1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Kary do lamusa? "Kiedyś wychowywaliśmy dzieci tak, że przełamywaliśmy ich wolę". Teraz jest inaczej [WYWIAD]

Czy karny jeżyk to rozwiązanie wszystkich problemów? Jak wychowywać bez kar i co z nagrodami? Z Jarkiem Żylińskim, psychologiem wychowawczym, rozmawia Karolina Stępniewska.
Karolina Stępniewska: Karny jeżyk to było dla Polaków objawienie: jakież to łatwe, jakież skuteczne i jaka miła alternatywa dla kąta!

Jarek Żyliński: - Tyle że on tak naprawdę nie różni się od kąta! To dokładnie to samo, tyle że nie jest tak mocno naznaczone negatywnymi skojarzeniami. Nie widzę w tym objawienia. Z jednej strony mamy tu karę, która jest bardzo problematyczna w relacji z dzieckiem, a z drugiej wyciszenie - to jedyny walor karnego jeżyka.

Kiedy dziecko jest rozedrgane, bo sobie z czymś nie radzi albo z kimś się kłóci, odczuwa wielką złość. Wtedy wyciszenie się przydaje, mówi dziecku w ten sposób: to w porządku, usiądź sobie, porysuj, wykrzycz złość, poradź sobie z tymi emocjami, bo teraz się nie dogadamy.

Spotykam się też z radami, żeby przytulić takie nieradzące sobie z emocjami dziecko. Że to mu pomoże się właśnie wyciszyć.

- Przytulanie pomaga prawie każdemu człowiekowi, chyba że ma nadwrażliwość dotykową. Ale jeśli przytula nas osoba, na którą jesteśmy wściekli, możemy nie mieć na to ochoty. Nic więc dziwnego, że dziecko może czasem odepchnąć przytulającego rodzica.

Z drugiej strony wpadnie w straszną panikę, jeśli rodzic, który jest opoką bezpieczeństwa, będzie chciał wyjść z pokoju i zostawić je same ze złością. Karny jeżyk jest właśnie zabraniem poczucia bezpieczeństwa, bo rodzic zostawia dziecko same. To po prostu wkurza lub przeraża!

Czyli karny jeżyk jest nieskuteczny?

- W jego przypadku działa po prostu straszenie: za chwilę stanie się coś, czego bardzo nie lubisz. Ze strachu dziecko jest w stanie wspiąć się na bardzo wysokie wyżyny samokontroli, ale kiedy to się już dzieje często jest to jeszcze bardziej wkurzające. Mamy tu więc relację opartą na strachu. Rodzic jest pierwszą ważną osobą w życiu dziecka i to na podstawie swoich relacji z rodzicem dziecko uczy się tego, jak wyglądają relacje z ważnymi ludźmi. A tu - w takiej relacji miłości - pojawia się kara niosąca smutek, strach, złość...

Mówił pan jednak, że wyciszenie to dobry pomysł.

- Ale wyciszenie w takiej formie, że odcinamy dziecko od tych wszystkich rzeczy, które stresują, a rodzic siada gdzieś obok i często sam musi się też uspokoić i wyciszyć. Nie ma tu dramatu porzucenia, które tylko dokłada złych emocji. Dziecko i rodzic nadal są blisko.

To co robić? Tłumaczyć?

- Ależ skąd! Dobrze wiemy, że trzylatek nie zrozumie. Najskuteczniej każdy człowiek uczy się przez doświadczenie. Jeżeli widzę, że coś mi się nie opłaca, to tego nie zrobię.

O, ale tu kłaniają się kary: nie opłaca mi się, bo dostanę karę.

- Tak, ale w momencie, kiedy zniknie kara, to zniknie też motywacja do nierobienia tej rzeczy. Byłem kiedyś świadkiem takiej ślicznej sceny: trzyletnie dziecko mocno przytulało roczną siostrę. Widziałem, że zaraz coś się wydarzy, bo to było naprawdę mocne przytulenie. Patrzę na rodziców, a oni nic. W końcu ten roczniak odepchnął brata i zaczął krzyczeć. I w tym momencie rodzice powiedzieli do trzylatka: "Zobacz, jak za mocno ściśniesz, to Twoja siostrzyczka krzyczy. Nie chce tego". I w taki sposób dziecko widzi jasny mechanizm. Może będzie potrzebowało zobaczyć go jeszcze 10 razy, ale tylko w ten sposób czegoś się nauczy. Jeśli dziecko zrozumie, że agresywne zachowania sprawiają, że dzieci nie chcą się z nim bawić, nauczy się czegoś wartościowego.

To wymaga czasu. Nic dziwnego, że pojawia się pokusa, żeby to przyspieszyć i po prostu dać karę.

- Ale niczego w ten sposób nie przyspieszymy! Z karami jest tak, że one owszem, są skuteczne, ale w taki sposób, że tu i teraz dziecko bojąc się kary, czegoś nie zrobi. Tak działa kara. Ale to wcale nie znaczy, że się tego nauczy. W momencie, kiedy tej kary nie będzie, znowu to zrobi.

Uczenie się wymaga tego, że dziecko popełni kilka błędów, może nawet odczuje konsekwencje swojego postępowania. Przy karach nie uczy się zachowań, tylko unikania kary.

Cwaniactwa?

- Tak. Chociaż może nie nazwałbym tego cwaniactwem, bo dziecko ma inny poziom moralny. Kłamstwo, unikanie czegoś to raczej mechanizm uczenia się i zdobywania doświadczenia. Działa? Robię. Nie działa? Nie robię.

Czyli musi zrozumieć?

- Ale tu znowu włącza nam się chęć tłumaczenia...

Tak. Trudno uniknąć takich pogadanek.

- Oczywiście, że tak, bo mamy pokusę, żeby dziecku tłumaczyć świat: usiądź sobie teraz, a ja ci opowiem. Przedszkolak tego raczej nie zrozumie, chociaż można wypróbować taką fajną metodę: tłumaczymy coś dziecku, a później pytamy, czy rozumie. Czasem ono dla świętego spokoju przytaknie, ale czasem przyzna, że nie. Możemy poprosić, żeby nam to powiedziało swoimi słowami albo - jeszcze lepiej - pokazało to np. na misiu. Niech ta wiedza od razu pójdzie w obieg, żeby dziecko jej doświadczyło.

Samo tłumaczenie nie ma przełożenia na wiedzę, a potem rodzic lata za tym dzieckiem i jęczy: "A nie mówiłem, a nie mówiłem?!". Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli rodzic mówi: "100 razy ci mówiłem", to może warto się zastanowić, kto wolniej się uczy - dziecko czy on? Może już najwyższa pora, żeby rodzic zrozumiał, że to nie ma sensu?

A co, jeśli dziecko bije innych? Czytam w poradnikach, że nie powinno się wchodzić w taką awanturę z hasłem: "nie wolno bić", tylko powinniśmy nazywać emocje dziecka, mówić rzeczy w rodzaju: "widzę, że jesteś zdenerwowany". Ale co jeśli ja tak nie chcę? Jeśli chcę dać dziecku jasny przekaz: "Nie bijemy. Nie zgadzam się na bicie"?

- Przede wszystkim rodzic musi gwarantować dzieciom bezpieczeństwo, więc to jest oczywiste, że jeśli dzieci się biją, powinien zainterweniować i przerwać tę bójkę. Ale to też jest moment, w którym dzieci mogą się czegoś nauczyć i jeśli rodzic wchodzi w ten konflikt w roli sędziego to uruchamia się kombinowanie, w jaki sposób przedstawić sytuację, żeby wyszło na moje. W sądzie nie myślimy o intencjach i o tym kto czego chce, tylko myślimy o tym, jak przekonać sędziego, że nasza racja jest lepsza. I tak samo jest w przypadku rodzica-sędziego.

Dobrze, czyli najpierw zapewniamy bezpieczeństwo, a później co? Nazywamy jego uczucia?

- Dobrze jest je nazywać, bo taka umiejętność jest bardzo przydatna ludziom, pozwala nam mówić, co czujemy, rozładowywać napięcia itd. W tej sytuacji, kiedy rodzic chce powiedzieć "nie wolno bić" i mówi "widzę, że się złościsz", brakuje mi jeszcze trzeciej rzeczy: informacji, co można zrobić, jak się złościmy. "Nie możesz bić brata, kiedy się złościsz, ale możesz..." i tu rozkładamy wachlarz możliwości.

Niektórzy radzą, żeby w sytuacji, kiedy dziecko bije, wzięło poduszkę i to ją uderzało. Czy to ma sens, czy może wzmacnia zachowania agresywne?

- Nie chcę się w to wtrącać ponieważ każdy człowiek jest inny. To nie sprawa psychologa, co to dziecko robi. Pytanie jest do rodzica: czego ty chcesz? Co chcesz, żeby Twoje dziecko robiło ze swoją złością? Jeśli chcesz, żeby wyładowywało ją w sposób sportowy, przez sztuki walki - bicie poduszki jest tego elementem. Jeśli chcesz, żeby się wyciszało - spróbuj z rysunkiem, muzyką.

Może sam rodzic poszuka po prostu tego, co działa na jego dziecko. Każdy ma swoją własną strefę uspokajania się i trudno z góry podać metody, które działają na wszystkich.

Byłoby jednak pięknie, gdybyśmy mogli dostawać gotowe rozwiązania.

- Tak, ale właśnie dlatego ciągle się spieramy o to, która metoda jest najlepsza, bo jej po prostu nie ma. Jesteśmy różnymi ludźmi, różnymi rodzicami, każdy z nas ma inne cechy i nie ma dobrych metod, są cele wychowawcze. Takim celem wychowawczym może być dla rodzica to, w jaki sposób chce, żeby jego dziecko radziło sobie z emocjami. Jedni powiedzą: chcę, żebyś był twardzielem, a ktoś inny: chcę, żebyś mi opowiedział o swojej złości. A jeszcze ktoś inny powie: chcę, żebyś poszedł z tą złością w samotność, porysował, posłuchał muzyki, pobiegał.

Każdy z nas ma swoją indywidualną strategię radzenia sobie ze złością. A poza tym dziecko obserwuje też rodzica i tego, jak on sobie radzi ze złością. Często go w tym naśladuje.

Ten czas, kiedy małe dziecko wyraża wszelkie negatywne emocje histerią i płaczem, jest szalenie trudny dla dorosłych. Niełatwo jest wtedy powstrzymać się od powiedzenia: "Porozmawiamy, jak przestaniesz płakać".

- Ale to nie jest złe hasło, jeśli tylko nie ma w sobie rozkazu. To znaczy po prostu "wyrzuć z siebie emocje, a jak się już uspokoisz, będziemy mogli porozmawiać".

Kiedyś wychowywaliśmy dzieci tak, że przełamywaliśmy ich wolę. Trafiłem na podręcznik do pedagogiki z lat 70. i jednym z pierwszych zdań było: "Na początku pracy z dzieckiem trzeba złamać jego wolę". To jest możliwe, można to zrobić, pytanie tylko, czy tego chce rodzic? Czy chce, żeby dziecko nie wyrażało swoich emocji?

Pozwalamy teraz dzieciom więcej o sobie mówić, być bardziej samodzielnymi, stanowić o sobie i myślę, że większość rodziców chce, żeby ich dzieci mówiły, czego chcą. Jeśli rówieśnicy będą ich zachęcać do palenia papierosów lub brania narkotyków, to chcielibyśmy chyba, żeby nasze dziecko powiedziało, co o tym myśli, prawda? Więc powinniśmy dać im to robić wcześnie. Dojrzewamy jako społeczeństwo do tego, bo kiedyś byliśmy konsekwentni w negatywnym tego słowa znaczeniu: dziecko wiedziało, że nie ma się co stawiać.

Czyli jednak "popłacz sobie" zamiast "nie płacz"?

- Tak. Rodzice powtarzają zawsze "nie płacz", a ja mam ochotę wtedy powiedzieć: zobacz, z twojego dziecka właśnie wylewają się emocje, czy naprawdę chcesz je wsadzić z powrotem? Czy chcesz, żeby to, co się z nim działo było w środku, czy na zewnątrz? Czasem rodzic może właśnie tego chcieć. To jego sprawa, jego cel wychowawczy. Ale jeśli chce, żeby te emocje buzowały w środku, to dobrze, żeby też wiedział, jakie są tego konsekwencje. Ale znowu: to jego sprawa, ja się już tego nie dotykam. Oczywiście nie jest dobrze, kiedy dziecko płacze. Ale chodzi o to, żeby zająć się przyczyną tego płaczu, a nie samym płaczem.

Jak bardzo jesteśmy refleksyjni w swoim rodzicielstwie?

- Bardzo często koncentrujemy się na tu i teraz. Zaletą kar i nagród jest to, że działają od razu. Jeśli kogoś obchodzi tylko teraźniejszość, to mówię: proszę rodzicu, idź w kary i nagrody, masz zapewniony efekt tu i teraz. Jeżeli chcemy, żeby to, czego dziecko się nauczy, obowiązywało przez najbliższych 90 lat, to musimy stać się bardziej refleksyjni. I ta długofalowość myślenia może spowodować, że rodzic zrezygnuje z kar i nagród, i zadba o to, żeby dziecko po prostu rozumiało, co się dzieje dookoła niego i czemu nie warto pewnych rzeczy robić, a czemu niektóre są dobre.

Trzeba jasno powiedzieć, że ten problem rodzica, że to wszystko nie działa na dziecko od razu, to prawda, ponieważ dziecko musi czasem doświadczyć czegoś 10 czy 20 razy, żeby się tego nauczyć. Kilka razy będziemy musieli wziąć jego emocje na siebie i je znieść. Ale z czasem nie będzie potrzeby szafowania karami i nagrodami. Poza tym, kiedy dziecko zauważy, że nie interesuje nas walka o władzę, że nie chcemy go zamknąć w klatce, będzie bardziej skłonne posłuchać tego, co mamy mu do powiedzenia.

Czasem odnoszę wrażenie, że kary i konsekwencje są ze sobą mylone. Słyszę na przykład, jak ktoś mówi: "My wychowujemy bez kar, u nas są tylko konsekwencje zachowań". Ale jeśli tą konsekwencją niepożądanego zachowania jest to, że nie przeczytam dziecku bajki, to moim zdaniem nie różni się to niczym od kary. Czy nie jest to tylko inna nazwa tego samego środka?

- Konsekwencja to naturalny ciąg wydarzeń, który z czegoś wynika. Konsekwencją nieodpowiedzialnej zabawy samochodzikiem, może być jego zepsucie. Konsekwencją wrzasku nad uchem rodzica może być jego złość. Emocje drugiego człowieka też są konsekwencją. Konsekwencją uderzenia braciszka, jest to, że go teraz boli, że płacze, nie chce się bawić. Natomiast wszystko, co dokładamy z zewnątrz, co jest dodatkiem, to już jest kara. Kiedy rodzic chce wiedzieć, czy stosuje kary, czy podąża za konsekwencjami, to zadaję pytanie: w jaki sposób ta konsekwencja odbywa się w rzeczywistym czasie bez udziału drugiego człowieka? Druga osoba jest wkurzona? Jest konsekwencja. Druga osoba wyłącza nam bajkę? Jest kara.

A taki przykład: dziecko ma złe stopnie, więc nie może oglądać telewizji, bo musi się uczyć. Konsekwencja?

- Telewizja nie ma żadnego naturalnego związku z ocenami.

A to, że musi się uczyć? To już konsekwencja złych stopni?

- Nie! Zupełnie nie. To raczej złe stopnie są konsekwencją tego, że dziecko się nie uczyło. Konsekwencje następują po fakcie, więc konsekwencją tego, że dziecko ma złe stopnie może być to, że nie zda do następnej klasy lub złość rodzica, jego niepokój.

A co z taką sytuacją: wieczór, robi się coraz później, mówimy dziecku, że pora posprzątać zabawki, bo inaczej nie wystarczy czasu na wieczorne czytanie. Ono nie sprząta, tego czasu nie ma. Czy nieprzeczytanie tej książki to w tym momencie kara? Przecież ostrzegaliśmy, że tak będzie?

- Widzę tu jakąś formę umowy czy handlu. A w ogóle to diabeł mnie kusi, żeby tu poruszyć inną kwestię: a o co chodzi z tym pokojem? To nasz pokój? Jeśli nie posprząta, najwyżej zniszczy zabawki. W ten sposób może samo nauczy się sprzątać, bo coś mu się zgubi lub zepsuje.

Nie ma lepszej metody uczenia wartości danego przedmiotu niż podarowanie go na własność. Jeśli coś jest moje, to ja mogę z tym zrobić, co tylko chcę. Ale jeśli damy dziecku samochodzik, a ono go rozdepcze, nie będzie już mogło się nim bawić. Jeżeli rodzic daje dziecku zabawkę, widzi, że ono zabiera się do jej zepsucia i mówi "zabieram ci tę zabawkę, bo ją zepsujesz" to jest to jego zabawka, a nie dziecka.

Ale jak wychowywać bez kar? Jak nauczyć właściwego zachowania?

- Chcemy, żeby dziecko było kiedyś dorosłym człowiekiem. Dorośli ludzie funkcjonują bez używania kar i nagród - bazujemy na tym, że wiemy, że pewne zachowania po prostu nam się nie opłacają i od tego zależy, czy je zrobimy, czy nie. Dziecko funkcjonuje dokładnie w ten sam sposób, nawet w bardziej czystej formie, bo na początku jest wolne od ocen i nawyków. To, co rodzic może dla niego zrobić, by wdrożyło się w to, jak świat działa, to pokazywać mu, co mu się opłaca, a co nie. I większość rzeczy, które dzieci robią i za które chcielibyśmy je ukarać, są nieopłacalne. Czasem dziecko musi coś sprawdzić pięć razy - to prawda. To nie działa od początku. Ale z czasem to zrozumie.

Drugi etap, który jest istotny: trzeba być mocno wyczulonym, żeby nie stosować szantażu emocjonalnego, ale dać sobie przyzwolenie na to, żeby dziecku pokazać, jakie konsekwencje emocjonalne ma coś, co robi. Czyli jeśli robisz coś przeciwko mnie, rodzicowi, to jestem zdenerwowany. Każdy człowiek dobrze wie, że nie warto jest wkurzać osób, które kochamy, bo wtedy nie jest zabawnie. Dzieci nie lubią, kiedy jesteśmy zdenerwowani. Chyba że mamy taką sytuację, że rodzic w ogóle nie okazuje emocji - wtedy oczywiście dziecko będzie w różny sposób próbowało je wywołać. Ale to inna sprawa.

Jest też tak, że jeśli dziecko nie jest w relacji walki o władzę nad decyzjami dziecka, to jest ono bardziej skłonne ufać rodzicowi i posłuchać go. Wtedy czasami, w sytuacjach kluczowych, można powiedzieć: zaufaj mi, bo ja to robię dla ciebie. Jeśli dziecko wie, że rodzic nie robi niczego wbrew niemu, jest łatwiej.

Trudno mówić o karach bez wspominania o nagrodach. Pochwały to kolejna rzecz, która wzbudza kontrowersje. Dlaczego nie mogę powiedzieć dziecku, że narysowało śliczny obrazek? Wydaje mi się, że w ten sposób też będę budować u dziecka poczucie wartości i przekonanie, że robi coś świetnie.

- Tak, tylko że to poczucie wartości jest wtedy zależne od drugiego człowieka. Z jednej strony to fajnie, kiedy dziecko rozumie, co się ludziom podoba. Z drugiej strony rodzicom często zależy, żeby dziecko potrafiło samo siebie docenić, a nie pytać innych o zdanie. Możemy, jeśli oba cele są dla nas ważne, zapytać najpierw dziecka: a czy Tobie podoba się ten rysunek? Dałbym mu najpierw czas na refleksję, a potem mógł powiedzieć np. "podoba mi się, jak użyłeś żółtego i niebieskiego".

Nie pada tu słowo "śliczny", to zbyt subiektywne, nic nie wnosi. Jestem za tym, żeby rzeczywiście opowiadać, co się dzieje, a nie nadawać znaczeń subiektywnych.

Ja też lubię usłyszeć pochwałę, to jest przyjemne, dlaczego mam odmawiać tego dzieciom?

- Zagrożenie pochwał jest takie, że dzieci pewne rzecz zrobią nie dlatego, że one są dobre, ale po to by dostać pochwałę. I czasem zaczną w ten sposób robić też rzeczy, których wcale nie chcą robić.

Czy ten problem nie jest wyolbrzymiony?

- Spotykam dzieci, które na pytanie "czy Tobie to się podoba", nie są w stanie na nie odpowiedzieć. Po prostu nie potrafią. To dla mnie sygnał, że to dziecko nie potrafi dokonać samooceny. Jej brak w świetle celów wielu rodziców nie jest dobrą rzeczą. Czy to groźne? Znowu wracamy do pytania: czego rodzice chcą dla własnych dzieci?

A nagrody? Dlaczego są złe?

- Z nagrodami jest tak, że przekierowują uwagę dziecka z zachowania na samą nagrodę. Sprawiamy, że dziecko będzie coś robić tylko dla nagrody. Często bezmyślnie, pod ocenę innych. Uczy się osiągania nagrody, a nie samego zachowania.

To analogiczne do kary.

- Tak, tylko jest przyjemniej, bo nie ma negatywnych emocji. Świetny przykład to nasza edukacja: dzieci mają własny, naturalny pęd do nauki, do osiągania kompetencji, ale kiedyś ktoś wymyślił oceny jako sygnał kompetencji. I tak ocena stała się nagrodą. Pielęgnujemy to mocno podczas imprez rodzinnych, ciocia pyta: "jak tam w szkole? Same piątki? Słoneczka?" Dziecko dostaje sygnał: nieważna jest nauka, tylko to, co dostało. Przestaje mu się chcieć uczyć dla siebie, zaczyna to robić dla ocen.

Zawsze mówię rodzicom na warsztatach o karach, nagrodach, konsekwencjach, kompetencji: róbcie, co chcecie. Tylko miejcie świadomość, jak to działa. Kara jest skuteczna tu i teraz, pomaga szybko osiągnąć cel, ale w mniejszym stopnia uczy dziecko danego zachowania. Jeśli nie potrzebujesz tego, zależy ci na szybkim celu, to w porządku. Ale wiedz, co robisz. To kwestia twoich celów wychowawczych i tego, czego chcesz dla dziecka.

Jarek Żyliński - psycholog wychowawczy, wychowawca. Opowiada rodzicom i nauczycielom o wychowaniu dzieci za pośrednictwem blogów, Radia Bajka i warsztatów. Współpracuje z Uniwersytetem Warszawskim, wydawnictwami dla dzieci i przedszkolami.

Więcej o:
Komentarze (201)
Kary do lamusa? "Kiedyś wychowywaliśmy dzieci tak, że przełamywaliśmy ich wolę". Teraz jest inaczej [WYWIAD]
Zaloguj się
  • moze_lewak_ale_myslacy

    Oceniono 567 razy 297

    Moja koleżanka ze studiów była wychowywana przez rodziców psychologów, którzy nie akceptowali kar. Zawsze z nią długo rozmawiali. Traktowali ją po partnersku, ba, jak miała 17 lat palili z nią trawkę. Ta koleżanka to była najbardziej niepoukładana osoba, jaką poznałem. Była bardzo uzdolniona matematycznie i miała świetną wyobraźnię przestrzenną, co u kobiet nie jest częste. Mogła ukończyć polibudę z wyróżnieniem (byliśmy na budownictwie), ale była wiecznie nieprzygotowana. Ważniejsze było dla niej obejrzenie 7 filmów (była w studenckim kole filmowym), niż zrobienie dobrze projektu. Miała trzy dziekanki. Była znana z tego, że chodziła do wykładowców kłócić się o oceny, bo przecież "wszystko można wynegocjować". Wydawało się, że studia nauczą ją, że nie wszystko da się wynegocjować i czasem trzeba ciężko pracować, ale nie. Po przedłużonych studiach trafiła do wielkiej firmy budowlanej (jednej z tych, co ostatnio miały problemy finansowe), bo pracę załatwił jej wujek. Każdy absolwent polibudy marzy o takim starcie, ale ona wyleciała po pół roku. Okazało się, że "trzeba było zostawać na po godzinach, jak był ważny kontrakt, a każdemu należy się przecież życie prywatne". Dziś jest na utrzymaniu męża i chociaż spotykamy się raz na ruski rok, to nigdy nie omieszka opie...ć tego męża jak burą sukę przy kolegach ze studiów, chociaż facet jest właścicielem świetnie prosperującej firmy, a ona przeważnie pachnie i leży, a nawet się mocno roztyła w biodrach.

  • attka

    Oceniono 301 razy 275

    Nie wszystko można się nauczyć przez doświadczenie. Np:
    - nie pozwolę aby dziecko dręczyło zwierzę, szczególnie to, które nie jest się w stanie samo obronić
    - nie pozwolę aby dziecko wbiegło na ulicę
    - nie pozwolę aby dziecko wkładało widelec do kontaktu
    Itd itd

    Nie pozwolę, po pierwsze dlatego, że je kocham i wiem, że przed niektórymi rzeczami tylko dorosły może je uchronić, a po drugie - Ponieważ jestem odpowiedzialną matką. Proszę sobie wykbrazić to oburzenie społeczeństwa jakby dziecko wpadło pod samochód, podczas gdy matka by się biernie przyglądała jak ono co chwilę wbiega na ulicę. Zaraz byłby zarzut o niedopilnowanie dziecka.

    I właśnie tutaj wchodzi kara lub groźba kary. Proszę mi wierzyć, ale jet to jedyna droga, bo tłumaczenie 4 latkowi niebezpieczeństwa nic nie daje (zawsze tego próbuję jako pierwsze, nigdy nie skutkuje i zawsze muszę zagrozić karą). Dla np. 3-4 latka wiele rzeczy jest bardzo abstrakcyjna i efektem tłumaczeni, że może mu się stać krzywda, że może go potrącić samochód jest odpowiedź... "Ale ja chcę wpaść pod samochód" i dalsze wyrywanie ręki i próba biegania. Takie jest życie a nie psychologiczne książki

  • pis-dryk

    Oceniono 293 razy 181

    Czy pan "ekspert" kiedykolwiek miał kontakt z dziećmi? Chyba nie...

    Przeczytałam pierwszą stronę, która mnie zaburzyła okrutnie. Tak się składa, że ja również mam wykształcenie w tym kierunku, a do tego jestem praktykiem. Dzieci to nie wykrawane foremkami ciasteczka, ale ludzie - tylko w wersji mini. Z jednym się zgodzę: cokolwiek robi rodzic (lub nie robi!), rzutuje potem w ogromnym stopniu na kontakty tego młodego człowieka z rówieśnikami, dorosłymi i osobami starszymi.

    Jeśli już dajemy rodzicom radę, to powinna być to jedna rada: Zachowuj się wobec dziecka w sposób racjonalny i, mimo dowolnych okoliczności, bądź w swoim postępowaniu konsekwentny. W ten sposób zrobi się miliony błędów wychowawczych, ale ostatecznie jest największa szansa na wychowanie normalnego człowieka. No i nie wolno słuchać tych wszystkich psychologów, którzy piszą/opowiadają bzdety, zamiast iść popracować na "żywym organizmie"...

  • mamma_2012

    Oceniono 189 razy 159

    Jestem psychologiem, od kilkunastu lat jestem mamą.
    Kiedy trafiam na takie teksty, czasem zwyczajnie nie wiem co powiedzieć. Nie dziwię się, że ludzie czytający podobne artykuły tracą wiarę w sens szukania pomocy u nas-psychologów.

    Niestety młody człowiek, który chce zaistnieć w mediach jest w stanie napisać i powiedzieć cokolwiek, byleby narobić zamieszania wokół własnej osoby. Pół biedy jeśli pisze to jako osoba prywatna, ale tu podpisał się jako psycholog.
    Więc powiem tylko, że to nie są jakieś ogólnie obowiązujące tendencje w pracy z dziećmi i rodzicami.

    Efekt takich publikacji jest taki, że rodzice tracą wiarę w swoje kompetencje wychowawcze. Stwarza się poczucie, że wychowywanie dzieci to wiedza tajemna, którą można zgłębić tylko czytając poradniki i słuchając ekspertów. Więc poradniki sprzedają się jak ciepłe bułeczki. Ekspertem gotowym do napisania poradnika czuje się każdy, kto przeczytał kilka książek i urodził dziecko (a już wychowanie ósemki czyni Cię internetowym i medialnym guru)

    Mamy kupują i czytają, a w każdym najnowszym opracowaniu coś innego. Każdy autor próbuje przekonać, że ma gotową i niezawodną receptę na cudowne, szczęśliwe dziecko (tylko cenna nagroda dla tego, kto poda definicję tego szczęśliwego dziecka, zresztą osobiście rozwinęłabym to na szczęśliwego dorosłego, bo dzieciństwo to tylko kawałek naszego życia).
    Na forach mamy analizują każde słowo wypowiadane do dziecka, każdy ruch wykonywany w jego kierunku, zastanawiają się czy jest zgodny z taką czy inną koncepcją.
    Ponieważ zwyczajnie, nie da się wypełnić sprzecznych zaleceń z różnych książek i wprowadzić w życie rad wszystkich "ekspertów", ciągle myślą czy nie krzywdzą dziecka, czy jakieś nieopacznie wypowiedziane słowo nie spowoduje traumy do końca życia i ciągle czują się zagubione, zamiast zwyczajnie cieszyć się z macierzyństwa.
    Ponieważ mamy czują się niepewne w tym co robią, tak bardzo potrzebują potwierdzenia słuszności swoich działań, że każde odmienne stanowisko traktują jako atak na siebie. Dlatego dyskusje zwłaszcza jeśli pojawiają się w nich pewne magiczne słowa (nie włączę się w ich promocję) przybierają bardzo emocjonalny charakter.

    Zastanówmy się czy przed erą poradników i wszechwiedzących ekspertów z tv istnieli szczęśliwi ludzie? Jak to się działo, że czasem nawet wędrując do kąta czy wysłuchując kazania ojca większość z nas wyrosła na mniej czy bardziej szczęśliwych ludzi? Mimo, że nie zawsze nasze potrzeby były zaspokajane natychmiast lub tak jak sobie życzyliśmy, nie wszyscy wymagamy terapii? Nasi rodzice bez wyrzutów sumienia mogli powiedzieć, ale "fajny rysunek namalowałaś", czy nawet "to nie jest Twoje najwybitniejsze dzieło".

    Nie twierdzę, że nie warto sięgać do książek. Można w nich odnaleźć kilka bardzo prostych rad dotyczących postępowania z dzieckiem, które rzadko praktykowali nasi rodzice. Dla wielu ludzi nie będą to wielkie odkrycia, natomiast innym pomogą. Natomiast podchodząc do rodzicielstwa jak do eksperymentu z bombą jądrową można zwariować unieszczęśliwiając i siebie i dzieci. Rad "ekspertów" nie traktujmy jak uniwersalnych prawd objawionych, bo w rodzicielstwie takich nie ma.

    Warto też, kiedy mamy wątpliwości, szukać pomocy psychologów i innych specjalistów, ale takich, którzy wzbudzą nasze zaufanie, bo bardzo różnimy się naszymi poglądami i sposobem pracy.

  • rar.ely

    Oceniono 193 razy 131

    KAWIARNIANA PSYCHOLOGIA

  • xpeter1

    Oceniono 230 razy 126

    Wychowanie dziecka to wdrożenie go do życia dorosłego. Takie 'paplanie' pana psychologa jest jednym, wielkim oszustwem wobec dziecka. Jak mały Piotruś czyni zło, pan psycholog - wychowawca będzie perswadował, cackał się. Za kilka lat, gdy dorosły Piotr wyrządzi zło, pozna pałę policjanta, zajęcie komornicze i wiele innych środków przymusu. No, chyba, że teraz psycholodzy wystąpią przeciwko stosowaniu aresztu jako środkowi niehumanitarnemu.

  • pejperboj

    Oceniono 162 razy 124

    Jakie to mętne, traktujące człowieka jak prosty automat, który w uniwersalny sposób można zaprogramować. Dziecko wychowujące się bez narzucanych mu granic, z założenia mające te granice odkryć samo, a jedynym kryterium, którym ma się kierować, podczas podejmowania decyzji o zrobieniu jakiegoś nagannego czynu, mają być jego konsekwencje? Zgoda, w relacji dziecko rodzic to może jeszcze działać... w końcu rodzice mogą być zdenerwowani, to nie jest fajne, wprowadzi to złą atmosferę. Ale ten kosz na śmieci zarzucony na głowę nauczyciela? Co tam jego uczucia, to nie jest żadna bliska osoba... ale za to jaki szacunek szkolnych kolegów się zyska.... opłaca się!

  • bartoszjanusz

    Oceniono 140 razy 78

    a mi się wydaje że pan nie ma pojęcia o dzieciach może są szablonowe przypadki ale są też takie które wymykają się spod szablonów i nie ma na nie sposobu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX