1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

"Właściciele zatrudniają najtańszy personel, przeciętne studentki..." - rodzice o żłobkach i przedszkolach

Medialne doniesienia o sadystycznych opiekunkach ze żłobka w Żarach i z klubu malucha we Wrocławiu przypominają o konieczności kontroli tego typu miejsc, bez względu na to, czy są to placówki prywatne, czy państwowe. Jak rozpoznać, że dziecku dzieje się krzywda?
Kolejna odsłona sagi o okrutnych opiekunkach z polskich żłobków: tym razem chodzi o pracownice placówki w Żarach (woj. lubuskie), które, jak wykazało nagranie uzyskane dzięki matce dziewczynki uczęszczającej do tego żłobka, stosowały przemoc psychiczną wobec swoich podopiecznych. W październiku ubiegłego roku opinię publiczną zbulwersowało zachowanie sadystycznych kobiet z Wrocławia, które znęcały się nad powierzonymi ich opiece maluchami. Żłobek wrocławski nie podlegał kontroli urzędników, bo nie figurował w rejestrze tego typu placówek, sprawą z Żar już zajmuje się prokuratura.

Czy rodzice powinni podchodzić do żłobków i klubów malucha z podejrzliwością? Niekoniecznie, ale warto być czujnym i obserwować swoje dziecko. Psycholog dziecięcy, Urszula Gierczak, zdradza nam jakie zachowania dziecka powinny wzbudzić nasze podejrzenia, pytamy też rodziców o doświadczenia z przedszkolami i żłobkami - prywatnymi i państwowymi.

Dobrze wykształcona kadra, złe relacje z rodzicami

Przedszkola i żłobki znajdują się w trudnej sytuacji: te państwowe muszą udowadniać, że ich oferta jest konkurencyjna dla prywatnych placówek, a opieka nauczycielek, pomimo dużych grup, nie odbiega jakością od zaangażowania opiekunów w małych elitarnych przedszkolach. Z kolei kluby i przedszkola prywatne funkcjonują w świadomości społecznej jako miejsca dla dzieci snobistycznych rodziców albo maszynki do przynoszenia zysków ich właścicielom.

W obu przypadkach takie opinie są często krzywdzące, a polskie przedszkola, jeśli chodzi o przygotowanie zawodowe nauczycieli, wypadają dobrze na tle innych krajów - wynika z ubiegłorocznego raportu OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, skupiająca 34 wysoko rozwinięte kraje świata). Eksperci z OECD podkreślają jednak, że wykształcenie polskich opiekunów nie obejmuje umiejętności budowania prawidłowych relacji z rodzicami podopiecznych, a to - jak podkreślają - jest obecnie najważniejsze. Skoro dobro dziecka jest najistotniejszą kwestią dla rodziców, spoczywa na nich ogromna odpowiedzialność przy wyborze placówki, do której chcą zapisać dziecko.

Pani przedszkolanka z tipsami

Michał Podemski, mieszkaniec Warszawy, szukał prywatnego żłobka dla swojej córki. Był zaskoczony tym, co zobaczył: - Byliśmy w kilku prywatnych żłobkach i przedszkolach - opowiada. - To był dramat. W jednym byliśmy "klientami, z którymi na pewno podpiszę umowę, bo to dzisiaj czuję, bo dzisiaj jestem kobietą sukcesu" - tak mówiła pani kierownik przedszkola. W innym menu obiadowe przez pięć dni to naleśniki, ryż, pierogi, kluski - wszystko z cukrem i bitą śmietaną, a na pytanie, czy to ich zdaniem jest zdrowe, pani poinformowała mnie, że owszem, bo przecież dzieci jedzą. W jeszcze innym mówiono do nas gwarą, gdzie indziej pani malowała sobie tipsy. Słabo... Myślę, że panie po pedagogice często nie mają nic do gadania, bo właściciele zatrudniają najtańszy personel, czyli przeciętne studentki...

- W końcu najnormalniejsze wydało nam się jedno z przedszkoli prywatnych, które realizuje bardzo popularny w ostatnich czasach program edukacyjny - to taka idea, która często trafia dziś do nowobogackich karierowiczów, którzy chcą brak rodziców w domu zrekompensować dzieciom najlepszym ich zdaniem przedszkolem. - mówi Michał. - Ale utaj szefowe były normalne, choć trochę zdziwione naszą postawą, bo zakomunikowałem, że nie chcę, żeby moje dziecko było geniuszem, tylko chcę, żeby było szczęśliwe - za to niekoniecznie chcę, żeby jadło bitą śmietanę.... Wybraliśmy to przedszkole nie dlatego, że chcemy by nasze dziecko miało lepsze wyniki w nauce, ale dlatego, że ta teoretycznie "dziwna" metoda wychowywania jest paradoksalnie całkiem normalna na tle przaśnych, prywatnych - nawet tych dużych i "firmowych" - klubów malucha.

Wędrówka po warszawskich placówkach okazała się dla Michała rzeczywiście bardzo edukacyjna: - Generalnie te prywatne klubiki i żłobki są bardzo drogie, bo dla ich założycieli są prostym sposobem na zrobienie kasy, ale w większości przypadków tych pieniędzy nie widać i nie wiem na co ona idzie. I to czuć - klubiki znajdują się w poprzerabianych, nieprzystosowanych do tego domach i mieszkaniach. Poza tym wszystkie są monitorowane, co mnie denerwuje, bo ja nie chcę kontrolować dziecka w Internecie, za to chcę mieć pewność, że pani, która się nim zajmuje, robi to dobrze. Tam, gdzie chodzi nasze dziecko, mam tę pewność.

Trauma na całe życie

Agnieszka mieszka w Oświęcimiu. Ma dwie córki i mówi, że ich nigdy nie spotkało nic złego w przedszkolu, sama jednak ma wspomnienie z własnego dzieciństwa, które do dziś wzbudza w niej negatywne reakcje: - Jako dziecko doświadczyłam przemocy od pani w przedszkolu. Pamiętam, jak nie chciałam jeść obiadu i pani dosłownie mną szarpała. Pamiętam to jak dziś i to już pozostanie na całe życie. Efekt był taki, że ten obiad zwróciłam i ona musiała sprzątać. Nawet dzisiaj, kiedy widzę tę kobietę na ulicy, a to już staruszka, zawsze na nią patrzę i pamiętam tylko to - mówi ze smutkiem. To doskonale obrazuje, jak ważne jest to, żeby opiekunowie naszych dzieci byli ludźmi mądrymi, oddanymi pracy.

Wie o tym Iza, której młodsza córka chodzi do żłobka w Krakowie: - Codziennie leci do żłobka, mało co nóg nie połamie - opowiada ze śmiechem. - O jednej opiekunce mówi "moja ciocia Ewa", nigdy inaczej. Dziecko chodzi do żłobka już pół roku i tylko raz zapłakało, że nie chce iść, ale tego dnia w ogóle dużo płakała, miała gorszy dzień. Żłobek jest kameralny, państwowy, w grupie jest 20 osób, maksymalnie chodzi 16. Opiekunki zawsze mówią prawdę: "jest głodna, nie chciała zupy, mało jadła, jest marudna, mało spała". Informują też, że miała karę, bo podrapała inne dziecko albo że inne dziecko ją ugryzło.

Kłamstwa w przedszkolu

Tyle szczęścia nie miało starsze dziecko Izy. - Niania Kuby pracowała kiedyś jako pomoc przedszkolna w przedszkolu syna - mówi. - Zawsze chwaliła nauczycielki, ale o kierowniczce wypowiadała się bardzo źle. Wiem od niej, że dzieci bardzo rzadko wychodziły na dwór, bo to dyrektorka podejmowała decyzję, czy tego dnia dzieci wychodzą. I zwykle miała to gdzieś. Próbowałam zmienić tę sytuację, ale niestety nie udało mi się - dyrektorka zasugerowała mi zmianę przedszkola! Po drodze było też kilka kłamstw, np. syn został dotkliwie pogryziony przez kolegę, a nauczycielki powiedziały mi, że się nie poskarżył. Od dziecka wiedziałam jednak, że zgłosiło to paniom, a agresor został ukarany najcięższą karą, czyli odesłaniem do innej grupy. Okłamano mnie. Syn poszedł w tym roku do I klasy i ani razu od tej pory nie chciał odwiedzić przedszkola, chociaż wielokrotnie mu to proponowałam. Odwiedza za to bardzo chętnie przedszkole obok, w którym ma kilkoro zaprzyjaźnionych dzieci. To o czymś świadczy, prawda?

