1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Niezastąpione?

Powiedziała to prosto i mocno, cytuję: ? dzieci to potężny uzależniacz. We wszystkich innych dziedzinach jesteśmy do zastąpienia, tylko dla dziecka jesteśmy niezastąpione. Można się uzależnić od tego uczucia. Dlatego myślę, że kobiecie łatwo wpaść w pułapkę, która sprawi, że będzie chciała wieść swoje życie za pomocą kolejnych porodów?.
Kto? Justyna Bargielska, poetka i pisarka. Wychlapała tę kobiecą tajemnicę w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów", który ukazał się dawno, ale się zawieruszył i właśnie wpadł mi w ręce. Co to za tajemnica? Otóż poczucie, że jest się NIEZASTĄPIONĄ, to samo sedno macierzyństwa. Czuć się NIEZASTĄPIONĄ to zarazem wielka kobieca frajda, kobieca ściema i potworna pułapka. Narcyzm ofiarnictwem podszyty. Martyrologia i ciastko z kremem w jednym.

Wakacyjny wieczór, połowa lipca, Podlasie. Życie jest piękne, a ja - NIEZASTĄPIONA. Przecież gdybym nie była, nie wytrzymałabym trzech godzin usypiania po długim dniu marudzenia. Buju, buju, pocytaj mi o kopalce, mleczko, buju, poczytaj i tak w kółko do północy. Przyjaciele sączą winko przy ognisku, a ja bujam, czytam, tulę, aż wreszcie słaniając się na nogach, wynoszę moje dziecko na dwór, aby pokazać mu ogień i księżyc w pełni. Robię to nie dlatego, że nikt inny tego zrobić nie może, ale z poczucia, że jestem NIEZASTĄPIONA.

Żadna praca nie da ci tego, co da ci kwilący niemowlak lub marudzący dwulatek. Pewności, że ty i tylko ty wiesz, o co mu chodzi. Przeciągłe mmmaaaammmmooo! napełnia cię błogim poczuciem, że tylko ty zrobisz to odpowiednio. Wysikasz, nakarmisz, przytniesz ten zadarty paznokieć u lewej nogi. Żadna praca ci tego nie da i dlatego (choć oczywiście nie tylko dlatego) tak wiele kobiet na długie lata z pracy rezygnuje. Czy słusznie? Nie oceniam, odnotowuję. Polki pracują zawodowo mniej niż kobiety w reszcie Europy. Wypadanie matek z rynku pracy to nasza norma. Na moje oko kobiety robią to nie całkiem z własnej woli. Ale też nie całkiem wbrew. Tak jakoś samo wychodzi. Zapadają się w dom, nie bardzo wiadomo jak i kiedy. Wiadomo, że na długo. A im dłużej, tym trudniej się wraca.

Poczucie, że jest się NIEZASTĄPIONĄ, wiele kobiet opisuje jako siłę natury, która bez reszty zawładnęła ich życiem. Grom z jasnego nieba, zrządzenie losu, coś, co w najmniejszym stopniu nie zależy od nich samych. Ale jest też coś, czego nie opisują: wielka użyteczność dziecka jako życiowej wymówki. Egzystencjalnej ucieczki. Dziecko świetnie się nadaje na uzasadnienie zarzuconej pracy magisterskiej czy planów zawodowych odłożonych na "niech mi tylko trochę podrośnie".

Już widzę konserwatywne szyderstwa na forum. Czy każda kobieta musi chcieć pracować zawodowo? Czy nie wolno nam spełniać się w macierzyństwie? Jasne, można. Tylko warto sobie zadać pytanie, czy się rzeczywiście chce. Zastanawiam się, ile w tym masowym porzucaniu nauki i pracy jest wyboru, ile konieczności, a ile rezygnacji i samozatracenia?

Łatwo mi przewidzieć pretensje moich sióstr feministek. Sama bym się czepiała tego felietonu. Że Graff obwinia ofiary. Że dyskryminacja, żłobków nie ma, presja kulturowa, migający się od opieki ojcowie. Niby co mają robić matki, skoro rzeczywistość tak jest pomyślana, żeby kobieta rzeczywiście była przy dziecku NIEZASTĄPIONA. Ja na to: prawda, prawda. Ale nie cała prawda.

Znam kilka bardzo smutnych kobiet, którym kilka lat "tak jakoś" przeciekło między palcami. Co więcej, zanosi się na kolejnych kilka. Tu nie było ani wyboru, ani konieczności. Moje znajome mają podrośnięte dzieci. Jedną rodzinę stać na opiekunkę, druga ma w odwodzie chętną do pomocy babcię. A jednak osiadły w domu. Uznały lub dały sobie wmówić, że są tam niezastąpione.

Prawda o kobiecym udomowieniu jest ciut pokrętna. Za mało żłobków - to jasne. Ale jest też kulturowo urobiona psychika. To rozkoszne i zarazem nieszczęsne przekonanie, że jesteśmy NIEZASTĄPIONE, działa trójtorowo, a może trójetapowo. Realne źródło macierzyńskiej udręki (nikt mnie nie zastąpi, a ja się słaniam na nogach), staje się źródłem sekretnej kobiecej rozkoszy (widzicie? nikt mnie nie zastąpi!), a wreszcie potężnym alibi (nikt mnie tu nie zastąpi, więc czuję się zwolniona z wcześniejszych zobowiązań wobec siebie i świata). Pewien mój znajomy dorzuca, że ta kobieca niezastępowalność i bezbrzeżna kompetencja przy dziecku to potężna broń w związku z mężczyzną, maszynka do produkowania poczucia winy i bezradności. No ale o tym to ja już nie napiszę, niedoczekanie. W końcu to mają być felietony feministyczne, prawda?