1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Wcześniaki - historie rodziców

Dziecko rozwija się w brzuchu mamy przez 9 miesięcy - tyle czasu przygotowuje się do narodzin. Są jednak dzieci, które rodzą się wcześniej. Oto historie trzech wcześniaków.
Gdy ich rówieśnicy pluskali się w wodach płodowych, oni dojrzewali w inkubatorze. Gdy inne dzieci uspakajał łagodny głos mamy i bicie jej serca, one słyszały pikanie aparatury podtrzymującej życie. Gdy donoszone noworodki przychodziły na świat i łapały pierwszy haust powietrza, one miały już za sobą kilka tygodni walki o życie i oddychania za pomocą rurki lub maseczki. Dzieci donoszone wypisywano ze szpitala po kilku dniach od narodzin, one spędziły długie tygodnie na oddziałach neonatologicznych.

Trzy historie

•  Jaś. Pierwsza ciąża Moniki nie obyła się bez komplikacji, więc i przy drugiej spodziewała się, że będzie musiała na siebie uważać. Kłopoty pojawiły się w 12. tygodniu, gdy zaczęła krwawić. Nie dość, że łożysko ułożyło się z przodu, to jeszcze trafiło na bliznę po cesarskim cięciu. W kolejnych miesiącach sytuacja to się poprawiała, to pogarszała: dziecko rosło, łożysko się podnosiło, ale potem znów pojawiało się krwawienie. W 30. tygodniu ciąży pojawił się wyciek wód płodowych. Po-dano jej sterydy przyspieszające rozwój płuc dziecka i po kilku godzinach wykonano cesarskie cięcie.

Jaś urodził się silny i duży jak na swój wiek - ważył 1720 g, mierzył 48 cm i dostał 10 punktów. Monika i Grzegorz mogli go zobaczyć, pocałować. W pierwszej chwili nawet sam oddychał. Potem co prawda musiano mu podać CPAP (założono mu do noska przewody, które stale doprowadzają powietrze pod niższym ciśnieniem niż normalnie, żeby dziecku łatwiej było oddychać), ale rokowania były niezłe. W drugiej dobie życia pojawiły się komplikacje z płucami. Kolejny tydzień Jaś spędził w śpiączce farmakologicznej, pod respiratorem.

•  Oleś. Maja od początku wiedziała, że ze względu na jej wysokie ciśnienie ciąża może być trudna. Spędziła sporo czasu na patologii ciąży, gdzie walczyła o każdy tydzień. Oleś był za mały, najprawdopodobniej niedotleniony, Maja miała za mało wód płodowych, a łożysko było coraz mniej wydolne. W 34. tygodniu zdecydowano o cesarskim cięciu.

Oleś ważył 1700 g, dostał 6 punktów. Maja usłyszała, że jego stan jest "stabilny ciężki". To, co było potem, pamięta jak przez mgłę. Synek miał bardzo niski poziom hemoglobiny, zrobiono mu transfuzję krwi przez pępek. Miał zapalenie płuc, podano mu antybiotyk. Stwierdzono też mikrowylewy do mózgu. Trafił do inkubatora, oddychał przez CPAP i dostawał pokarm dożylnie.

•  Stefan. Karolina czuła się w ciąży znakomicie i nic nie zapowiadało kłopotów. Pod koniec szóstego miesiąca spuchła i czuła narastający ucisk w klatce piersiowej. Jej lekarka zbagatelizowała te dolegliwości. Jak się później okazało, były to objawy zatrucia ciążowego. Karolina dostała rzucawki i trafiła do szpitala. Był 26. tydzień ciąży. Zrobiono jej cesarskie cięcie i na świat przyszedł Stefan.

Jego historia to dowód na to, że cuda się zdarzają. W pierwszej minucie dostał 0 punktów (w kolejnych badaniach 3 i 5 punktów). Ważył 700 g. Lekarze ratowali życie mamy. Nikt nie przypuszczał, że Stefan ma szansę na przeżycie. Szpital, do którego trafili, nie miał specjalistycznego sprzętu ani inkubatora. Dopiero gdy chłopiec nieoczekiwanie zaczął wykazywać oznaki życia, wezwano specjalistyczną karetkę, która zabrała go do kliniki z OIOM-em neonatologicznym.

Huśtawka emocji

Karolina leżała w szpitalu, dochodząc do siebie. Gdy dotarło do niej, co się stało, była za słaba, by pojechać do kliniki, w której jej syn walczył o życie. Nagrała na dyktafon swój głos, który Stefan dobrze znał. Michał, jej mąż, puszczał chłopcu nagranie. Po raz pierwszy spotkała się z synem półtora tygodnia po jego narodzinach. Weszła na salę, zobaczyła leżącego w inkubatorze krasnoludka i osunęła się. Stefana czekały liczne komplikacje zdrowotne, przede wszystkim ze strony układu oddechowego i pokarmowego. Przeszedł pięć transfuzji krwi. Jego rodzice, idąc do szpitala, nigdy nie wiedzieli, co zastaną.

Monika wspomina, że Jaś wyglądał strasznie: chudy, malutki, w pieluszce po pachy, z wielką głową, pod respiratorem, podłączony do mnóstwa rurek. Po kilku dniach w śpiączce farmakologicznej jego płuco zagoiło się i można było zamienić respirator na CPAP. Miał dokomorowe wylewy drugiego stopnia, kłopoty z trawieniem, niedomknięty przewód Botalla, niedokrwistość, przepukliny pachwinowe, wodniaki jąder Monika i Grzegorz czekali na wiadomości o postępach, chcieli, żeby dawano im nadzieję, tymczasem na początku słyszeli głównie czarne scenariusze. Chłopiec powoli pokonywał trudności, ale radość rodziców przeplatała się z przygnębieniem. Gdy uczył się jeść, zapominał o oddychaniu; pięknie jadł z butelki, ale męczyło go to tak, że kolejne porcje mleka musiano mu podawać do żołądka przez sondę.

Maja do dziś pamięta zapach oddziału, na którym leżał Oleś - zapach odkażacza. Gdy podprowadzono ją do inkubatora, w pierwszej chwili nie widziała połączenia między sobą a maciupeńkim chłopcem, który leżał cały pokłuty w plątaninie kabli. Tak jakby przez cesarskie cięcie, po którym natychmiast straciła synka z oczu, zerwano ich więź. Dopiero po jakimś czasie znów ją poczuła. Podczas pobytu Olesia w szpitalu, gdy chłopiec powoli pokonywał trudności, jego rodzice nie myśleli w perspektywie dalszej niż kilka dni. Skupiali się na małych rzeczach, nie zastanawiali się, czy ich dziecko będzie miało problemy w szkole, co ze słuchem, czy czeka je operacja oczu. Cieszyli się, gdy Oleś jadł coraz więcej i przybierał na wadze, gdy odstawiono mu antybiotyk, gdy zaczął oddychać normalnym powietrzem.

Szpitalne życie

Maja i Piotr szybko przyzwyczaili się do życia w szpitalu. Rano, podczas obchodu, wraz z innymi rodzicami siedzieli na podłodze pod drzwiami, czekając, aż lekarze wyjdą z sali. Potem, wciąż na korytarzu, w obecności innych podchodzili do lekarzy, żeby dowiedzieć się o stan swojego dziecka. Należeli do tych odważniejszych, którzy łapali później lekarzy w dyżurkach, dopytywali o szczegóły, prosili o wyjaśnianie pojęć.

Karolina początkowo miała szczęście, bo w szpitalu, w którym jej syn spędził pierwszy miesiąc, personel medyczny był stale do dyspozycji pacjentów i ich rodzin. Lekarze czekali na nią każdego dnia, by opowiedzieć o stanie Stefana. Mogła być przy inkubatorze tak długo, jak chciała. W kolejnym szpitalu zetknęła się z inną rzeczywistością, znaną rodzicom większości wcześniaków. Godziny odwiedzin "od - do", surowo przestrzegane, krótkie spotkania z lekarzem prowadzącym, wypraszanie rodziców z sali na czas badań i zabiegów. A potem - wyczekiwanie na korytarzach i uganianie się za lekarzami w poszukiwaniu informacji.

Droga mleczna

Maja usłyszała jeszcze na sali pooperacyjnej, że stan jej syna jest ciężki. Nie od razu to do niej dotarło. Leżała rozdzielona z synem i myślała tylko o tym, że chce go karmić piersią. Zaczęła wyciskać do kieliszka siarę. Nie zraziła się tym, że pierwsze mleko trafiło do kosza. Ściągała dalej i po jakimś czasie zaczęto podawać Olesiowi jej pokarm - najpierw przez sondę, potem strzykawką, wreszcie butelką. Chłopiec był jeszcze w inkubatorze, gdy przekonała lekarzy, żeby pozwolili jej nakarmić synka piersią. Próba nie powiodła się, bo był za słaby i nie potrafił chwycić piersi. Za radą konsultantki laktacyjnej Maja odłożyła naukę ssania piersi na czas po powrocie do domu. Pierwszego dnia po wyjściu ze szpitala umówiła się z konsultantką, która nauczyła ją karmić "po palcu". Oleś powoli uczył się ssać. Po każdym karmieniu ściągała mleko na kolejne. W nocy spała w sekwencjach po 40 minut, bo dziecko budziło się głodne co godzinę, półtorej. Szło im coraz lepiej, ale zawsze miała przy sobie zapas mleka, bo nie wierzyła, że pierś mu wystarczy. W końcu przestawiła Olesia tylko na pierś.

Monika zaczęła ściągać mleko w trzeciej dobie po porodzie, z własnej inicjatywy. Ściąganie pokarmu i dostarczanie go na oddział wcześniakowy nadało rytm jej życiu. Miała się czym zająć, co było jej bardzo potrzebne, szczególnie w pierwszych tygodniach po porodzie. Jaś, gdy tylko zaczął trawić pokarm, był karmiony sondą, a potem butelką. Dopiero pod koniec pobytu w szpitalu pozwolono nakarmić go piersią. Zanim położna zdążyła ułożyć Jasia, ten chwycił pierś mamy i zaczął ssać. Po wyjściu ze szpitala przez jakiś czas podawała mu i pierś, i butelkę ze ściągniętym mlekiem, by mieć pewność, że maluch się najada. W końcu przeszła całkowicie na karmienie piersią. Synek zaczął przybierać na wadze jak szalony, nawet po 2 kg na miesiąc... Zdaniem Moniki o sukcesie z karmieniem zadecydował charakter i siła Jasia. Przez skromność nie dodaje, że znaczenie miało też jej własne przekonanie o tym, że trudności są do pokonania.

Karolina korzystała z laktatora elektrycznego przez pierwszych sześć miesięcy życia Stefana. Tuż po przyjściu chłopca na świat neonatolodzy zachęcali ją do ściągania mleka, mówiąc, że to najlepsze, co może zrobić dla swojego dziecka. Jednak była tak słaba, że lekarze opiekujący się nią próbowali ją odwieść od tego pomysłu. Pierwsze krople siary wyciskała z ogromnym trudem, a ze względu na przyjmowane przez nią leki pokarm nie mógł być podany Stefanowi. Z czasem pojawiało się coraz więcej mleka. Gdy tylko Stefan zaczął radzić sobie z trawieniem i można było odstawić kroplówkę, zaczął dostawać mleko mamy, najpierw przez sondę, potem butelką. Karolina podjęła próbę przystawienia synka do piersi, kiedy ten skończył cztery miesiące. Zwróciła się do poradni laktacyjnej i za pomocą specjalnej butelki z rurką przyklejoną do piersi uczyła Stefana ssać. Przez jakiś czas karmiła go nawet piersią, na zmianę z butelką. Po sześciu miesiącach przeszli na mleko modyfikowane.

Nareszcie w domu

Stefan wyszedł ze szpitala po trzech miesiącach, osiągnąwszy wagę 2000 g. Karolina i Michał bardzo na to czekali, a jednocześnie byli przerażeni tym, jak ich syn przetrwa bez aparatów i rurek. Jeszcze przed wyjściem do domu Stefanowi zdarzało się zapominać o oddychaniu, kupili więc monitor oddechu (włączył się tylko raz, przyprawiając ich niemal o zawał serca - gdy przypadkowo rozłączyły się kable ). Przez cztery tygodnie po wyjściu ze szpitala, zgodnie z zaleceniami lekarzy, nie wpuszczali do domu nikogo. Potem zaczęły się wizyty u specjalistów. Wszędzie, gdzie się pojawiali, słyszeli, iż to cud, że ich syn żyje. Lekarze byli zdumieni, gdy nie zdiagnozowano u niego żadnej wady wcześniaczej. Stefan ma dziś 2 i pół roku i jest całkiem zdrowym małym chłopcem. Karolina nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłoby być inaczej. Nie przegrzebywała internetu w poszukiwaniu informacji o możliwych powikłaniach i konsekwencjach przedwczesnych narodzin, nie szukała kontaktu z rodzinami innych wcześniaków. Uwierzyła w to, że muszą przeczekać najgorsze, a potem już będzie normalnie.

Oleś, tak jak Stefan, został wypisany do domu, gdy ważył 2000 g, ale osiągnięcie tej masy ciała zajęło mu tylko trzy tygodnie. Na początku był tak mały, że wszędzie wzbudzał sensację. Dziś ma 4 i pół roku, jeździ na dwóch kółkach i uczy się hiszpańskiego. Gdy mu się dobrze przyjrzeć, na jego rękach można dostrzec białe kropki - to blizny po wkłuciach. Rodzice dawno przestali myśleć o nim jak o wcześniaku, choć Mai przychodzi czasem do głowy, że kiedy synek pójdzie do szkoły, może się np. okazać, że ma kłopoty z koncentracją. Ale jest optymistką. Po narodzinach syna nie dopuszczała do siebie negatywnych myśli, chwytała się dobrych wiadomości, czytała historie z happy endem.

Jaś został wypisany do domu, gdy miał 6 tygodni i ważył 2600 g. Lekarze przygotowali długą listę leków, które chłopczyk miał przyjmować, wraz z instrukcją, jak je podawać. Monika i Grzegorz wiedzieli, że muszą bardzo uważać na infekcje - każda mogła zagrozić synkowi. Po kilku miesiącach maluch dogonił rówieśników zarówno pod względem wagi, jak i umiejętności.

Monika wie, że nie wszystkie dzieci urodzone przed czasem mają tyle szczęścia. W szpitalu zżyła się z rodzicami innych dzieci z OIOM-u. Do dziś utrzymują kontakt. Stan każdego z nich stopniowo się poprawia, choć jednych wolniej, innych szybciej. Niektóre wcześniaki nigdy nie będą całkiem zdrowe, ale rodzice walczą o lepszą jakość ich życia i cieszą się z postępów. Monika nie ma wątpliwości, że trzeba myśleć pozytywnie.

Dziś Jaś ma 16 miesięcy i wciąż śpi z rodzicami. W ten sposób starają się wynagrodzić mu to, że tak długo był sam w szpitalu, gdzie mogli go odwiedzać tylko w wyznaczonych godzinach. Monika ma go wciąż przy sobie i mówi, że przytulania nigdy dość.

URODZONY PRZED CZASEM

Wcześniak to dziecko urodzone przed ukończeniem 37. tygodnia ciąży. Każdego roku w Polsce rodzi się około 24 000 wcześniaków, co stanowi 6,7 proc. ogólnej liczby narodzin. Na szczęście dzięki postępowi medycyny udaje się dziś uratować nawet noworodki urodzone przed 28. tygodniem ciąży i ważące mniej niż 1000 g.

Więcej o: