Podróżują z małymi dziećmi: "Kompletnie nie umiemy planować, wszystko robimy z dnia na dzień" [WYWIAD]

Karolina Stępniewska
13.03.2015 12:01
A A A
"W podróży jest nam łatwiej dzieci opanować. Plan dnia układa się sam, musimy wstać rano, zjeść śniadanie, przemieścić się z punktu A do punktu B" - mówi Ola Wysocka, podróżniczka, współautorka bloga "8 stóp". Jak podróżuje się przez pół roku z małym dzieckiem i niemowlęciem? Czy to leczenie własnych kompleksów - jak widzą to niektórzy internauci - czy świetny sposób na życie?
8 stóp, czyli podróżująca rodzina w komplecie: Paweł, Maciek, Kalina i Ola Wysoccy

8 stóp, czyli podróżująca rodzina w komplecie: Paweł, Maciek, Kalina i Ola Wysoccy (fot. archiwum prywatne)

Karolina Stępniewska: - Jak wyglądało wasze życie przed podróżą z dziećmi do Stanów?

Ola Wysocka, podróżniczka, współautorka bloga „8 stóp” o podróżowaniu z dziećmi i właścicielka kawiarni o tej samej nazwie na warszawskiej Pradze: - To była nasza pierwsza duża podróż, wcześniej jeździliśmy tak jak pozwalał nam urlop, wakacje na studiach itd. Generalnie od zawsze jeździłam. Byłam harcerką, wcześniej jeździłam z rodzicami. W pierwszej pracy miałam dużo szczęścia, bo pracowałam w szkole amerykańskiej, więc miałam dużo wolnego. Potem poszłam do korporacji i wszyscy mi mówili, że teraz skończą się długie wyjazdy, ale też udało mi się wyjeżdżać na 3-4 tygodnie.

Męczył cię styl pracy w korporacji?

- Nie, ja to nawet lubiłam. Byłam na takim etapie w życiu, że potrzebowałam świadomości, że za dwa miesiące też będę miała coś na koncie. Wzięłam kredyt, lubiłam tę przewidywalność i stabilność. Mój szef, który nie był Polakiem, miał jedną zasadnicza zaletę: kiedy poszłam go poprosić o 3 tygodnie urlopu, bo chciałam polecieć do Gwatemali, zgodził się bez problemu. U niego w Południowej Afryce wszyscy tak biorą urlopy (śmiech). Warto zapytać, bo czasem ludzie nawet tego się boją.

8 stópfot. archiwum prywatne

Wiele osób myśli sobie tęsknie: „jakież to musiałoby być cudowne, rzucić tę pracę i wyjechać!”. Ale tego nie robią, a wy to zrobiliście...

- No właśnie. Zaszłam w ciążę z pierwszym dzieckiem, Maćkiem i poszłam na macierzyński. Pod koniec urlopu Paweł - mój mąż - dostał ofertę pracy na kontrakcie w Libii. Nie byłam chętna na taki wyjazd, ale akurat była zima - koszmar, ciemno, nie znoszę tej pory roku. I powiedziałam: „Wiesz co? Weź zapytaj, czy nie mają jakiejś pracy dla mnie. Jeśli mają, to jedziemy choćby jutro”. I mieli. Pracowaliśmy w Libii oboje przez prawie rok.. Wróciliśmy do Polski dzień przed wybuchem rewolucji, w firmie zostaliśmy jeszcze półtora roku.

To była bardzo dobrze płatna praca, od razu to powiem: stąd mamy pieniądze. To zawsze jest pierwsze pytanie: „A skąd oni mieli na to pieniądze?”. Otóż zarobiliśmy. Kiedy urodziłam drugie dziecko, Kalinę, nadszedł taki moment, że trzeba było sobie zadać pytanie: co dalej? W Libii nadal było bardzo niebezpiecznie, Paweł jeździł tam co jakiś czas na tydzień-dwa, ale firma naciskała na dłuższe pobyty. Tymczasem wyjazd z dziećmi w ogóle nie wchodził w grę. Bycie rodziną na odległość też nam zupełnie nie odpowiadało, więc podjęliśmy trudną decyzję, żeby rzucić pracę. Długo się nad tym zastanawialiśmy.

Spakowaliście plecaki i pojechaliście?

- Nie od razu, ale wiedzieliśmy, że chcemy gdzieś pojechać. Kiedy byliśmy na Dominikanie, poznaliśmy takiego gościa, który rzucił pracę w korporacji, wziął swoją rodzinę i kupił kawałek ziemi na Dominikanie, wybudował tam trzy bungalowy, które wynajmuje turystom. On powiedział coś, co bardzo zapadło nam w pamięć: pracujemy ciężko po to, żeby zapewnić dzieciom wszystko, co najlepsze i żeby one kiedyś nie musiały ciężko pracować, tylko żeby mogły robić to, co chcą. Ale dzieci uczą się życia od rodziców i patrząc na nas jak harujemy, będą wiedziały, że trzeba ciężko pracować, ciułać, spłacać kredyt, kupić lepszy samochód...

To nas ostatecznie przekonało, bo nie chcieliśmy dla naszych dzieci takiego życia. Sama pochodzę z krótkowiecznej rodziny - mój tata umarł, jak miał 56 lat, moja mama ma teraz raka płuc, a ma 59 lat - i ja wiem, że jak chcę coś zrobić, zobaczyć, muszę to zrobić teraz, a nie odkładać do emerytury. To często wymaga odwagi i poświęceń, ale coś za coś. I tego chcę też nauczyć moje dzieci: jeśli chcą coś zrobić, niech to robią, niech nie czekają na wygraną w totka, niech nie odkładają marzeń na później. Jasne, że trzeba ciężko pracować, ale niech to będzie środek do celu, a nie cel sam w sobie!

8 stóp w Amerycefot. archiwum prywatne

I wtedy wymyśliliście podróż po Stanach?

- Tak. Stany były takie „bezpieczne”. Byliśmy tam wcześniej, wiedzieliśmy, że tam jest fajnie, wygodnie i że mają cywilizowaną służbę zdrowia. Maciek był bardzo chorowity jak był mały, przez pierwsze pół roku życia był dwukrotnie w szpitalu i nie wiedzieliśmy, w jakim kierunku pójdzie Kalina, która miała 3 miesiące w momencie podejmowania tej decyzji. Chcieliśmy jechać w miejsce z dobrymi szpitalami i wykupiliśmy dobre ubezpieczenie. Na szczęście nie poszła w ślady brata.

Pojechaliśmy i zobaczyliśmy kraj, który nas zachwycił do tego stopnia, że chcielibyśmy przenieść się tam na stałe. To coś pięknego - kraj, który ma wszystko: wulkany, jeziora, kaniony.... Spokojnie moglibyśmy podróżować rok albo dwa i nie zobaczylibyśmy wszystkiego. Poznaliśmy Amerykanów, z których świat się nabija, a my zobaczyliśmy bardzo pomocnych, życzliwych ludzi, którzy wcale nie są tacy głupi, jak się o nich mówi.

Wiedzą, jak być szczęśliwi?

- Tak. Dzisiaj przeczytałam artykuł, którego bohaterka postanowiła przeprowadzić eksperyment i przez rok być życzliwa dla obcych ludzi. Świetny artykuł, ale smutne jest to, że w Polsce trzeba przeprowadzać takie eksperymenty, bo w Stanach tak po prostu jest. Tam nie jest dziwne, że ktoś podejdzie i powie do nas coś miłego. A w Polsce to od razu podejrzane. Bardzo nas Stany wciągnęły.

8 stópfot. archiwum prywatne

Byliście tam przez pół roku?

- Tak. Kupiliśmy przyczepę, samochód i zjechaliśmy 40 tys. km. Sporo zobaczyliśmy.

Dokąd udacie się następnym razem?

- Nasze podróże przychodzą do nas całkiem niespodziewanie. Nie planujemy.

Twój mąż wrócił miesiąc temu do pracy w korporacji. To teraz trochę będzie trzeba zaczekać z wyruszeniem w świat?

- Pewnie tak. Za to pod koniec roku byliśmy przez dwa miesiące w Azji, bo wygrałam bilety lotnicze! Byliśmy w Tajlandii, Laosie i przez tydzień w Kambodży. Plany mieliśmy jak zawsze zamaszyste, miał być jeszcze Wietnam i więcej czasu w Kambodży, ale my kompletnie nie umiemy planować, wszystko robimy z dnia na dzień. Teraz też. Wylądowaliśmy w Bangkoku, wyjęliśmy mapę... „To co? Na północ czy na południe?”. Tak było w zasadzie przez całą trasę, jedynym punktem, o którym wiedzieliśmy na pewno, że go odwiedzimy to Wientian w Laosie, bo mamy tam znajomą, do której chcieliśmy pojechać. Dla nas sztywny plan byłby ograniczający, lubimy po drodze zmieniać trasę, kiedy usłyszymy, że coś jest fajne albo kiedy gdzieś nam się spodoba i chcemy tam zostać na dłużej.

8 stópfot. archiwum prywatne

Podróżujecie z dziećmi. Stany są do oswojenia, ale Azja kojarzy się wielu osobom z prawdziwym pójściem na żywioł. Są wyraźne różnice w podróżowaniu z maluchami po Stanach i po np. Laosie?

- Nie. Bardziej takie różnice, że w Stanach Kalina miała pół roku, więc musieliśmy mieć i mleko modyfikowane, i pieluchy... W Stanach wszystko jest, a w Azji już nie potrzebowaliśmy niczego. Czasem pieluchy, bo Kalina potrzebuje ich na noc. W Azji można kupić pieluchy (śmiech).

Ile dzieci teraz mają lat?

- Kalina 2,5, a Maciek 5,5.

Wszyscy pewnie martwili się, co dzieci będą w tej Azji jeść?

- Oczywiście. Na szczęście nasze dzieci są wszystkożerne. W turystycznych miejscach można kupić wszystko i wszędzie można dogadać się po angielsku, ale bywaliśmy też w miejscach, gdzie ludzie nie znali ani słowa w tym języku. Na przykład w Laosie wynajęliśmy skutery i pojechaliśmy w jakąś głuszę, a tam były takie restauracje typu kilka stolików przy domu i można tam było kupić zupę - makaron, mięsko, trochę warzyw. Pokazywaliśmy na migi, że ma nie być ostra i dzieci to jadły, a jak im się już zupy przejadły, to pokazywaliśmy, że chcemy na przykład makaron bez niczego i to też działało.

Jak dzieci zachowują się w trakcie takich przedłużonych wakacji? Czy ludzie zarzucają wam, że to jest dla nich zbyt męczące? Dużo marudziły w podróży?

- Oczywiście, że tak. Dzieci są marudne i mają humory niezależnie od tego, czy są w Polsce, czy w podróży. My w ogóle mamy mało cierpliwości i jesteśmy mało kreatywni, jeśli chodzi o wymyślanie codziennych rozrywek w Polsce. W podróży jest nam łatwiej dzieci opanować. Plan dnia układa się sam, musimy wstać rano, zjeść śniadanie, przemieścić się z punktu A do punktu B itd. Oczywiście zdarza się, że dzieci mają lepszy lub gorszy dzień, zdarza się też, że ryczą...

8 stópfot. archiwum prywatne

Ale są urodzonymi podróżnikami?

- Dzieci aklimatyzują się dużo łatwiej niż dorośli. Największym problemem jest jet lag, dlatego też wolę wyjeżdżać na dłużej. Natomiast zwiedzanie jest dla nich czymś naturalnym. Oczywiście bywają zmęczone, ale kiedy pojedziemy na urodziny do cioci albo na zakupy też mogą być zmęczone i płakać.

Jasne, że najłatwiej posadzić dzieci przed telewizorem i włączyć bajki, ale my jednak wolimy je czasem trochę pomęczyć. A przy okazji spędzić z nimi więcej czasu, niż ten między odebraniem z przedszkola a położeniem spać.

Łatwiej podróżować z niemowlęciem czy z małym dzieckiem?

- Z niemowlęciem jest dużo łatwiej. Śpi i nie ucieka. Kalina, kiedy wyjechaliśmy do Stanów głównie siedziała i uśmiechała się, wsadzaliśmy ją w wózek lub nosidełko albo kładliśmy na kocu koło przyczepy. Trudniej zrobiło się, kiedy miała około 10 miesięcy i chciała być bardziej mobilna. A teraz ma 2,5 roku, świetnie chodzi, wie, czego chce i nie zawsze jest to to, czego chcą rodzice, więc czasem namówić ją, żeby szła tam, gdzie my, wcale nie jest takie proste. To trudny wiek do podróżowania. Myślę, że do roku jest bardzo prosto, a potem od 3,5 robi się znowu łatwiej.

Jak się pakuje na długą podróż z niemowlęciem? Zabraliście wanienkę?

- Zabraliśmy trochę gadżetów, głównie dlatego, że wiedzieliśmy, że będziemy mieć przyczepę, więc możemy sobie na to pozwolić. Mieliśmy dzięki naszej wspaniałej libijskiej przygodzie i częstym lotom na trasie Warszawa - Trypolis program frequent traveller i na naszą czwórkę mogliśmy zabrać 120 kg bagażu. Więc zabraliśmy 120 kg bagażu (śmiech). Mieliśmy składaną wanienkę, bez której spokojnie dalibyśmy sobie radę, ale fajnie było ją wystawić na zewnątrz, gdy było ciepło i dzieci mogły się w niej pluskać. Gadżet, który okazał się rewelacyjny to namiot z moskitiery. Przydawał się nie tylko na drzemkę na zewnątrz, Kalina w nim spała na co dzień.

Poza tym w Stanach wszystko można kupić,. My dokupiliśmy jeszcze krzesełko do karmienia na przykład. Przydatne okazało się nosidełko. Z Polski mieliśmy też fotelik samochodowy dla Kaliny, Maćkowi kupiliśmy na miejscu na wyprzedaży garażowej za 5 dolarów.

8 stópfot. archiwum prywatne

A ostatnia podróż? Dzieci starsze i rozumiem, że już nie mieliście limitu 120 kg.

- Nie. Nie wzięliśmy tym razem żadnych gadżetów, poza nosidełkiem ze stelażem, który mieliśmy do testowania od jednej firmy. Mieliśmy kilka książek, zabawek, podręczniki szkolne Maćka.

Co z lekarstwami? Wzięliście cały zapas z Polski?

- Wzięliśmy Zyrtec, bo Maciek jest alergikiem. Smectę, elektrolity i to chyba wszystko. No i duży zapas muggi - repelentu na komary. Stwierdziliśmy, że resztę w razie czego kupimy na miejscu. Poza tym wszędzie są szpitale, dokładnie wszystko sprawdziliśmy pod kątem służby zdrowia. Raczej nie pojechalibyśmy do kraju mocno malarycznego albo takiego, w którym jest niebezpiecznie.

Zarażacie innych swoim pomysłem na życie?

- Dostaję czasem maile, że ktoś przeczytał blog, że wcześniej się bali takiej podróży z dzieckiem, ale że jednak spróbują. Proszą też o rady. Raz w miesiącu mamy u nas w kawiarni spotkania z „Klubem Nomadów” - pokazy zdjęć podróżujących rodzin. Kupa ludzi na to przychodzi. Oczywiście zwykle ludzie się boją wyjeżdżać z małymi dziećmi, myślą, że można tylko nad Bałtyk albo na all inclusive, ale jak im pokazać, że jednak się da to się otwierają.

8 stópfot. archiwum prywatne

Z krytyką w internecie pewnie też się spotykacie?

- Oczywiście. Taki popularny hejt, oprócz pytań „Ciekawe skąd oni mają na to pieniądze” i „A co jak dziecko się rozchoruje”, to stwierdzenie, że w ten sposób leczymy swoje kompleksy. I że przecież można się poświęcić i zostać w domu! Ja jestem córką matki, która poświęciła się dla mnie - postanowiła rzucić pracę i zostać ze mną w domu, żebym nie musiała chodzić do przedszkola, bo dużo chorowałam. Patrząc z perspektywy czasu, oczywiście jestem wdzięczna i pewnie miałam lepsze dzieciństwo niż gdybym chodziła z glutem do przedszkola, ale jak patrzę na nią teraz, to widzę, ile przez to straciła w życiu i widzę, że do dziś płaci dużą cenę za to, że podjęła wtedy taką decyzję. Nie skarży się, ale wiem, że byłaby teraz dużo szczęśliwszą osobą, gdyby kiedyś ze względu na mnie nie rzuciła pracy.

Mam nadzieję, że moje dzieci kiedyś docenią to, że ja byłam szczęśliwa i robiłam to, co lubię. Oczywiście, że zrobię wszystko dla dzieci, ale poświęcanie się na wyrost to nie najlepsza droga. Szczęśliwe dzieci to dzieci szczęśliwych rodziców. A dla mnie bycie w drodze to ważna sprawa.