1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Mikrotwardziele

10.09.2007 14:11

Fot. Michał Mutor / AG

Osiem godzin spędziłam na oddziale intensywnej terapii noworodków w Centrum Zdrowia Dziecka. Pierwszy raz w życiu widziałam, jak lekarze walczą o życie wcześniaka, który mieści się w dłoni. Ciągle myślałam o tym, jak niesamowitej precyzji i wiedzy wymaga wkłucie igły czy operacja na tak malutkim pacjencie.
Godz. 8.30

Centrum Zdrowia Dziecka, oddział intensywnej terapii noworodka. Stan: 11 pacjentów. Referuje lekarz dyżurny: - Jedzie do nas jeden mały człowiek z Piły. Może uda się przenieść Jasia na kardiologię, będzie wolne miejsce.

- Szymek też dziś wyjedzie. Do hospicjum. Po jedenastej będzie po niego karetka - dodaje dr Wojciech Trzeciakowski, neonatolog.

Jaś, Staś, Krzyś, Ania. Na tym oddziale o pacjentach mówi się tylko zdrobniale. Trudno inaczej nazywać człowieka ważącego mniej niż 1,5 kg. Mieszczą się w dłoni dorosłego mężczyzny. Podczas zebrania najdłużej trwa ustalanie, ile jest wolnych inkubatorów. Wiecznie ich brakuje. Oddział z 12 stanowiskami do intensywnej terapii istnieje tu od kwietnia. Przyjmuje dzieci z całej Polski. Kilka razy dziennie trzeba odmawiać szpitalom powiatowym i wojewódzkim.

Godz. 9

Po raporcie dr Trzeciakowski idzie do pięciu swoich "skarbów". Dwoje dzieci ma dziś wyjechać. 4,5-miesięczny Szymek od urodzenia nie opuścił szpitali. Ma wadę genetyczną, z którą dzieci umierają w pierwszym miesiącu życia, najwyżej 10 proc. przeżywa rok. Ma założoną już drugą teczkę, żeby zmieścić wyniki dziesiątków badań.

Niejeden dorosły w całym swoim życiu nie przejdzie tylu konsultacji, co on. - Szymek jedzie do hospicjum. Tak chcą rodzice - tłumaczy. - Wiemy, że umrze. Możemy tylko sprawić, żeby mniej cierpiał.

Doktor osłuchuje maluszka, nad którym kłębi się plątanina rurek. Dziecko jest karmione przez sondę przez nos. Na stopie mruga mu czerwony czujnik mierzący nasycenie krwi tlenem (tzw. satruację) i ciśnienie. Zakończenia słuchawek stetoskopu są większe niż stopy i ręce pacjenta. Lekarz sprawdza dokumentację, myje ręce i dotyka brzuszka Szymka. Miękki. To dobrze. Zaleca, by podać więcej jedzenia. Położnik Robert wstrzykuje mleko do sondy podłączonej do nosa chłopca.

Dr Trzeciakowski biega między chorymi i pokojem lekarskim. Wypisuje zalecenia, wypełnia papiery. Dzwoni do innych klinik, zamawiając konsultacje specjalistów, bo wcześniaki mają wiele powikłań. Zamawia aparat RTG. Transport dzieci z inkubatorów jest niebezpieczny.

Godz. 10.30

W izolatce leży 2,5-miesięczny Jaś. Ma wodogłowie. Urodził się w 27 tygodniu ciąży. To już trzeci szpital w jego życiu. Trwa zabieg. Z malutkiej główki wystaje igła. Lekarka Julita Grot precyzyjnie z pojemniczka, który neurochirurdzy umieścili pod skórą, pobiera płyn mózgowy. Powinien być bezbarwny. Jest mętny i krwawy. - Robię to codziennie - mówi. - Gdy dziecko podrośnie, będzie można wstawić zastawkę i płyn będzie od razu spływał do brzuszka. Nie trzeba będzie go kłuć.

Lekarka sprawnie zajmuje się wątłym ciałkiem. Układa je na pieluszce. Rozprostowuje zagięcia. Na delikatnym ciałku szybko robią się odleżyny. - Kiedyś bałam się dotykać takiego malucha - uśmiecha się. - Ręce mi się strasznie trzęsły. Ale gdy walczy się o życie, przestaje się pamiętać o strachu. Zawsze jednak czuję respekt.

Godz. 11.00

W pokoju lekarskim trzech lekarzy zleca badania dla 11 pacjentów. Ciągle mają oko na maluchy, bo na monitorze wyświetlają się ich parametry życiowe. Na kanapie siedzi fizjoterapeuta Marek Wrześniewski i "stawia diagnozę", oglądając nagrania kamery wideo. - Nagrywam kilkunastominutowe filmy z dziećmi, które się poruszają. Po płynności ich ruchów, zachowaniu, naprężeniu mięśni można zauważyć nieprawidłowości świadczące o uszkodzeniu ośrodkowego układu nerwowego - tłumaczy.

W Centrum Zdrowia Dziecka jest dwóch fizjoterapuetów, którzy znają tzw. metodę Prechtla. Wrześniewski stosuje ją od miesiąca. Potrzebuje od jednej do kilku minut, żeby ocenić nagranie. - Zdrowe dziecko płynnie porusza całym ciałem - mówi. - Ruchy noworodka, u którego występują zaburzenia w funkcjonowaniu układu nerwowego, są sztywne, kurczowe i niezsynchronizowane.

Fizjoterapeuci na OIOM-ie "uczą" wcześniaki oddychać, ssać i połykać. - Uprzedzam, że wygląda to brutalnie - mówi Wrześniewski i włącza film pokazujący, jak silne męskie dłonie przygniatają drobną klatkę piersiową wcześniaka. Dziecko nie płacze, za to zaczyna spokojniej oddychać. - To tylko tak źle wygląda. Ale te ludki to twardziele, z którymi można dużo zrobić. Są odporne i bardzo chcą żyć. Niejeden dorosły już dawno by odpuścił, a one walczą.

Nagrania z ćwiczeniami rehabilitacyjnymi otrzymują rodzice. Uczą się, jak opiekować się wcześniakami. Na filmie łatwiej zauważyć, jak sygnały wysyła dziecko. - Noworodek komunikuje się ze światem nie tylko przez uśmiech i płacz - podkreśla Wrześniewski. - Potrafi pokazać rączką, że czegoś nie chce, ściąga z siebie rzeczy, które mu przeszkadzają, krzywi się, gdy jest mu niewygodnie.

Godz. 11.40

Po Szymka przyjeżdża karetka. Po niespełna godzinie jego inkubator znów jest zajęty. Wśród pieluszek ledwo widać kruszynkę z Piły. Kasia waży 800 gr. Gdy urodziła się 31 dni temu w 26 tygodniu ciąży, miała 520 gr. Oddycha za nią respirator. Karmiona jest sondą. W inkubatorze ma 32 stopnie Celsjusza. Ma siny, wzdęty brzuszek. Stan dziewczynki jest bardzo ciężki. - Trzymajcie za nią kciuki - prosi jeden z doktorów.

Godz. 13.40

Obchód. Czterech lekarzy ogląda wszystkich pacjentów. Śpią. Mają podawane leki przeciwbólowe. Lekarze sprawdzają najnowsze wyniki badań. Tylko ja reaguję przerażeniem, gdy co chwilę włączają się alarmy informujące, że spada ciśnienie krwi lub stan dziecka się pogarsza. Lekarze ze spokojem zwiększają dawki leków. - Do wycia alarmów można się przyzwyczaić - mówi Joanna Groszyńska, mama Jasia, który na OIOM-ach spędził całe swoje życie, czyli trzy miesiące. - Już wiem, że martwić mam się tylko jednym sygnałem. Gdy mruga SaO2, wtedy spada saturacja i robi się niebezpiecznie.

Wcześniakowi na trójce pilnie trzeba założyć dren. Ma płyn w płucach. Na oddział schodzi chirurg. Pokój chorych zmienia się w salę operacyjną. Naczynia krwionośne są tak cienkie i kruche, że każde wkłucie to sztuka. Gdy lekarze kończą zabieg, na ich twarzach widać ulgę. Udało się. Każdy taki zabieg to ogromny stres.

W sali obok pielęgniarka kołysze na dłoni Adriana. Unosi go zaledwie kilka centymetrów nad łóżeczkiem. - Jest trochę marudny - śmieje się. - Chce się dzisiaj poprzytulać.

Godz. 15.40

Koniec pracy, na dyżurze zostaje jeden lekarz. Pozostali jednak nadal kręcą się po oddziale. Na dwójce przedłużyła się intubacja dziewczynki z Piły. Trzy razy próbowali ją założyć. Cztery razy włączał się alarm, bo miała trudności z oddychaniem. Wszyscy są zmęczeni. Lekarka troskliwie poprawia pieluszkę i głaszcze maleństwo po główce. - Sześć lat tu pracuję, ale nigdy nie wiem, co się przydarzy - mówi. - To fascynujące i męczące zarazem. Zagląda jeszcze do czwórki dzieci, którą się opiekuje. Wychodzi do domu przed 17.

Po ośmiu godzinach spędzonych na oddziale intensywnej terapii noworodków byłam wykończona. Ciągle na nogach. Siadałam tylko na chwilę, gdy lekarze wypełniali dokumentację i w biegu pili kawę. Mnóstwo emocji. Od radości, gdy widziałam chore maleństwo, które uśmiecha się przez sen, przez strach, gdy włączały się alarmy i niepokój, gdy okazywało się, że wyniki się pogorszyły i trzeba operować.

Na tym oddziale jest tyle cierpienia i tyle walki o życie, że trudno pozostać obojętnym. Zrobiły na mnie wrażenie słowa z troską wypowiadane przez personel do ciągle śpiących pacjentów: "Ale dziś jesteś różowiutki", "Ojej, przepraszam, że cię obudziłem, ale muszę cię zbadać". Wzruszyłam się.

Kilka razy o mało nie zemdlałam. Trudno z dystansem patrzeć na kilkumiesięczne dziecko, które leży z otwartą klatką piersiową. Widziałam, jak bije jego serce. Wiedziałam, że dwa razy już próbowano operować i za każdym razem ustawało krążenie. Wiem, że lekarze znów spróbują mu pomóc. Oby im się udało.

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX