzinę, w której też są pozytywni dorośli, od których ono również może dużo czerpać. Sam musi mieć umiejętność kierowania sytuacją tak, żeby wprowadzić tę nową partnerkę do rodziny w delikatny sposób.

Jak może pomóc w relacji macocha-dziecko?

- To on jest łącznikiem w tej rodzinie. Kiedy dziecko np. powie do macochy: "ty mieszkasz z nami", to dobrze by było, żeby on powiedział: "tak, kochanie, ale teraz mieszkamy wszyscy razem, ten dom jest nasz wspólny" - żeby to od taty wychodziły takie komunikaty, że macocha jest tak samo ważna, jak cała reszta rodziny. Jej dzieci także. To ważne, żeby on - jako ten bezpieczny i ważny dorosły dla dziecka - cały czas podkreślał ważność nowych osób, że w tej rodzinie znajdzie się miejsce dla wszystkich. Przyjdzie czas, że to się ułoży. Czasami naprawdę wystarczy szanować się nawzajem, dbać o swoje potrzeby i dać sobie czas.

Ważne, żeby tata pamiętał też o spędzaniu czasu ze swoim dzieckiem w dobry jakościowo sposób - czasem bez macochy czy jej dziecka. Jeśli dziecko potrzebuje czasu tylko z tatą, to dobrze by było, gdyby macocha to przyjęła, bo to nie jest sytuacja wymierzona przeciwko niej, mimo że czasami może tak to odbierać i czuć się odrzucona, zagubiona.

Znam też terapeutkę, które radzi w takich sytuacjach, by mężczyźni w tym początkowym czasie szczególnie adorowali swoje partnerki. Kobietom, szczególnie młodym doświadczeniem, niepewnym siebie i swojej wartości, może być to bardzo pomocne w budowaniu poczucia sensu bycia w takiej nietypowej rodzinie i poczucia bycia kimś ważnym dla partnera. Niestety często słyszę, że mężczyźni zostawiają kwestię budowanie relacji pomiędzy macochą i dzieckiem samej zainteresowanej, nie angażują się i wydaje im się, że samo się wszystko ułoży. A to za duża odpowiedzialność.

Kilkakrotnie podkreśliła pani konieczność dbania o własne potrzeby.

- Tak, choć przecież nie tyczy to tylko macoch. W rodzinie zrekonstruowanej jest jednak wiele rzeczy i czasu, który nie jest jej, np. kiedy jej partner robi coś sam z dzieckiem albo musi spotkać się z jego mamą, odwieźć dziecko, pojechać coś dla dziecka załatwić, np. w szkole, do której macocha nie ma zazwyczaj wstępu.

Warto, żeby macocha szanowała swoją odrębność, niezależność i zadbała o bezpieczną przestrzeń dla siebie, miała swoje zainteresowania, żeby jej uwaga nie ogniskowała się tylko wokół rodziny, choć bywa to trudne, szczególnie na początku, kiedy towarzyszy jej wiele wątpliwości. Warto, żeby nie zaniedbywała przyjaciół, swoich dotychczasowych pasji, bo często, zapewne, będą spotykać ją, że tak powiem, organizacyjne niespodzianki, które mogą generować napięcie.

Rozumiem, że warto, aby kobieta postępowała tak od samego początku, żeby nie przyłapała się w pewnym momencie na smutnej refleksji, że niczego "swojego" nie ma.

- Tak. Macochy mają to do siebie - i odnoszę wrażenie, że nie jest to przesadna generalizacja - że na początku za bardzo się starają, chcą, żeby wszystko było idealne. Nie da się jednak tak zrobić, żeby wszystko było jak trzeba. I to w zasadzie dobrze, bo co byśmy przez to, jako rodzina, osiągnęli?

Może być też tak, że z obawy przed naruszeniem granic dziecka i wchodzeniem w kompetencje rodzica biologicznego, macocha może sama odsuwać się, niejako stawiać się na marginesie tej relacji, na bocznym torze.

- I niekiedy działać przeciwko sobie.

Jak więc mądrze to wypośrodkować?

- Po pierwsze to kwestia tego, na ile z partnerem mamy omówione, jak on widzi naszą rolę w życiu dziecka, ale i - równocześnie i równoważnie - jakie my mamy potrzeby, na co mamy zgodę. Nie musimy przecież odczuwać potrzeby jakiegoś dużego zaangażowania w życie dziecka. Jeśli jednak decydujemy się zaangażować, to nie widzę żadnych przeszkód, żeby rozmawiać z dzieckiem, co byłoby dla nas fajne, np. żeby pomogło mi pomalować szafę, czy żebyśmy razem coś ugotowali. Dobrze by było, gdybyśmy zapraszały dziecko do takich zwykłych, codziennych rzeczy, tworzyły możliwości wspólnego czasu, żeby to zaufanie wzajemnie powoli się rodziło, bo dziecko nie będzie słuchać kogoś, kogo emocjonalnie nie włączyło w rodzinę.

Na początku bywa raczej tak, że dziecko traktuje macochę jak obcą osobę, co przecież zrozumiałe, którą musi poobserwować, ale jeśli damy mu czas, nie będziemy się narzucać z matkowaniem - co bywa dla wielu kobiet sporym wyzwaniem - i raczej będziemy podążać za dzieckiem niż inicjować, przyglądać się sobie w tej naszej nowej, ciekawej rodzinie i patrzeć na to, jak funkcjonujemy oraz pozwolić działać tacie, to z czasem będzie stanie się to naturalne, że będziemy takie rzeczy codzienne, jak np. pora snu, brały czasami również na siebie, jeśli, rzecz jasna, same będziemy tego chciały.

Słyszałam już takie miłe sercu historie, kiedy po długim czasie, dziecko pierwszy raz poprosiło macochę, by ta poczytała mu bajki na dobranoc zamiast taty. Dla takich momentów warto się starać. W rodzinach patchworkowych, które mają już pewne doświadczenie i wspólnie wypracowaną dojrzałość, funkcjonuje to elastycznie. Oczywiście czasem można usłyszeć klasyczne zdanie z macoszych horrorów "nie jesteś moją mamą", ale też nie mam przekonania, żeby było to coś szczególnie złego.

Nie bać się takiego komunikatu? Chyba tego właśnie wszyscy obawiają się najbardziej.

- Zastanawiam się, dlaczego tak jest? Może trochę dlatego że kobiety wymagają od siebie za dużo i mają tendencję do poświęcania się, ze szkodą dla siebie i własnych potrzeb. Kiedy dziecko mówi "nie jesteś moją mamą", to dla mnie dobrą odpowiedzią na taki komunikat może być na przykład "masz rację, ale zależy mi na tobie i jesteś dla mnie ważny, dlatego postarajmy się współpracować". Myślę, że to istotny komunikat dla dziecka, a to, że macocha nie jest mamą to po prostu fakt. A z faktami pozostaje nam się pogodzić.

Myślę też, że wokół macoszyństwa narosło wiele mitów, różnych przesadnie sztywnych i niezmiennych sytuacji, takich jak ten właśnie komunikat. Widzę jednak, że to pomału się zmienia, w stronę naturalnie różnorodnych - jak to w rodzinach bywa - sytuacji i poszukiwania zasobów także i w sytuacjach, które nazywamy trudnymi.

Podkreśla pani wagę rozmowy o ważnych sprawach. To droga do sukcesu?

- Nie tylko o ważnych. Generalnie warto rozmawiać, poznawać siebie, być ze sobą na bieżąco. To dobra zasada dla rodziny: aktualizować informacje o sobie. To, że raz sobie coś powiemy, coś ustalimy, nie oznacza przecież, że zawsze będzie tak samo. Zmieniamy się, doświadczamy różnych spraw, rośniemy, rozwijamy się. Nie mówię tu o zwoływaniu jakichś specjalnych zebrań rodzinnych, choć różne rodziny mają zwyczaje, ale o takim wzajemnym zainteresowaniu, o nieusztywnianiu się w relacjach, o wpuszczeniu do rodziny powietrza. Podążajmy za sobą, za naszymi dziećmi. Bądźmy zainteresowani sobą, podobnie jak interesujemy się losami naszych przyjaciół. Czasami trochę tego w relacjach rodzinnych brakuje.

Pytała Pani wcześniej o rolę macochy w takich rodzinnych rozmowach. Byłabym ostrożna z tym, by to macocha omawiała z dzieckiem różne takie, wymagające decyzyjności sprawy. Szczególnie na początku, kiedy relacje w rodzinie są chwiejne i niejasne. Warto, żeby informowanie o ważnych rzeczach wychodziło początkowo od taty. Jeśli jednak dziecko przeżywa na przykład konflikt lojalnościowy, bo mama biologiczna mówi mu coś niedobrego o nowej partnerce taty to macocha, jeśli czuje się na siłach, może podjąć ten temat i spróbować odciążyć emocjonalnie dziecko, zwolnić je z poczucia winy, okazując akceptację dla emocji mamy i tłumacząc, że mama ma prawo czuć, co czuje, bo być może jest w tej chwili zagubiona, ale macocha nie czuje się tym osobiście dotknięta i jest dla dziecka tak samo jaka mama, że może lubić je obie i to nie będzie nic złego.

Absolutnie nie wolno źle mówić o drugim rodzicu. Chyba, że jest jakaś jawna sytuacja przemocy, czy zaniedbania, wtedy trzeba bezwzględnie stanąć po stronie dziecka i działać. Generalnie jednak starajmy się trzymać kąśliwy język za zębami i dorosłe sprawy rozwiązywać w środowisku dorosłych. Pozwólmy też dziecku kochać tych, których ono samo wybierze sobie do kochania.

Dobre scenariusze są więc możliwe do zrealizowania, wbrew temu, co mówią baśnie?

- Mam nawet na to dowody. Obserwuję rodziny i widzę, jak się zmagają, zmieniają. Jakie przeżywają napięcia, a potem momenty ulgi. Na początku tworzenia takiej rodziny, włączania się do niej macochy z jej osobnymi historiami, sporo jest zamieszania, trudnych emocji i wyzwań, ale z czasem, jeśli damy sobie przestrzeń i będziemy o siebie dbać, jeśli będziemy cierpliwi i uważni, będziemy dbać o własne potrzeby, nie będziemy starać się za bardzo, to jest duża szansa, że - jak to mówi Virginia Satir - życie w naszej rodzinie będzie nam sprawiać przyjemność. Nie zawsze się udaje, ale na pewno warto próbować.

Lubię mówić, że takie rodziny mogą być przepełnione miłością, bo oprócz dwóch kochających rodziców mogą przytrafić się dodatkowe życzliwe osoby plus kilka nowych babć i dziadków i mnóstwo nowych interesujących osób, dzięki którym możemy dojrzewać, zmieniać się i doświadczać nowych życiowych przygód.

Jednocześnie chciałabym podkreślić, że jeśli z różnych indywidualnych powodów czujemy, że nie dajemy sobie rady, że brakuje nam zasobów, doświadczenia, warto skorzystać z porady specjalisty. Nie ma w tym nic złego. Jeśli widzimy, że w rodzinie i w nas samych jest tyle napięcia, że trudno nam funkcjonować bez nadmiernej utraty energii i nadziei, to warto porozmawiać z osobą, która z metapoziomu pokaże nam jak w tych relacjach funkcjonujemy i wspólnie z nami przyjrzy się możliwościom dalszego działania. Bywa przecież i tak, że funkcjonowanie w rodzinie patchworkowej przerasta nasze możliwości i decydujemy się odejść. Dla takich decyzji również mam duży szacunek.

A co z miłością do dziecka partnera? Czy to warunek udanej relacji?

Świat byłby bardzo ciekawym miejscem, gdyby miłość pojawiała się na zawołanie. Ale tak przecież nie jest. Miłość nie jest warunkiem udanej relacji. I nie pojawia się zawsze. Powiem więcej - to w porządku, że nie kochamy dziecka naszego partnera, podobnie jak w porządku jest to, że dziecko nie kocha nas. Wystarczy, że się lubimy, że dbamy o swój wzajemny rozwój, że troszczymy się o siebie i jesteśmy sobie życzliwi. A miłość, jak to miłość, czasami przychodzi, a czasami nie. Zresztą, nie przywiązywałabym się tak bardzo do nazw. Znam macochy, które twierdzą, że nie kochają nie-swoich dzieci, a jednocześnie są dla nich czułe i dobre jak rodzone matki. Bądźmy dla siebie dobrzy. To wystarczy.

Maria Sitarska, psycholożka w centrum psychologiczno-coachingowym inspeerio pracująca w nurcie systemowym, w trakcie pisania książki dotyczącej macoszyństwa. Autorka bloga, w którym przygląda się funkcjonowaniu rodzin zrekonstruowanych. Twórczyni cyklu warsztatów "Po stronie macoch", których wiosenna edycja rozpocznie się 15 kwietnia. Więcej informacji: inspeerio.pl

Więcej o:
Komentarze (7)
Macochy? "Kobiety wymagają od siebie za dużo i mają tendencję do poświęcania się" [WYWIAD]
Zaloguj się
  • femma12

    Oceniono 37 razy 15

    Artykuł i cały cykl jest bardzo poprawny politycznie. Rodzina patchworkowa to podstawa przyszlego społeczeństwa. Życzę, aby i pani Redaktor miała możliwość założyć sobie taka rodzinę i dobrze się w niej odnaleźć, zgodnie radami udzielanymi w tym wywiadzie.
    Oczywiście jest jeszcze jeden rodzaj rodziny, któremu gazeta powinna poswięcic obszerny cykl - oczywiście to rodzina LGBT.

  • brian1234

    Oceniono 25 razy 11

    To jest już przewidywalne aż do bólu. Rodzina patchworkowa to nowy wspaniały model lansowany przez Wyborcza. Miód i maliny. Oaza szczęścia, a najbardziej szczęśliwe są dzieci. Z pewnością redaktorki Wyborczej osobiście angażują się w tworzenie tak wspaniałej rzeczywistości. Moze jakieś osobiste doświadczenia pani redaktor by przedstawiła.
    I oczywiście jak najbardziej się zgadzam, że tradycyjny związek mężczyzny i kobiety, w którym oboje są odpowiedzialni trzeba wyrzucić na śmietnik. Wtedy zapanuje świat idealny, a Gazeta Wyborcza stanie się jedyną wyrocznia.

  • baba67

    Oceniono 16 razy 10

    Wkrotce dojdziemy do takiego wniosku jak Szwedzi-ze tradycyjna rodzina jest w zasadzie nudna i ograniczajaca intelektualnie , o wiele lepiej co dugi tydzien spedzac z innym zestawem rodzicow i przyrodniego lub/i przybranego rodzenstwa oczywiscie wszystkie te byle zony i byli mezowie sa dla siebie serdeczni , konfliktow zadnych nie ma bo haslo innym malzonek na kazdy etap zycia obowiazuje. Nie wiem dlaczego nie mam do tych wywodow zaufania, za stara chyba jestem. znam jedna dobrze funkcjonujaca rodzine patchworkowa ale malzonkowie poznali sie juz po rozpadzie dawnych zwiazkow no i naprawde bardzo sie staraja.

  • papilotka3

    Oceniono 19 razy 7

    Rodzina patchworkowa to nowy rodzaj syfu i malarii, nowy rodzaj upośledzonej struktury międzyludzkiej, a najbardziej cierpią dzieci. Akceptujmy dalej ową strukturę to świat zamieni się w jeden beznadziejny burdel, a może już takowy jest ? o zgrozo... do czego dążymy...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX