Mowa o mowie
18.01.2009
, aktualizacja: 13.01.2009 15:11
Nim dziecko wypowie pierwsze słowo, wie już o języku zdumiewająco wiele
ZOBACZ TAKŻE
- Zabawy rozwijające mowę (05-05-08, 13:06)
- Gra w kolory (15-02-10, 00:00)
- Kiedy zacznie mówić? (21-10-08, 14:09)
- Mowa dziecka (16-06-05, 15:21)
- Rozwój mowy (01-05-04, 00:00)
Kiedy możemy mówić o początkach rozwoju mowy?
Już w łonie matki. Dziecko słyszy jej głos od szóstego, siódmego miesiąca życia płodowego. I od pierwszego dnia po narodzinach poznaje matkę po głosie. Odróżnia też dźwięki mowy od innych dźwięków, a nawet brzmienie własnego języka od języka obcego.
Po czym?
Po charakterystycznej dla niego melodii. W języku polskim na przykład pytanie ma intonację wznoszącą. A akcent, który pada z reguły na druga sylabę od końca, nadaje polszczyźnie charakterystyczny rytm. Ale melodia języka niesie o wiele więcej informacji. Mówiąc bezwiednie robimy króciutkie pauzy, pomiędzy poszczególnymi częściami zdania, co ułatwia uchwycenie jego sensu. Uwypuklamy też niektóre słowa, wymawiając je z większym naciskiem lub przeciągając samogłoski. Przez pierwsze miesiące niemowlę osłuchuje się ze swoim językiem.
A dlaczego mówimy do niego takim wysokim głosem?
Bo łatwiej go nam wtedy modulować. A dziecku - wyłowić z potoku dźwięków pojedyncze głoski. Nawiasem mówiąc nowonarodzone dziecko potrafi różnicować wszystkie głoski wszystkich języków świata. Ale traci tę umiejętność po sześciu miesiącach.
Dlaczego?
Bo przez te pół roku intensywnie uczy się dźwięków języka ojczystego i zaczyna przez nie filtrować dźwięki innych języków. Ciekawa rzecz, u dziewięciomiesięcznych dzieci anglojęzycznych udało się tę utraconą zdolność odtworzyć - przez kontakt z Chinką. Po czterech tygodniach krótkich ale regularnych spotkań maluchy zaczęły rozpoznawać głoski występujące w języku mandaryńskim, którym mówiła. Eksperyment, przeprowadzony przez Patricię Kuhl z Waszyngtonu, nie powiódł się jednak, kiedy dzieci tylko słyszały Chinkę lub oglądały ją na video.
Jak to wytłumaczyć?
Z Chinką z telewizora nie ma prawdziwego dialogu. W kontakcie twarzą w twarz rozmówcy wzajemnie kierują swoją uwagę na przedmiot rozmowy. Dziecko uczy się tego około 9. miesiąca życia. I z początku łatwiej mu jest kierować uwagą dorosłego niż samemu się do niego dostrajać.
To znaczy dostraja się najpierw dorosły. Na czym to polega?
Niemowlę patrzy np. na ptaszka, a mama podąża za jego wzrokiem i podchwytuje: "podoba ci się ten ptaszek? O, poleciał. Tam, na drzewo, do swojego domku". Wychodzi na przeciw jego uwadze. To bardzo ważne, bo uczymy się przecież najszybciej tego, co nas najbardziej interesuje. I efekty są znacznie lepsze, niż wtedy, gdy inicjatywa wychodzi od matki, która chcąc, by dziecko jak najszybciej zaczęło mówić, organizuje mu lekcje: "o popatrz, kochanie tu jest ptaszek. A ten owoc to mandarynka...". A malec może być akurat zainteresowany nogą od krzesła. Zresztą potwierdziły to badania - już roczne dzieci, których mamy skłonne były raczej do podążania za ich uwagą niż do kierowania nią, więcej rozumiały, a potem także miały bogatszy zasób słów.
Ale komunikacja między dzieckiem a jego opiekunem zaczyna się dużo wcześniej, prawda? I wcale nie wymaga słów.
Podczas wykładu profesora Trevarthena z Edynburga widziałam nagranie video przedstawiające ojca i dziecko - wcześniaka. Ojciec wkładał je sobie pod koszulkę i grzał własnym ciałem, a kiedy maleństwo cicho kwiliło, odpowiadał podobnym kwileniem, bezwiednie naśladując intonację dziecka. Było jasne, że to jest rozmowa. Skądinąd wiadomo, że kiedy matka karmi dziecko piersią, to na ogół nic do niego nie mówi. Malec, mając buzię zajętą ssaniem, nie mógłby przecież odpowiedzieć. Oba przykłady świadczą o tym, że intuicja podpowiada rodzicom, jak być z dzieckiem.
To znaczy, że te rozmowy bez słów muszą być ważne dla jego rozwoju.
Służą nawiązaniu kontaktu, utrzymaniu więzi, a przede wszystkim samej idei porozumienia. Maluch uczy się że inni ludzie chcą mu coś przekazać i że reagują na to, co on sam im przekazuje, choćby za pomocą nieskoordynowanych ruchów rączek czy dźwięków nieartykułowanych. Bez tej intencji komunikowania się, nauka mowy nie byłaby możliwa. Prawdziwa konwersacja jest w istocie czymś analogicznym, tylko przy użyciu słów i konstrukcji gramatycznych.
Jednak chyba wszyscy rodzice niecierpliwie czekają na pierwsze słowo...
Lecz zanim dziecko je wypowie, musi wykonać ogromną pracę. Jest ona w dużej mierze ukryta przed rodzicami, którzy widzą tylko to, co "na wyjściu". Tymczasem maluch cały czas przetwarza dźwięki mowy. W dwa, trzy miesiące po urodzeniu zaczyna głużyć, ale są to dźwięki gardłowe, nieartykułowane, wśród których można się dosłuchać jedynie kilku samogłosek. Głużenie przebiega podobnie u wszystkich dzieci, bez względu na to, jaki język słyszą dookoła. Ale kiedy półroczne niemowlę zaczyna gaworzyć, wypowiada ciągi sylab złożone już tylko z dźwięków własnego języka (np. ma-ma, ba-ba, ta-ta). Dlatego przyjmuje się, że - w przeciwieństwie do dźwięków fazy głużenia - te są już wyuczone.
Więc jeśli dziecko nie gaworzy, to znaczy, że coś mu tę naukę utrudnia. Może nie słyszy?
Na szczęście mamy już przesiewowe badania słuchu noworodków. Rzecz nie do przecenienia, bo jeszcze do niedawna często dopiero brak gaworzenia budził niepokój rodziców. Tymczasem przez te sześć, siedem miesięcy jego słyszący rówieśnik zdążył już sobie zbudować mocny fundament mowy. I ma już w głowie nie tylko wszystkie jej dźwięki, ale zaczyna też z jednolitego na pozór strumienia mowy wyodrębniać poszczególne słowa. I wkrótce zacznie niektóre z nich rozumieć. Odkrycie tego, że słowa coś znaczą, to niewiarygodny krok milowy.
Już w łonie matki. Dziecko słyszy jej głos od szóstego, siódmego miesiąca życia płodowego. I od pierwszego dnia po narodzinach poznaje matkę po głosie. Odróżnia też dźwięki mowy od innych dźwięków, a nawet brzmienie własnego języka od języka obcego.
Po czym?
Po charakterystycznej dla niego melodii. W języku polskim na przykład pytanie ma intonację wznoszącą. A akcent, który pada z reguły na druga sylabę od końca, nadaje polszczyźnie charakterystyczny rytm. Ale melodia języka niesie o wiele więcej informacji. Mówiąc bezwiednie robimy króciutkie pauzy, pomiędzy poszczególnymi częściami zdania, co ułatwia uchwycenie jego sensu. Uwypuklamy też niektóre słowa, wymawiając je z większym naciskiem lub przeciągając samogłoski. Przez pierwsze miesiące niemowlę osłuchuje się ze swoim językiem.
A dlaczego mówimy do niego takim wysokim głosem?
Bo łatwiej go nam wtedy modulować. A dziecku - wyłowić z potoku dźwięków pojedyncze głoski. Nawiasem mówiąc nowonarodzone dziecko potrafi różnicować wszystkie głoski wszystkich języków świata. Ale traci tę umiejętność po sześciu miesiącach.
Dlaczego?
Bo przez te pół roku intensywnie uczy się dźwięków języka ojczystego i zaczyna przez nie filtrować dźwięki innych języków. Ciekawa rzecz, u dziewięciomiesięcznych dzieci anglojęzycznych udało się tę utraconą zdolność odtworzyć - przez kontakt z Chinką. Po czterech tygodniach krótkich ale regularnych spotkań maluchy zaczęły rozpoznawać głoski występujące w języku mandaryńskim, którym mówiła. Eksperyment, przeprowadzony przez Patricię Kuhl z Waszyngtonu, nie powiódł się jednak, kiedy dzieci tylko słyszały Chinkę lub oglądały ją na video.
Jak to wytłumaczyć?
Z Chinką z telewizora nie ma prawdziwego dialogu. W kontakcie twarzą w twarz rozmówcy wzajemnie kierują swoją uwagę na przedmiot rozmowy. Dziecko uczy się tego około 9. miesiąca życia. I z początku łatwiej mu jest kierować uwagą dorosłego niż samemu się do niego dostrajać.
To znaczy dostraja się najpierw dorosły. Na czym to polega?
Niemowlę patrzy np. na ptaszka, a mama podąża za jego wzrokiem i podchwytuje: "podoba ci się ten ptaszek? O, poleciał. Tam, na drzewo, do swojego domku". Wychodzi na przeciw jego uwadze. To bardzo ważne, bo uczymy się przecież najszybciej tego, co nas najbardziej interesuje. I efekty są znacznie lepsze, niż wtedy, gdy inicjatywa wychodzi od matki, która chcąc, by dziecko jak najszybciej zaczęło mówić, organizuje mu lekcje: "o popatrz, kochanie tu jest ptaszek. A ten owoc to mandarynka...". A malec może być akurat zainteresowany nogą od krzesła. Zresztą potwierdziły to badania - już roczne dzieci, których mamy skłonne były raczej do podążania za ich uwagą niż do kierowania nią, więcej rozumiały, a potem także miały bogatszy zasób słów.
Ale komunikacja między dzieckiem a jego opiekunem zaczyna się dużo wcześniej, prawda? I wcale nie wymaga słów.
Podczas wykładu profesora Trevarthena z Edynburga widziałam nagranie video przedstawiające ojca i dziecko - wcześniaka. Ojciec wkładał je sobie pod koszulkę i grzał własnym ciałem, a kiedy maleństwo cicho kwiliło, odpowiadał podobnym kwileniem, bezwiednie naśladując intonację dziecka. Było jasne, że to jest rozmowa. Skądinąd wiadomo, że kiedy matka karmi dziecko piersią, to na ogół nic do niego nie mówi. Malec, mając buzię zajętą ssaniem, nie mógłby przecież odpowiedzieć. Oba przykłady świadczą o tym, że intuicja podpowiada rodzicom, jak być z dzieckiem.
To znaczy, że te rozmowy bez słów muszą być ważne dla jego rozwoju.
Służą nawiązaniu kontaktu, utrzymaniu więzi, a przede wszystkim samej idei porozumienia. Maluch uczy się że inni ludzie chcą mu coś przekazać i że reagują na to, co on sam im przekazuje, choćby za pomocą nieskoordynowanych ruchów rączek czy dźwięków nieartykułowanych. Bez tej intencji komunikowania się, nauka mowy nie byłaby możliwa. Prawdziwa konwersacja jest w istocie czymś analogicznym, tylko przy użyciu słów i konstrukcji gramatycznych.
Jednak chyba wszyscy rodzice niecierpliwie czekają na pierwsze słowo...
Lecz zanim dziecko je wypowie, musi wykonać ogromną pracę. Jest ona w dużej mierze ukryta przed rodzicami, którzy widzą tylko to, co "na wyjściu". Tymczasem maluch cały czas przetwarza dźwięki mowy. W dwa, trzy miesiące po urodzeniu zaczyna głużyć, ale są to dźwięki gardłowe, nieartykułowane, wśród których można się dosłuchać jedynie kilku samogłosek. Głużenie przebiega podobnie u wszystkich dzieci, bez względu na to, jaki język słyszą dookoła. Ale kiedy półroczne niemowlę zaczyna gaworzyć, wypowiada ciągi sylab złożone już tylko z dźwięków własnego języka (np. ma-ma, ba-ba, ta-ta). Dlatego przyjmuje się, że - w przeciwieństwie do dźwięków fazy głużenia - te są już wyuczone.
Więc jeśli dziecko nie gaworzy, to znaczy, że coś mu tę naukę utrudnia. Może nie słyszy?
Na szczęście mamy już przesiewowe badania słuchu noworodków. Rzecz nie do przecenienia, bo jeszcze do niedawna często dopiero brak gaworzenia budził niepokój rodziców. Tymczasem przez te sześć, siedem miesięcy jego słyszący rówieśnik zdążył już sobie zbudować mocny fundament mowy. I ma już w głowie nie tylko wszystkie jej dźwięki, ale zaczyna też z jednolitego na pozór strumienia mowy wyodrębniać poszczególne słowa. I wkrótce zacznie niektóre z nich rozumieć. Odkrycie tego, że słowa coś znaczą, to niewiarygodny krok milowy.
1
2
następne »
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Ciąża i poród


więcej zdjęć









