Obudzić w sobie dziecko
15.05.2009
, aktualizacja: 29.05.2009 21:18
Warto od czasu do czasu wziąć przykład z naszego malucha. Spojrzeć na świat z jego perspektywy. Wszystko po to, by dodać życiu smaku, uczynić je bardziej radosnym i pełnym.
ZOBACZ TAKŻE
- Smakołyki na Dzień Dziecka (15-05-09, 15:38)
- Dzień Dziecka inny niż wszystkie (15-05-09, 15:28)
- Kreatywne zabawki na Dzień Dziecka (15-05-09, 11:08)
- Jak wychować szczęśliwe dzieci (13-05-09, 10:11)
- Pobawmy się tato! (09-04-09, 12:52)
- Przewrażliwieni rodzice (30-01-09, 14:28)
Co to właściwie znaczy "obudzić w sobie dziecko"?
Doświadczać świata tak jak dziecko, całym sobą, wszystkimi zmysłami. Mieć kontakt ze swoimi uczuciami i być świadomym własnych potrzeb. Umieć patrzeć na otoczenie z perspektywy dziecka, czyli tak, jakbyśmy oglądali je po raz pierwszy. Jakbyśmy byli kosmitą zwiedzającym nieznaną planetę. Zaciekawiać się każdym szczegółem, poznawać i smakować, cieszyć się i zachwycać, ale i płakać jeśli zaboli.
Dla wielu z nas to nie lada wyzwanie.
To prawda. Zwłaszcza, jeśli jesteśmy bardzo obowiązkowi i nastawieni do życia zadaniowo. Wtedy nie działamy po to, by zaspokajać swoje potrzeby, tylko głównie, by realizować kolejne zadania, spełniać cudze wymagania, sprostać oczekiwaniom innych, zasłużyć na nagrodę lub uniknąć kary. Koncentrujemy się na efekcie, a nie na samym działaniu. Na przykład idziemy na spacer czy pobiegać "bo to zdrowo", "żeby się odchudzić", "bo tak trzeba", a nie dlatego, że sprawia nam to przyjemność.
Taka postawa, to skutek wychowania?
W dużym stopniu. Jeśli rodzice nie akceptują dziecka takim jakie jest, to ono zrobi wszystko, żeby zasłużyć na miłość. Dostosuje się do oczekiwań i w pewnym sensie wyrzeknie się siebie. Oczywiście, dostosowanie się do pewnych norm i zasad jest konieczne, ale jeśli wymagania nie pozwalają malcowi być sobą, to stopniowo traci on kontakt z własnymi uczuciami i potrzebami. Gubi swoją indywidualność, zamiast cieszyć się nią i rozwijać. Współczesny świat, szkoła i praca też nie sprzyjają pielęgnowaniu wrażliwości dziecka w sobie. Wymaga się od nas byśmy wciąż coś produkowali i szybko to dostarczali, byśmy dostosowali się do panujących wzorców, żyli według cudzych recept. Bywamy traktowani jak towar i sami zaczynamy tak traktować innych. Oczekujemy, że będą nam sprawiać przyjemność, a jeśli tego nie robią, odrzucamy ich. To bardzo smutne.
Nawet jeśli to dziecko zagubiliśmy, to chyba jest jednak jakiś sposób, by je odnaleźć? Proszę podpowiedzieć, co robić.
Najchętniej odpowiedziałabym nie "robić" tylko "być". Obawiam się, że jeśli podam jakieś wskazówki, to wiele, i tak już przeciążonych, matek zmartwi się, że właśnie dołożyłyśmy im kolejny obowiązek. Dopiszą sobie "ćwiczenia poszukiwania dziecka w sobie" jako kolejny punkt na liście zadań. Gdzieś między sprzątaniem, spacerem, a praniem. To wywoła odwrotny skutek. Żeby odnaleźć swoją prawdę, dziecięcą wrażliwość, wystarczy wsłuchiwać się w siebie. Jak najczęściej świadomie doświadczać świata całym sobą.
Proszę chociaż podać przykłady, jak takie poszukiwania mogą wyglądać.
Jeśli mamy małe dziecko, to mamy też pod ręką najlepszego na świecie nauczyciela. Warto je obserwować i, kiedy to możliwe, naśladować. Można położyć się obok niego na łóżku lub podłodze, rozglądać się po pokoju i próbować wyobrażać sobie, jak to pomieszczenie wygląda z perspektywy osoby, która widzi je po raz pierwszy. Można razem turlać się po podłodze. Można rozmawiać z dzieckiem tak, jakby nic poza nami dwojgiem nie istniało. Starać się dostroić do niego tak jak ono do nas. Dzieci bowiem świetnie wyczuwają nasz nastrój i reagują na niego. Pomaga też powrót do własnego dzieciństwa. Przypomnijmy sobie, co wtedy sprawiało nam radość, jak odbieraliśmy rzeczywistość. Jeśli nasze dziecko ma już kilka lat, pozwólmy mu wciągnąć się do zabawy.
No i właśnie tu często pojawia się problem. Wielu rodziców przyznaje, że ich to układanie klocków czy przebieranie lalek ogromnie nudzi.
To może niech się zastanowią, w co sami mają ochotę się pobawić. Może więcej przyjemności od układania klocków znajdą w malowaniu albo lepieniu z plasteliny? Niech spróbują zachęcić malca do tego, co sami lubią. Powinno się udać, bo dzieci są bardziej elastyczne od dorosłych i wszystko je ciekawi.
Ale przecież tu chodzi głównie o przyjemność malca. Bawimy się z nim, żeby jemu, a nie sobie, sprawić radość.
No właśnie. Rodzice często postrzegają bycie z dzieckiem niemal wyłącznie przez pryzmat obowiązków - trzeba się pobawić, trzeba poczytać, trzeba iść na spacer. W sytuacjach skrajnych zachowują się tak, jakby odczuwanie przez nich przyjemności, a tym bardziej dążenie do niej, umniejszało to, co robią dla malucha. Świadczyło o ich egoizmie. Tymczasem jest odwrotnie. Dziecku o wiele więcej radości sprawi malowanie z mamą farbami jeśli czuje, że ją też to cieszy, niż zabawa lalkami z kimś, kto myślami jest gdzie indziej. W relacji z maluchem nie tylko trzeba dawać, ale także brać. Koniecznie. Jako rodzice mamy niejako obowiązek przyjmowania jak najwięcej dobra dla siebie, żeby mieć czym obdarowywać.
Tego dziecka w sobie możemy jednak szukać nie tylko poprzez kontakt z naszym malcem.
Można to robić także poprzez oddawanie się twórczości - malowanie, haftowanie, pisanie, ale także uczenie się nowych rzeczy, wykonywanie znanych czynności w nowy sposób. Na przykład jeśli ktoś lubi gotować, może eksperymentować z nowymi potrawami. Warto też powrócić do swoich marzeń, pragnień, zapomnianych pasji. Kiedy będziemy jak dziecko mocno pragnąć - to aż zdziwimy się, jak dużo będzie nam się spełniać. Wiem to z własnego doświadczenia.
Dużo daje też kontakt z przyrodą.
Tak. Kiedy spacerujemy, mamy okazję uczyć się odbierać świat wszystkimi zmysłami. Podczas przechadzki możemy odpowiadać sobie na kolejne pytania: "co widzę?", "co słyszę?" "co czuję węchem, dotykiem, smakiem?". Na przykład: "widzę drzewa, zielone listki, słyszę skrzypienie kamieni pod stopami, świergot ptaków, czuję promienie słońca na twarzy i zapach trawy po deszczu, smak jabłka...". Potem starajmy się sobie uświadomić, jakie myśli budzi w nas to, czego doświadczamy zmysłami. Jakie uczucia się w nas rodzą, o jakich potrzebach mówią. Na przykład ciepło na policzku wyzwala błogość i myśl - świat jest piękny. Uświadamiam sobie potrzebę relaksu - mam ochotę iść dalej, przedłużyć swój spacer itd. To bardzo ważne, by nauczyć się odróżniać to, co widzimy, słyszymy od tego, co myślimy czyli jak interpretujemy tę sytuację. Nie mylmy też potrzeby, ze sposobem jej zaspokajania. Wbrew pozorom, wielu ludziom to się wszystko miesza.
Brzmi zaskakująco.
Ale każdy z nas zna takie sytuacje. Na przykład mąż mówi: "nie mam siły na rozmowę, jestem zmęczony", a jego żona jest przekonana, że powiedział: "nie interesuje mnie, co masz do powiedzenia, nie jesteś dla mnie ważna". Nie potrafi oddzielić tego, co rzeczywiście usłyszała, od tego co pomyślała i poczuła. Albo mama nakrzyczała na dziecko. W swoim przekonaniu dlatego, że zrobiło bałagan. W rzeczywistości jej reakcja była związana z tym, że w pracy jej nie poszło, albo że jest zmęczona.
Doświadczać świata tak jak dziecko, całym sobą, wszystkimi zmysłami. Mieć kontakt ze swoimi uczuciami i być świadomym własnych potrzeb. Umieć patrzeć na otoczenie z perspektywy dziecka, czyli tak, jakbyśmy oglądali je po raz pierwszy. Jakbyśmy byli kosmitą zwiedzającym nieznaną planetę. Zaciekawiać się każdym szczegółem, poznawać i smakować, cieszyć się i zachwycać, ale i płakać jeśli zaboli.
Dla wielu z nas to nie lada wyzwanie.
To prawda. Zwłaszcza, jeśli jesteśmy bardzo obowiązkowi i nastawieni do życia zadaniowo. Wtedy nie działamy po to, by zaspokajać swoje potrzeby, tylko głównie, by realizować kolejne zadania, spełniać cudze wymagania, sprostać oczekiwaniom innych, zasłużyć na nagrodę lub uniknąć kary. Koncentrujemy się na efekcie, a nie na samym działaniu. Na przykład idziemy na spacer czy pobiegać "bo to zdrowo", "żeby się odchudzić", "bo tak trzeba", a nie dlatego, że sprawia nam to przyjemność.
Taka postawa, to skutek wychowania?
W dużym stopniu. Jeśli rodzice nie akceptują dziecka takim jakie jest, to ono zrobi wszystko, żeby zasłużyć na miłość. Dostosuje się do oczekiwań i w pewnym sensie wyrzeknie się siebie. Oczywiście, dostosowanie się do pewnych norm i zasad jest konieczne, ale jeśli wymagania nie pozwalają malcowi być sobą, to stopniowo traci on kontakt z własnymi uczuciami i potrzebami. Gubi swoją indywidualność, zamiast cieszyć się nią i rozwijać. Współczesny świat, szkoła i praca też nie sprzyjają pielęgnowaniu wrażliwości dziecka w sobie. Wymaga się od nas byśmy wciąż coś produkowali i szybko to dostarczali, byśmy dostosowali się do panujących wzorców, żyli według cudzych recept. Bywamy traktowani jak towar i sami zaczynamy tak traktować innych. Oczekujemy, że będą nam sprawiać przyjemność, a jeśli tego nie robią, odrzucamy ich. To bardzo smutne.
Nawet jeśli to dziecko zagubiliśmy, to chyba jest jednak jakiś sposób, by je odnaleźć? Proszę podpowiedzieć, co robić.
Najchętniej odpowiedziałabym nie "robić" tylko "być". Obawiam się, że jeśli podam jakieś wskazówki, to wiele, i tak już przeciążonych, matek zmartwi się, że właśnie dołożyłyśmy im kolejny obowiązek. Dopiszą sobie "ćwiczenia poszukiwania dziecka w sobie" jako kolejny punkt na liście zadań. Gdzieś między sprzątaniem, spacerem, a praniem. To wywoła odwrotny skutek. Żeby odnaleźć swoją prawdę, dziecięcą wrażliwość, wystarczy wsłuchiwać się w siebie. Jak najczęściej świadomie doświadczać świata całym sobą.
Proszę chociaż podać przykłady, jak takie poszukiwania mogą wyglądać.
Jeśli mamy małe dziecko, to mamy też pod ręką najlepszego na świecie nauczyciela. Warto je obserwować i, kiedy to możliwe, naśladować. Można położyć się obok niego na łóżku lub podłodze, rozglądać się po pokoju i próbować wyobrażać sobie, jak to pomieszczenie wygląda z perspektywy osoby, która widzi je po raz pierwszy. Można razem turlać się po podłodze. Można rozmawiać z dzieckiem tak, jakby nic poza nami dwojgiem nie istniało. Starać się dostroić do niego tak jak ono do nas. Dzieci bowiem świetnie wyczuwają nasz nastrój i reagują na niego. Pomaga też powrót do własnego dzieciństwa. Przypomnijmy sobie, co wtedy sprawiało nam radość, jak odbieraliśmy rzeczywistość. Jeśli nasze dziecko ma już kilka lat, pozwólmy mu wciągnąć się do zabawy.
No i właśnie tu często pojawia się problem. Wielu rodziców przyznaje, że ich to układanie klocków czy przebieranie lalek ogromnie nudzi.
To może niech się zastanowią, w co sami mają ochotę się pobawić. Może więcej przyjemności od układania klocków znajdą w malowaniu albo lepieniu z plasteliny? Niech spróbują zachęcić malca do tego, co sami lubią. Powinno się udać, bo dzieci są bardziej elastyczne od dorosłych i wszystko je ciekawi.
Ale przecież tu chodzi głównie o przyjemność malca. Bawimy się z nim, żeby jemu, a nie sobie, sprawić radość.
No właśnie. Rodzice często postrzegają bycie z dzieckiem niemal wyłącznie przez pryzmat obowiązków - trzeba się pobawić, trzeba poczytać, trzeba iść na spacer. W sytuacjach skrajnych zachowują się tak, jakby odczuwanie przez nich przyjemności, a tym bardziej dążenie do niej, umniejszało to, co robią dla malucha. Świadczyło o ich egoizmie. Tymczasem jest odwrotnie. Dziecku o wiele więcej radości sprawi malowanie z mamą farbami jeśli czuje, że ją też to cieszy, niż zabawa lalkami z kimś, kto myślami jest gdzie indziej. W relacji z maluchem nie tylko trzeba dawać, ale także brać. Koniecznie. Jako rodzice mamy niejako obowiązek przyjmowania jak najwięcej dobra dla siebie, żeby mieć czym obdarowywać.
Tego dziecka w sobie możemy jednak szukać nie tylko poprzez kontakt z naszym malcem.
Można to robić także poprzez oddawanie się twórczości - malowanie, haftowanie, pisanie, ale także uczenie się nowych rzeczy, wykonywanie znanych czynności w nowy sposób. Na przykład jeśli ktoś lubi gotować, może eksperymentować z nowymi potrawami. Warto też powrócić do swoich marzeń, pragnień, zapomnianych pasji. Kiedy będziemy jak dziecko mocno pragnąć - to aż zdziwimy się, jak dużo będzie nam się spełniać. Wiem to z własnego doświadczenia.
Dużo daje też kontakt z przyrodą.
Tak. Kiedy spacerujemy, mamy okazję uczyć się odbierać świat wszystkimi zmysłami. Podczas przechadzki możemy odpowiadać sobie na kolejne pytania: "co widzę?", "co słyszę?" "co czuję węchem, dotykiem, smakiem?". Na przykład: "widzę drzewa, zielone listki, słyszę skrzypienie kamieni pod stopami, świergot ptaków, czuję promienie słońca na twarzy i zapach trawy po deszczu, smak jabłka...". Potem starajmy się sobie uświadomić, jakie myśli budzi w nas to, czego doświadczamy zmysłami. Jakie uczucia się w nas rodzą, o jakich potrzebach mówią. Na przykład ciepło na policzku wyzwala błogość i myśl - świat jest piękny. Uświadamiam sobie potrzebę relaksu - mam ochotę iść dalej, przedłużyć swój spacer itd. To bardzo ważne, by nauczyć się odróżniać to, co widzimy, słyszymy od tego, co myślimy czyli jak interpretujemy tę sytuację. Nie mylmy też potrzeby, ze sposobem jej zaspokajania. Wbrew pozorom, wielu ludziom to się wszystko miesza.
Brzmi zaskakująco.
Ale każdy z nas zna takie sytuacje. Na przykład mąż mówi: "nie mam siły na rozmowę, jestem zmęczony", a jego żona jest przekonana, że powiedział: "nie interesuje mnie, co masz do powiedzenia, nie jesteś dla mnie ważna". Nie potrafi oddzielić tego, co rzeczywiście usłyszała, od tego co pomyślała i poczuła. Albo mama nakrzyczała na dziecko. W swoim przekonaniu dlatego, że zrobiło bałagan. W rzeczywistości jej reakcja była związana z tym, że w pracy jej nie poszło, albo że jest zmęczona.
1
2
następne »
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Ciąża i poród









