1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Wakacje w PRL - zapomniane klimaty

Pamiętacie wakacje lat 60., 70. i 80.? Jak Polska długa i szeroka, co dwa tygodnie tłumy ruszały na tzw. wypoczynek zorganizowany. 1 i 15 dnia każdego miesiąca rozpoczynały się turnusy wczasowe. Najwięcej osób jechało wtedy nad morze, choć i górskie miejscowości się zapełniały.

Wyruszamy

Początkowo podróżowaliśmy pociągami. Na peronie stał zwarty tłum z bagażami, a wjazdowi pociągu towarzyszyły krzyki dorosłych i płacz dzieci. To była wielka chwila dla tatusiów, którzy wskakiwali do jadących składów i zajmowali miejsca w przedziałach. Do tych szczęśliwców rodziny wchodziły przez okna, bo korytarz był zapchany tymi, którym się nie udało. Jazda w ścisku często trwała całą noc, a dostanie się do cuchnącej toalety wymagało umiejętności akrobaty. Nie lepiej wyglądały podróże pekaesami. Zapchane ponad miarę, niemiłosiernie trzęsły i śmierdziały paliwem. Aby pasażerowie nie udusili się, otwierano okienka, a ochronę przed słońcem stanowiły powiewające firanki. Potem nastały czasy maluchów. Dwa razy lipcu i sierpniu po polskich drogach sunęły karawany samochodzików z bagażami na dachu, przymocowanymi skórzanymi paskami. Jechały walizki i wanienki dla dzieci. Czasem zdarzał się składany rower. Bagaż nie rzadko był większy niż autko. Rodzina siedziała stłoczona, dzieci na kolanach dorosłych. Nie było fotelików, a o pasach nikt nie słyszał. Kierowca często palił, a za popielniczkę służyło boczne okienko. Zatrzymywaliśmy się przy drogach lub na leśnych parkingach, jadaliśmy kanapki zrobione w domu i piliśmy herbatę z termosu. Dzieci biegały między samochodami, dorośli sprawdzali mapy. Dziś podróżujemy klimatyzowanymi autami, a dalej - samolotami. Szybko, wygodnie, a przede wszystkim bezpiecznie.

Bez kaowca nie ma wczasów

Niezależnie czy mieszkaliśmy w przedwojennych pensjonatach, czy w nowych domach wczasowych albo w domkach kempingowych, czy nad morzem czy w górach, turnusy zawsze wyglądały identycznie. Najpierw wieczorek zapoznawczy z nieodłącznym panem kaowcem (kulturalno-oświatowym). To on organizował ognisko i pieczenie kiełbasek, wycieczki do latarni morskiej, zawody sportowe, rozmaite konkursy typu wyścigi z worku albo z jajkiem na łyżeczce. Prawie codziennie były potańcówki. Brydżyści (na każdym turnusie zbierała się co najmniej czwórka) spotykali się na maratonach, dzieciarnia oblegała bilard albo „piłkarzyki”. Chętnie też korzystano z bibliotek dysponujących głównie kryminałami. W każdym ośrodku była sala telewizyjna. Zapełniała się ona w porze dziennika, a czekano przede wszystkim na pogodę, bo ona na wczasach była najważniejsza. W dzień obowiązkowo grało (ryczało?) radio, a szczytem elegancji i wyznacznikiem pozycji społecznej był tranzystorek, czyli radioodbiornik przenośny. Ustawiony na kocu na plaży informował sąsiadów, że z nie byle kim mają do czynienia. Dzisiaj w kurortach telewizory są w każdym pokoju, a za granicą bez problemu odbieramy także polskie kanały. Rozrywki zapewniają nam fachowi animatorzy. Często jest to kilka osób, z których co najmniej jedna zajmuje się dziećmi i mówi po polsku. Za granicą nie musimy dźwigać na plażę całego wyposażenia, bo resorty często mają „własny” kawałek morza z parasolami i łóżkami. Przy hotelowych basenach są miniaquaparki ze zjeżdżalniami i brodzikami dla najmłodszych dzieci. Na miejscu są też bary. Jedzenie przecież to bardzo ważny element wypoczynku!

9-ta Drużyna Harcerska z Torunia na obozie letnim w Otłoczynie w 1946 roku9-ta Drużyna Harcerska z Torunia na obozie letnim w Otłoczynie w 1946 roku Andrzej Bereźnicki (wikimedia.org) licencja: CC Attribution - Share Alike 3.0 Unported

Kotlecik i kompocik

Wyżywienie na wczasach było różne, ale zawsze wydawano trzy posiłki: śniadanie, obiad i kolację. W dużych ośrodkach jadano na dwie zamiany. Rano na wszystkich stołach pojawiała się nieśmiertelna zupa mleczna i dżem. Były parówki lub serdelki, plasterek sera żółtego lub łyżka twarożku. Na obiad jakaś zupa z ziemniakami i mielony z marchewką i groszkiem. Oraz kompot. Mortadela lub salceson na kolację. W niedzielę pojawiał się plasterek szynki i sałatka jarzynowa. Do popicia słodzona herbata, czasami kakao. Lepiej karmiono w ośrodkach resortowych: górniczych czy hutniczych. Tam na obiad często pojawiały się kurczaki i schabowe, a na śniadanie wędliny. Do niedzielnych posiłków dodawano np. ciasto drożdżowe. „Wczasowe” jedzenie uzupełniano lodami i jagodziankami kupowanymi na promenadach w budach lub w barach, w starych autobusach. Rarytasem była oranżada w foliowych torebkach. Wieczorami chodzono na smażoną rybkę podawaną na papierowych tackach. Herbatkę parzono w pokoju, bo obowiązkowym sprzętem „wyjazdowym” była grzałka. Czasami zabierano ze sobą sztućce, bo w stołówkach ich zwyczajnie brakowało, albo lepiły się od brudu. Często aluminiowe widelce miały połamane zęby.

Czy aby na pewno?

Wczasy PRL-owskie wspominamy z nostalgią, bo był to czas beztroski. Ale czy na pewno chcielibyśmy, aby tak wyglądał nasz dzisiejszy wypoczynek? W domku z dykty lub pokoju ze skrzypiącą podłogą, z zapadniętym tapczanem, ze sztywnymi porami posiłków, umywalką w pokoju i jedną toaletą na piętrze? Gdzie wszędzie można było palić i czasem tylko ktoś przypominał, żeby wyjść, bo obok są dzieci? Było tanio, ale gdy dodamy wszystkie lody, jagodzianki, pamiątki, wcale już tanio nie wychodziło.