Placówki tworzą ludzie, a ci bywają różni. Przekonała się o tym Ania, której córka - teraz ośmioletnia - miała nieprzyjemne doświadczenia w jednym z warszawskich przedszkoli publicznych: - Ogólnie przedszkole było fajne, a pani dyrektor kontaktowa - mówi Ania. - Ale trafiła się wredna pani, która była pomocą w maluchach. Moja córka, wtedy 3-letnia, płakała po drzemce przez jakiś czas. Jak wstawała z dziennej drzemki, to najczęściej nie miała humoru. Ale zaraz to przechodziło, a w tamtym okresie przychodziłam ją odbierać o tej porze i słyszałam już przy wejściu jej ryk. W końcu nam powiedziała, że jak płacze po spaniu to pani Ala zamyka ją w łazience! Oczywiście rozmawialiśmy z panią prowadzącą grupę i to się szybko skończyło. Ale córka do teraz nienawidzi imienia Ala....

Intuicja - rzecz ważna

Zanim zdecydujemy się na przedszkole czy żłobek, koniecznie go odwiedźmy. Nie bójmy się zadawać pytań, warto porozmawiać też z rodzicami dzieci, które już uczęszczają do tego miejsca, zebrać opinie wśród znajomych. Martyna podkreśla, że warto też zaufać swojej intuicji: - Szukałam miejsca dla mojej dwuletniej córki i trafiłam do prywatnego klubu malucha - opowiada. - Ładny budynek, duży ogród, śliczne zabawki - to na pierwsze wrażenie. Poszłyśmy tam z koleżanką (z wykształcenia pedagog, mama dwójki maluchów). Po ładnym parterze, poprosiłyśmy o pokazanie piętra - a tam w pustej sali, gdzie dzieci podobno śpią, obie wyczułyśmy papierosy! Zeszłyśmy na dół, dzieci już prawie nie było, tylko w kuchni kręciła się jakaś charakterystyczna, bardzo wysoka kobieta. Sprawiała wrażenie "pani na włościach", ale zupełnie się nie odzywała. Rozmawiałyśmy więc z młodymi dziewczynami, które nas oprowadzały: zapytane przez koleżankę-pedagoga nie umiały powiedzieć prawie nic o metodach pracy z dziećmi, które podobno stosują (informacja z wręczonej ulotki), miały nawet problem żeby podać nazwę studiów, które ukończyły! Tak więc drugie wrażenie było na tyle kiepskie, że żłobek (a prawidłowo - klub malucha, bo to była prywatna placówka) odpadł w przedbiegach.

- Najciekawsze wydarzyło się po kilku miesiącach, kiedy przez znajomych poznałam miłą dziewczynę, którą zatrudniłam jako animatorkę dziecięcą na kinderbalu. W rozmowie okazało się, że zna okolicę, bo pracowała przez miesiąc na próbę w tym żłobku! I powiedziała mi co nieco, jak wyglądały realia, kiedy za rodzicami zamykały się drzwi: dzieci bawiły się tylko w jednej sali, żeby nie brudzić w całym budynku, używały tylko części zabawek, żeby nie zniszczyć wszystkich (zdarzały się np. samochodziki bez kółek, za to z wystającymi prętami albo malutkie zabawki z jajek-niespodzianek). Wysoka kobieta widziana w kuchni to właścicielka placówki, która mieszka na samej górze domu, ale pytającym o nią rodzicom zawsze każe mówić, że jej nie ma... Rodzice odbierający swoje dzieci zawsze słyszą, że spały i jadły, niezależnie od tego czy to prawda. Ona oczywiście nie chciała tam pracować dłużej, ale taka też była metoda, żeby po miesiącu zatrudniać na próbę, za małe pieniądze, kolejne dziewczyny.

Czy dzieje się coś złego?

Rodzice muszą być dobrymi obserwatorami. Urszula Gierczak, psycholog dziecięcy, wyjaśnia, jak rozpoznać, że z chodzącym do żłobka dzieckiem dzieje się coś niedobrego: - Jeśli po kilku miesiącach adaptacyjnych reaguje histerycznym płaczem na widok pani, to często jest to powód do niepokoju - ostrzega. - Powinniśmy też wzmóc czujność, jeżeli zachowanie dziecka się zmieniło, jeśli np. wcześniej było pogodne i energiczne, a zrobiło się apatyczne i osowiałe. Malutkie dzieci często reagują na stres objawami somatycznymi, słabym apetytem, biegunkami. Czasem obniża się też odporność dziecka i zaczyna często chorować, ale tu trzeba uważać, bo dzieci w ogóle częściej chorują, kiedy zaczynają chodzić do żłobka czy przedszkola. Oczywistą wskazówką dla rodzica, że opieka nie jest na dobrym poziomie, to np. częste siniaki czy odparzone pupy - w takim wypadku wiadomo, że opiekunowie nie poświęcają dzieciom należycie wiele uwagi. Może też nas zaniepokoić nocny płacz czy zaburzony rytm dnia w weekendy. Czasem dziecko, które ma słabą opiekę dorosłych, może nawet przejawiać symptomy choroby sierocej: dzieci dostarczają sobie bodźców, np. przez kołysanie -załóżmy, że maluch musi długo siedzieć w krzesełku i brakuje mu ruchu, będzie wtedy szukał bodźców właśnie w taki sposób.

Pewną trudność w ocenie zachowania dziecka może powodować okres, w którym dziecko przyzwyczaja się do rozstania z rodzicami i do nowego miejsca. - Adaptacja może przebiegać różnie - wyjaśnia Urszula Gierczak. - Jeśli dziecko ma duży temperament, jest odważne i łatwo nawiązuje kontakty z dorosłymi i innymi dziećmi, a nagle zaczyna reagować płaczem i wycofaniem na przedszkole, to po 3-4 miesiącach możemy uznać, że to nie jest już kwestią okresu adaptacyjnego, że przyczyna jest inna. W przypadku dzieci nieśmiałych wydłużyłabym ten okres do 6 miesięcy. W przypadku przedszkolaka częstą reakcją na coś złego jest ból brzucha - jeśli nasze dziecko przed wyjściem do przedszkola często skarży się ból brzucha, przyjrzyjmy się temu uważnie. Niepokojące mogą też być koszmary senne czy to, że dziecko nie chce opowiadać o tym, co działo się w przedszkolu. Często pojawia się też moczenie nocne.

Wierzmy dzieciom

Moment, w którym posyłamy dziecko do żłobka czy przedszkola jest przełomowy z kilku powodów. Po pierwsze oznacza przekazanie opieki obcej osobie, często po okresie, w którym to matka, czasem ojciec, byli głównymi opiekunami i mieli wpływ na wszystkie decyzje dotyczące rytmu dnia dziecka, jego zajęć, pory drzemek czy diety. W takiej sytuacji trudno jest oddać kontrolę trzeciej osobie i obdarzyć ją zaufaniem. Po drugie dziecko na początku często źle reaguje na rozstanie z rodzicem, a to trudne doświadczenie dla każdej matki i ojca. Z jednej strony nie lubimy oddawać władzy nad ważnymi aspektami naszego życia obcym, z drugiej musimy wracać do życia zawodowego i zdajemy sobie sprawę z wagi edukacji przedszkolnej dla prawidłowego rozwoju dziecka.

Źli opiekunowie zdarzają się - tak samo, jak zdarzają się źli rodzice, lekarze, trenerzy czy księża. Na szczęście dla dzieci nie zdarzają się często. Obowiązkiem dorosłych jest rozpoznanie sytuacji i objawów wskazujących na to, że z dzieckiem dzieje się coś niepokojącego. Bardzo złe historie, jak ta z Wrocławia, nie są normą i to należy podkreślać. Tych dobrych historii jest więcej. Nie chodzi o wzbudzenie w sobie lęku przed posłaniem dziecka do żłobka czy przedszkola, trzeba tylko dokładnie przyjrzeć się placówce, którą wybieramy, bo nasze dziecko będzie spędzać tam większość swojego czasu. Trzeba być czujnym, ale nie spodziewać się najgorszego.

- Zawsze reagujmy, jeśli dziecko sygnalizuje nam, że dzieje się coś niewłaściwego. Taki maluch nie ma powodu, żeby zmyślać. Niekoniecznie nawet musi doświadczać czegoś złego, może być tylko świadkiem niewłaściwych zachowań. W każdym przypadku musimy zareagować: wyjaśniać i obserwować. Przyczyn zmian w zachowaniu dziecka może być milion. Zapytajmy dyrekcji czy możemy przyjść do żłobka czy przedszkola w trakcie jego pracy, żeby popatrzeć i poobserwować. Sprawdźmy czy placówka zatrudnia psychologa, pójdźmy na jego dyżur, opowiedzmy o sytuacji i poprośmy o obserwację. Psychologowie są po stronie dziecka, nie ma się czego obawiać. A najważniejsze: ufajmy naszym dzieciom, słuchajmy uważnie i reagujmy - podkreśla Urszula Gierczak.

Więcej o:
Komentarze (36)
"Właściciele zatrudniają najtańszy personel, przeciętne studentki..." - rodzice o żłobkach i przedszkolach
Zaloguj się
  • de_la_hoya

    Oceniono 105 razy 91

    hmmm wykształcone panie w żłobku to ciężka sprawa... nie dlatego, żeby wszyscy oszczędzali ale np dlatego, że taka pani może zaśpiewać dzieciom, popaćkać się z nimi farbami ale żeby przewinąć albo nakarmić?
    - ja nie po to studia kończyłam aby się w gó...e babrać...
    typowy tekst
    a kto ma te dzieci przewinąć czy nakarmić?
    to ja już wolę panią bez skończonej pedagogiki ale mającą ponad 15 lat doświadczenia w pracy z dziećmi
    panią która jak się objawia w drzwiach to dzieci wyciągają do niej ręce i nie mają problemu z rozstaniem z rodzicem
    niestety często problemy stwarzają sami rodzice...
    jak to nie zjadł zupy? nie umie go pani przekonać żeby zjadł?
    jak to byli na spacerze? przecież lato się skończyło i zaraz się syn przeziębi... proszę jego nie brać na spacery
    poszła spać o 10? w domu śpi zawsze od 11... proszę ją kłaść o 11, bo MI pani cały plan dnia zaburzy...
    i co my mamy robić? karmić na siłę, nie wyprowadzać na spacer mimo ładnej pogody i nieprzytomne dziecko przez godzinę przetrzymywać żeby było jak rodzic sobie życzy?
    oczywiście możemy mówić, że zjadł, nie był na dworze i spał od 11 ale po co?
    pewnie zdaniem wielu rodziców pani z 10 fakultetami z pedagogiki by go namówiła do zjedzenia albo spania na zawołanie :P
    dzieci to nie roboty i nie da się ich zaprogramować
    nie da się wszystkich zadowolić

  • polujacy_na_kaczki

    Oceniono 28 razy 26

    To już prawie standard w Polsce. Pracodawcy zatrudniają najtańszych pracowników przekonani, że przy dużym bezrobociu nawet najlepsi pracują za najmniej, a najgorsi jak najlepsi. Niestety tani pracownik to ZAWSZE kiepski pracownik. Tak jest w żłobkach, sklepach, fabrykach i biurach.

  • 5agnihotra

    Oceniono 22 razy 22

    też jestem rodzicem i rozumiem że każdy chciałby dla swojego dziecka jak najlepiej.
    ale prawda jest taka, że szukają wszyscy najtańszych placówek a oczekują cudów.

    np. 800 pln za miesiąc za dzieciaka to średnia cena we Wrocławiu,
    opiekunka jedna na 8 dzieci max - daje nam 6400
    minus wypłata tej pani - a ile będzie chciała dobrze wyszkolona osoba ?
    minus koszty wyżywienia dzieciaków
    minus czynsz, energia, remonty itp

    i zarobić właściciel musi jeszcze

  • troll_bagienny

    Oceniono 67 razy 19

    Znajomy, pracujący w komisji rekrutacyjnej na UW i egzaminujący kandydatów na pedagogikę opowiadał, że większość panienek, które wybierają ten kierunek, pochodzi z głębokiej prowincji i schemat ich postępowania wygląda następująco: na egzaminie pojawia się taka szara myszka, zahukana, smutna, przerażona, ale obkuta z tematu, jak się patrzy. Po pierwszym roku, jak taka dziewuszynka zwykle przepoczwarza się w pewną siebie studentkę pełną gębą, zmienia fryz, ciuchy i rozgląda się za chłopakiem, który ma mieszkanie w stolicy, żeby na dobre zapuścić korzenie i ustawić się w życiu. Studia są tylko środkiem do wyrwania się z zapyziałej dziury i złapania męża, powołanie towarzyszy studiom na tym kierunku znikomej liczbie kandydatek (ewentualnie kandydatów, ale faceci, wiadomo, stanowią tu mniejszość). To podobno od razu widać już na rozmowie kwalifikacyjnej, która jest elementem procesu rekrutacyjnego - piszę o sytuacji sprzed reformy, bo teraz, jak wiadomo, nie ma egzaminów na studia, tylko liczą się punkty na podstawie świadectw maturalnych, można zatem przypuszczać, że odsiew jest jeszcze mniejszy, a zatem prawdopodobieństwo wypuszczenia dyplomowanego pedagoga, który z braku laku wybrał taki, a nie inny zawód, drastycznie wzrosło. Piszę to, jako osoba, której połowa rodziny, a także tzw. przyjaciele domu i znajomi pracują od lat w systemie edukacji. Moja ciotka, która jest przedszkolanką powiedziała wprost, że nie lubi dzieci, a jest przedszkolanką i to po kilku fakultetach. Ja sam pamiętam z dzieciństwa, że panie w przedszkolu nie dawały mi pić do śniadania i obiadu, żebym nie sikał, zamiast nauczyć mnie korzystać z toalety. Dodam, że w tamtych czasach (początek lat 80-tych) zdarzało się, że podczas leżakowania lub zajęć dydaktycznych dzieciaki nie mogły ot tak wyjść do toalety, był rygor, zmuszanie do jedzenia (moim koszmarem był kurczak i zupa mleczna z kluskami, które to potrawy wmuszano we mnie tak, że rzygałem dalej, niż widziałem, a potem stałem za karę w kącie). Pamiętam moją obsesję na punkcie picia, a raczej tego, że było reglamentowane, zwłaszcza latem, kiedy upał doskwierał, a my byliśmy akurat w przedszkolnym ogrodzie, dobijało mnie, że przysługuje każdemu tylko jeden kubek kompotu, dziś to nie do pomyślenia, żeby dziecko nie mogło się napić, kiedy ma na to ochotę, 30 lat temu ograniczano nam nawet to. Taka "trauma" z dzieciństwa sprawiła, że dziś nawet zupę potrafię popijać wodą albo herbatą, a idąc dokądś z moimi dziećmi przed wyjściem z domu szykuję napoje dla nich i dla siebie. Podświadomie boję się, że zachce mi się pić, a nie znajdę miejsca, w którym będę mógł ulżyć pragnieniu. Brzmi śmiesznie, ale takie są skutki chorych zwyczajów, jakie były kiedyś w przedszkolach w siermiężnej komunie. Przedszkole istnieje do dziś, trafiła tam moja starsza córka, ale szybko ją stamtąd zabraliśmy, bo choć upłynęły trzy dekady, klimat jakby ten sam. Moje 3-letnie dziecko kiepsko integrowało się z otoczeniem, panie z beztroską stwierdziły pewnego razu, że młoda płacze, a one czekają, aż jej samej przejdzie i mierzą jej czas, rekord, to nieprzerwany ryk przez pół godziny. Przykre. Zawsze znajdzie się jakaś zołza, która sprawi, że dzieciak ma potem wspomnienia, jak z kolonii karnej. Na Onecie był swego czasu program o przedszkolankach i wiecie, że te panie obrażają się na to określenie? Bo przecież "magistra" mają...

  • dafaq

    Oceniono 12 razy 12

    Większość ludzi pewnie nie pamięta, ale...
    Do przedszkola chodziłam w połowie lat 80. Pamiętam dużo przykrych rzeczy. Dzieci płaczące i opiekunki w ogóle nimi nie zainteresowane - z tekstem "a co mnie to obchodzi" na uwagę jednej dziewczynki, że druga płacze. Pamiętam chłopca, który dużo płakał więc cały czas na niego krzyczano. Kiedyś nie mógł się załatwić przed leżakowaniem (pewnie z nerwów) to kobieta na niego wrzeszczała i groziła, że zdejmie mu majtki przy całej grupie. Oczywiście szarpanie i klapsy były na porządku dziennym. Tak naprawdę niewiele się zmieniło.
    Myślę, że przy małych dzieciach wychodzi z ludzi, kim są naprawdę. Bo myślą, że nikt nie będzie pamiętać i nikt się nie dowie.

  • seth.destructor

    Oceniono 21 razy 11

    No cóż, wolny rynek=wolnoamerykanka.
    Dla mnie najlepsza będzie historia o przedszkolance córki mojej kuzynki, która była wiecznie oburzona i skarżyła się rodzicom dziecka, że "córka pierdzi przy pani".

  • bbb52

    Oceniono 22 razy 10

    tak, tylko że znam przedszkole, gdzie pani psycholog jest najlepsza przyjaciółą dyrektorki. I ponoć jedno z dzieci popadłszy w niełaskę pań i ciągle karane wpadło w wieku 4 lat w głęboką depresję szkolną (zdiagnozowaną przez psycho spoza przedszkola). No i tam nie jest tak, że "psycholog zawsze stoi po stronie dziecka"

  • zlotabeczka

    Oceniono 9 razy 9

    Ja pracowalam przez rok w 'najlepszym' przedeszkolu w Irlandii i pomimo, ze bylo to miejsce zadbane i pieknie urzadzone, a pracownicy wyksztalceni, aktywni - wszyscy uciekali z niego po kilku miesiacach. Dlaczego? Przede wszystkim grupy byly przepelnione, co niestety przekladalo sie na wiekszy stres wsrod dzieci jak i wychowawcow. Kiedy zdarzal sie jakikolwiek problem, wychowawcy mieli wytyczne poinformowac o nim rodzicow w jak najbardziej pozytywnym tonie, czyli po prostu zakamuflowac czy zataic. Zadnej pomocy 'z gory'. Kiedy odchodzilam, rozmawialam z rodzicami otwarcie (w tym samym czasie odeszly z pracy 3 inne osoby) i oni przyznawali, ze gdyby mieli inne wyjscie, to przeniesliby swoje dzieci do innego przedszkola. Dodam tylko, ze wiekszosc wychowawcow, ktora odeszla, znalazla prace w domach swoich 'bylych' wychowankow. Po roku dowiedzialam sie, ze rodzic jednej dziewczynki, ktora zostala ktorys raz z kolei pogryziona przez chlopca, ktorego przez miesiace przenoszono z jednej grupy do drugiej (miala to byc pomoc pedagogiczna) - zagrozil podanie przedszkola do sadu. Co na to menagament? Oskarzyl on jedna z pracownic o niedopilnowanie. Dodam tylko, ze byla ona wspolwychowawczynia grupy liczacej 20 dzieci, w malym pomieszczeniu bez okna...., ale za to z klimatyzacja. Pracowalam pozniej w innym prezdszkolu - malym, gorzej wyposazonym, troche mniej zadbanym, ale w zupelnie innej atmosferze. Wszyscy sie tam znali, wszyscy sobie pomagali, nie bylo tam zadnych dziwnych regul, wlascicielka, kiedy trzeba bylo - pracowala na zastepstwo za przedszkolanke czy kucharke. Wybierajac placowke dla swojego dziecka nalezy wiec kierowac sie nie tylko ladna otoczka, ale rozmawiac szczerze z pracownikami (nie tylko z kierownictwem), wypytac o liczbe dzieci we wszystkich grupach wiekowych, a jezeli ma sie okazje - zagadnac jakiegos rodzica. A jezeli juz sie wybralo przedzkole - uwaznie przygladac sie sytuacji w nim, jak i stanowczo reagowac na wszelkie niedociagniecia - nie u wychowawcow, ale u kierownikow, a nawet wyzej. Niestety, szarzy pracownicy czesto nie maja wplywu na to, co sie dzieje w placowce - dostaja bowiem wytyczne, do ktorych musza sie podporzadkowac, aby zachowac prace albo, odchodza, widzac ze nie sa w stanie nic zmienic.

  • oczy123

    Oceniono 8 razy 8

    to tak samo jak w WYBORCZEJ

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX