1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Szkoła uważności

Czasem myślę, że pierwszy miesiąc życia mojego dziecka nauczył mnie więcej niż całe moje dotychczasowe życie - pisze Anna Brzeska w pamiętniku nagrodzonym w konkursie miesięcznika ?Dziecko?.
Położna wciska mi w ręce małe białe ciałko. Chwytam je bezradnie. Moja córka jest taka drobniutka, włochata i... chyba ładna. Kwili sobie cichutko, raczej skrzeczy, niż płacze. Ogarnia mnie poczucie obezwładniającego wręcz szczęścia i spokoju, lecz przychodzi też smutek. Mam dziecko i to jest cudowne, ale ta słaba, depresyjna strona mojej natury podpowiada mi, że teraz już zawsze będzie towarzyszył mi lęk o jego los. O życie, zdrowie, szczęście mojej córki.

Położna przystawia mi dziecko do piersi. Mała chwyta brodawkę. Boli! Zaczyna ssać. Zagryzam zęby i doświadczam bólu pierwszego macierzyńskiego poświęcenia.

Zapowiedź poważniejszych problemów pojawia się już podczas pierwszego badania, dwie godziny po rozwiązaniu.

- Dwa siedemset dziesięć - mówi młoda lekarka, zdejmując noworodka z wagi. Coś tam sobie oblicza i wyrokuje, że dziecko urodziło się z hipotrofią, czyli waży nieco mniej, niż powinno ważyć niemowlę urodzone w terminie. Zapewnia nas, że to nic strasznego, po prostu czeka nas kilka dodatkowych wizyt kontrolnych u specjalistów.

Udajemy się do sali, w której mamy mieszkać przez kilka dni. Tam, wspólnie z tatą, zachwycamy się naszym maleństwem. Jest wczesny poranek. Czas w końcu się wyspać. Tata jedzie do domu, a ja zostaję sama. Sama z noworodkiem. Kładę się, ale nie mogę zasnąć. Jak tu zasnąć? Mam dziecko! Ta kuwetka z pleksi to praktyczna sprawa. Mogę z łóżka obserwować małą, bo ścianki jej nie zasłaniają.

Patrzę, czy oddycha

Mała budzi się i skrzeczy cichutko. Co robić? Chyba trzeba zajrzeć do pieluszki. Trzęsącymi się rękami rozgarniam rożek i zaczynam zdejmować ubranko. Rany, jak to przełożyć przez głowę? Młoda płacze coraz głośniej. W końcu udaje mi się dobrać do pieluchy, zdejmuję ją, wycieram małą nawilżonymi chusteczkami i oczywiście zapominam o posmarowaniu pupy kremem. Niestety, nie udaje mi się zdążyć z założeniem nowej pieluchy. Mała sika sobie prosto na kocyk, którym była zawinięta. Cholera! Musiała teraz?

Osuszam kocyk pieluchą tetrową, zakładam jednorazową, ubieram dziecko, a potem kładę się z nią na łóżku i podaję pierś. Jest niewygodnie, ale mała je. Ciamka sobie rytmicznie. Skąd ona wie, co robić? Przysuwam jej ciałko bliżej do siebie. Jest niesamowita. Mimo ogromnego zmęczenia, niewyspania, mimo niewygody szpitalnego łóżka, czuję, że to właśnie jest życie. Gdy patrzę na tę malutką buzię, wiem, że

Siła, o której istnieniu nie miałam pojęcia

Następnego dnia po porodzie badają małej poziom cukru. Jest dość niski. Dopajają glukozą i każą powtórzyć badanie za kilka godzin. W tym czasie karmię córeczkę, jednak je bardzo krótko, a potem zapada ponownie w głęboki sen. Na następne karmienie nie chce się już budzić.

Kolejny cukier wychodzi słabo. Znowu glukoza i zalecenie dokarmiania. Ale jak to? Nikt nie wyjaśnia mi różnicy między dopajaniem (glukozą) a dokarmianiem (podaniem mleka w sposób inny niż pierś). Myślę, że skoro dostała już glukozę, to wszystko powinno być w porządku. Jednak nie. Mała znowu śpi i nie chce jeść. Następny wynik pomiaru znów wychodzi beznadziejny. Pielęgniarka pyta, czy dokarmiam małą. Odpowiadam, że nie rozumiem, że przecież to ona sama wcześniej podała glukozę doustnie. Nie! To nie o glukozę chodzi! Mam jej dać sztuczne mleko, skoro nie najada się moim. Zamieszanie. Nie spałam od kilku nocy, mój umysł przestaje pracować.

Irytuje mnie wszystko

Gdy czekam na windę, by wrócić do mojej sali na niższym piętrze, zaczynam płakać, bo winda nie przyjeżdża przez dziesięć minut. Mam wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie jak na rozhisteryzowaną wariatkę, którą chyba się stałam. Skąd mam wziąć to mleko? Mam je kupić? Nie, muszę iść do położnych na moim piętrze i powiedzieć, w czym problem, pomogą mi.

Dobrze. Uspokoić się. Dostaję zestaw do dokarmiania. Karmimy nim naszą małą, a jednocześnie laktatorem pobudzamy moje ciało do produkcji mleka. Słabo to idzie, ale nie mamy wyjścia.

Cykl karmień wygląda tak: najpierw karmię małą, aby uczyła się ssać pierś. Zjada niewiele, ssie krótko, zasypia zbyt szybko. Zatem dopychamy ją strzykawką, by się wzmocniła i by cukier nie spadał. Trwa to wszystko razem jakieś czterdzieści minut. Młoda je bardzo wolno, zasypia w trakcie, mleko się wylewa. Gdy mała śpi, włączam laktator i jakieś pół godziny pracuję. Mleka mam ciągle niewiele, ale położne pocieszają mnie, że będzie lepiej. Po odciąganiu muszę wyparzyć wszystkie części laktatora, które mają kontakt z mlekiem, oraz zestaw do karmienia. Robię to w umywalce w sali, lejąc litry wrzątku z czajnika elektrycznego. Potem trzeba jechać na inne piętro na pomiar cukru. Znowu ta winda, na którą czeka się całe eony, tracąc cenne minuty snu. I kolejne kłucie małej w piętę.

Po kilku dniach małe piętki pokryte są strupkami po ukłuciach. To też doprowadza mnie do łez, chociaż przecież nic jej nie jest. Gdy wreszcie padam na twarz, śpię nieco ponad godzinę, bo znowu trzeba obudzić dziewczynę i zmusić ją, by troszkę zjadła.

Gdy rzucam się na łóżko, zasypiam w locie

Sen przerywa mi płacz dzieci koleżanek z sali. Te dzieci są silne i głośno domagają się cycka. A moje nie. Gdy płaczą, przykro mi podwójnie. Tata pomaga mi, ile może, ale nie jest w stanie zastąpić mnie przy odciąganiu i karmieniu. Pierze ciuszki dziecka, kupuje mi silikonowe nakładki na piersi, przywozi i zawozi wszystkie te rzeczy tam i z powrotem.

W końcu następuje przełom. Mleka mam już tyle, że nie muszę podawać małej modyfikowanego. Dokarmiam ją własnym. Cukier się stabilizuje. Mała ssie coraz lepiej. Lekarka wypisuje nas do domu. Strzykawki i rurki idą do pudełka. Hurra! Wracam do psychicznej równowagi. Jestem w stanie wykarmić własne dziecko.

Wracamy do domu

Wchodzę do sypialni i widzę bukiet żółtych tulipanów. Przez moment jest idealnie. Dziecko śpi, ja w ramionach ukochanego łkam ze wzruszenia. Jesteśmy w domu, wszystko przed nami. Rodzicielskie zmartwienia, ulewanie, trądzik niemowlęcy, zmienianie pieluszki pięć razy na godzinę, kolki, brzuszki, pępuszki, ciemieniuszki... Jeszcze o tym wszystkim nie wiem.

Trzecia w nocy. Łagodna melodyjka budzika wyrywa mnie ze snu

Otwieram jedno oko i przypominam sobie, że mam dziecko, że minęły już trzy godziny od ostatniego karmienia i trzeba wstać do następnego. W szpitalu nie spałam prawie wcale, więc kiepsko znoszę nocne pobudki. Nie dość, że sama muszę wyjść z ciepłej pościeli, to jeszcze wyrywam ze spokojnego snu moją maleńką, chudziutką dziecinkę. Leci mi przez ręce, coś tam kwęka cichutko. Nie chce ssać, śpi. Przytulam ją i proszę, by się obudziła. Wiem, że to nic nie da, ale chcę, by jeszcze przez chwilę, jeszcze przez jedną minutkę, było nam łagodnie, ciemno, dobrze.

Jednak obowiązek karmicielki wzywa. Zapalam światło, poklepuję małą opuszkami palców, łaskoczę policzki, dotykam podbródka. W końcu otwiera buzię i chwyta pierś. Ciamka chwilę i znowu zasypia. Jadła minutę. Musimy uzbierać chociaż dziesięć - piętnaście minut jedzenia, byśmy mogli znowu iść spać. Zatem kolejny raz łaskotanie, klepanie, przekładanie w rękach, żeby zrobiło się dziecku niewygodnie, twardo, żeby zaczęła sama domagać się ukojenia, jakie daje matczyny cycek. Zaczyna ssać, by po dwóch minutach utonąć we śnie.

Tata wstaje półprzytomny, żeby asystować mi w tym koszmarze. Wspólnie próbujemy ją wyrwać ze snu. Mała zaczyna płakać

na dobre. Cieszę się, bo mogę wcisnąć jej brodawkę w buzię. Jednak znów zasypia, a ja sama zaczynam płakać. Trzeba wytoczyć najcięższe działa. Mokre i zimne pieluchy tetrowe. Torturujemy własne dziecko, dotykając nimi najbardziej wrażliwych na zimno części noworodkowego ciałka. Zapewne nienawidzi nas za to, jednak nie może tego wyrazić inaczej niż płaczem. Znowu zmuszamy ją do jedzenia, sprawdzamy czas, notujemy. Tak nauczono nas w szpitalu. Musimy dbać o to, by przybierała na wadze i by nabierała sił do budzenia się na kolejne posiłki.

Jedziemy do poradni laktacyjnej

Konsultantka laktacyjna waży małą, oblicza dobowy przyrost masy i ocenia, że jest zbyt niski. Zaleca nam wypożyczenie wagi i codzienne ważenie dziecka. Jeśli nie uda nam się osiągać limitu, mamy dokarmiać córkę odciągniętym mlekiem lub mlekiem modyfikowanym. Zbiera mi się na płacz.

W domu jeszcze raz liczę przyrost dobowy i zauważam, że konsultantka się pomyliła. Podzieliła liczbę przez zbyt dużą ilość dni. Tak naprawdę mała jakimś cudem osiąga wymagany przyrost masy. Dzwonię na oddział neonatologii naszego szpitala i z płaczem opowiadam naszą historię. Jestem przemęczona, zdezorientowana, zła. Nie umiem przestać płakać, mimo że przecież nie dzieje się żadna tragedia. Mam zdrowe, śliczne dziecko. Ma ono wspaniałego tatę. Mamy co jeść, gdzie mieszkać. Mam za sobą wspaniały poród bez traumy. Mamy siebie. Nie wiem, co sprawia, że nie mogę się w tym wszystkim odnaleźć. Czy to ten słynny baby blues?

Pani doktor z neonatologii jest zdumiona, że ktoś kazał mi codziennie ważyć dziecko, dokarmiać, że na podstawie wyników z trzech dni zawyrokował, że przyrost wagi jest zbyt niski. Przecież takie ważenie powinno się odbyć najwcześniej po tygodniu. Przecież różnica pięciu czy dziesięciu gramów w którąkolwiek stronę to może być wynik zrobienia kupki. Przecież powinni dać mi spokój i pozwolić po prostu zająć się sobą i dzieckiem. Ze łzami w oczach dziękuję pani doktor. W końcu jest ktoś, kto traktuje nas jak ludzi, a nie maszyny do jedzenia i karmienia.

Noworodek w domu wywraca wszystko do góry nogami

Mała tym razem nie chce spać. Budzi ją każdy szmer, zatem wbrew radom doświadczonych rodziców zaczynamy chodzić

na paluszkach, by mieć chociaż parę chwil dla siebie. Gdy tylko odłożę ją do łóżeczka, budzi się i płacze. I chce jeść! Czuję dziką radość, że w końcu sama zgłasza się na karmienie.

Gdy przechodzimy kolejne, tym razem typowo niemowlęce problemy, mam do nich większy dystans niż w pierwszych dniach życia mojej córki. Zaczyna do mnie docierać,

że poznawanie własnego dziecka to nie tylko wpatrywanie się w jego buzię i doszukiwanie się podobieństw do rodziców i babć. To nie tylko obserwowanie rozwoju, cyklu drzemek i karmień. To przede wszystkim uczenie się, że niemowlę jest istotą nieprzewidywalną i zmienną. Z reguły inną niż reszta dzieci. Wymykającą się poradom, uniwersalnym sposobom polecanym przez nasze mamy, teściowe i poradniki dla rodziców. Z czasem przestaję starać się złapać moją córeczkę w jakieś ramy, opisać za pomocą zasad. Wiem, że najważniejsze to być blisko niej, codziennie obserwować ją i poznawać na nowo.

Więcej o: