1. I trymestr ciąży

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
  2. II trymestr ciąży

    1. 15
    2. 16
    3. 17
    4. 18
    5. 19
    6. 20
    7. 21
    8. 22
    9. 23
    10. 24
    11. 25
    12. 26
    13. 27
  3. III trymestr ciąży

    1. 28
    2. 29
    3. 30
    4. 31
    5. 32
    6. 33
    7. 34
    8. 35
    9. 36
    10. 37
    11. 38
    12. 39
    13. 40
  4. I rok życia

    1. 1
    2. 2
    3. 3
    4. 4
    5. 5
    6. 6
    7. 7
    8. 8
    9. 9
    10. 10
    11. 11
    12. 12
    13. 13
    14. 14
    15. 15
    16. 16
    17. 17
    18. 18
    19. 19
    20. 20
    21. 21
    22. 22
    23. 23
    24. 24
    25. 25
    26. 26
    27. 27
    28. 28
    29. 29
    30. 30
    31. 31
    32. 32
    33. 33
    34. 34
    35. 35
    36. 36
    37. 37
    38. 38
    39. 39
    40. 40
    41. 41
    42. 42
    43. 43
    44. 44
    45. 45
    46. 46
    47. 47
    48. 48
    49. 49
    50. 50
    51. 51
    52. 52

Podaj: planowaną datę porodu lub datę urodzin dziecka

Poronienie boli jak śmierć [LIST]

Pierwszy poranek był pogodny, kwietniowy. Zaraz po przebudzeniu pobiegłam na pełne nadziei "sam na sam" z testem ciążowym. Już od kilku miesięcy staraliśmy się o dzidziusia. I wreszcie! Dwie kreski. Więc wzruszenie. Pęd do łóżka, do męża. Radość. Jeszcze niczym niezmącona.
Początki były standardowe.

Lekarz, pierwsze badania, pierwsze potwierdzające ciążę usg. Żadnych komplikacji. Cudowny termin porodu, między świętami a Sylwestrem. Data w karcie: 31 grudnia. Śmialiśmy się, że jeśli dzidziuś poczeka do północy, będzie o calutki rok młodszy. Zgodnie ze zwyczajem, nie mówiliśmy nikomu o ciąży. Tak się przecież robi: do końca pierwszego trymestru cisza, żeby nie zapeszyć.

Aż do połowy maja wszystko szło świetnie.

Do kolejnego poranka, kiedy odkryłam, że plamię. W ciąży nawet nieznaczne ślady krwi to powód do niepokoju. Dlatego natychmiast pojechałam do najbliższego szpitala. Nie było tłoku, nie czekałam zbyt długo. Badanie, dokładne usg i ulga - szyjka długa, ujście zamknięte, zarodek jest i ma mniej więcej 2,5 mm. "Poronienie zagrażające" - wpisano mi w kartę, ale wypuszczono do domu. Dostaję duphaston na podtrzymanie ciąży i polecenie, abym zgłosiła się do swojego ginekologa 2 czerwca. "Powinno być dobrze" - pociesza mnie na odchodne lekarz.

Powinno. Ale nie jest. Trzeci poranek, 31 maja, jest już tragiczny,

bo tym razem widzę na bieliźnie i pościeli prawdziwą katastrofę. Ilość krwi ze skrzepami nie pozostawia złudzeń. Znów w te pędy jedziemy do szpitala. Płaczę po drodze, dopiero na Izbie Przyjęć biorę się w garść. Ale w usg nie ma już ani pęcherzyka, ani echa od zarodka, w kartę wpisują mi tym razem: "obraz odpowiada resztkom po poronieniu".

Młoda lekarka jest empatyczna, ciepła, ale niewiele może pomóc.

Chce mnie zostawić na oddziale, abym następnego dnia poddała się zabiegowi oczyszczenia macicy. Nie zgadzam się i wypisuję ze szpitala na własne życzenie i odpowiedzialność. Wolę wrócić na zabieg rano, bo teraz muszę jak najszybciej gdzieś się schować. Wykrzyczeć, wypłakać, pobyć z dala od obcych. Mąż ma kamienną twarz. Jest wstrząśnięty, ale reaguje inaczej niż ja. Milczy całą drogę, milczy w nocy. Będzie tak milczał na ten temat już zawsze. Za to rano to on zajmuje się calutką logistyką: dowieść mnie na oddział, zabrać papiery, pogadać z lekarzem. To dobrze, że jest i działa, bo ja po przeryczanej, nieprzespanej nocy jestem jak otulona watą. Niezbyt przytomna.

Zostaję przyjęta na oddział, mam osobny pokój,

jestem w nim sama, w pobliżu nie ma żadnych ciężarnych ani mam z noworodkami. To cenne i cieszę się, że szpital oferuje minimum intymności. Podczas badań nikt nie rozmawia już ze mną o ciąży. Była tak wczesna (9 tydzień), że nie ma też mowy o żadnym ciele, nikt zapewne nie jest w stanie odnaleźć dziecka, które (wiem to z internetu) jest nie większe niż wisienka. Czekam kilka godzin na swoją kolej, w tym czasie pobierają mi krew i zostawiają w spokoju. Mam ze sobą zeszyt, robię zapiski, piszę cokolwiek, bo to przynosi mi ulgę. Mąż cały czas może być przy mnie. Odprowadza mnie na salę zabiegową. Zostaje przed drzwiami.

Ginekologiczne łóżko, anestezjolog, ginekolog, pielęgniarki.

Wszystko przebiega sprawnie, żadnych zbędnych komentarzy. "No to zaczynamy" - mówi lekarz - i to ostatnie moje wspomnienie. Budzę się skołowana, w drodze powrotnej do mojego pokoju. Kręci mi się w głowie, rejestruję tylko, że nadal jest przy mnie mąż, że żyję, że już po zabiegu - i zapadam w sen. Jeszcze tego samego dnia wieczorem wypisują mnie do domu. Mam się zgłosić za jakiś czas po badanie histopatologiczne (niczego konkretnego nie wykaże). To wszystko. Nie ma propozycji wsparcia psychologicznego. Dla szpitala jest już po sprawie. Dla mnie, niestety, nie bardzo.

Wracam do domu. W Dzień Dziecka. Z pustą, starannie oczyszczoną macicą.

Z dnia na dzień - bez ciąży. Mam irracjonalne poczucie, że to był synek. W myślach nadaję mu imię: Gucio. Już się nie poznamy. Nie spotkamy. Przeżywam to, co zapewne w chwilach straty przeżywa każdy z nas: rodzaj zdziwienia, że świat istnieje i śmieje się nadal, choć mi pękło właśnie serce.

Przez kilka kolejnych dni jestem tak rozwalona,

że postanawiam odwiedzić znajomą terapeutkę. Opowiadam jej o wszystkim i znów bardzo płaczę. Dowiaduję się, że mam prawo do żałoby, mimo że moje dziecko nawet się nie urodziło i dla niektórych to w ogóle nie byłoby jeszcze dziecko, ale co najwyżej jego obietnica. Niespełniona. Terapeutki nie szokuje moje cierpienie. Rozumie je. Szanuje. To dla mnie cenne. Mam prawo być smutna, zbuntowana, zszokowana, rozżalona. Mam prawo tęsknić. Płakać. Ale mam się przy tym nie obwiniać. Utrata wczesnej ciąży zdarza się bardzo często - niektóre szacunki mówią, że nawet w 25% przypadków. Powodów mogą być tysiące. Coś poszło nie tak, ale to nie przeze mnie. Przez kolejne miesiące będę powtarzać to sobie jak mantrę.

I tak miałam szczęście w nieszczęściu.

Nie wyobrażam sobie, co czują kobiety, gdy ciąża jest bardziej zaawansowana. Gdy zamiast oczyszczania macicy w znieczuleniu przeżywają np. normalny, pełny poród ale martwego dziecka. Gdy potem hormony wywołują u nich laktację, a karmić nie ma kogo. Albo te, które ronią raz za razem: trzy poronienia, cztery, siedem... To musi być horror!

Gucio - Wielki Nieistniejący - pozostawił we mnie ślad na zawsze.

Wróciłam do normy, nie rozmyślam o nim obsesyjnie, ale pamiętam. W tym roku szedłby do przedszkola. Czasem mi się śni. Moja podświadomość stworzyła obraz małego chłopca, który mówi do mnie "mamo". To dobre sny, ciepłe. Ale choć o nim pamiętam, to z nikim o tym nie rozmawiam, nawet z mężem. Poronienie to tabu. Tajemnica. Uważam, że mimo wszystko tak jest lepiej. Po co zasmucać dodatkowo babcie, ciocie, przyjaciół? Albo - z drugiej strony - narażać się na komentarze, że przecież dziecka w zasadzie nie było, że co to za ciąża, która trwała 9 tygodni, że urodziłam już sobie inne, itp., itd. To by mnie bolało. Tak sądzę, bo przecież nie mogę spokojnie słuchać pewnej piosenki, która od kilku tygodni jest na liście przebojów radiowej Trójki. "44" zespołu Luxtorpeda. Gdy słyszę: "Nie mieliśmy szansy na dotyk. Nie mogliśmy spojrzeć sobie w oczy" - znów czuję znajomą gulę w gardle...

*Tekst został opublikowany pod pseudonimem

Więcej o:
Komentarze (67)
Poronienie boli jak śmierć [LIST]
Zaloguj się
  • ja.marianna

    Oceniono 72 razy 60

    przeżyłam poronienie w 9 tyg. przeżyłam też śmierć dziecka w 18 dobie po porodzie. te dwie sprawy dzieli przepaść. Wiem też, że wszystko da się przeżyć. od śmierci mojego dziecka minął prawie rok. teraz staramy się o kolejne. Ból wraca każdego dnia i czasami nie pozwala wstać z łóżka, ale trzeba żyć tym, co będzie, a nie tym, co było, iść do przodu. więc wstaję, wycieram oczy i żyję.

  • zmichalg1

    Oceniono 98 razy 54

    Kobieto,
    Jeśli natura "decyduje" o naturalnym poronieniu, to ma ku temu zapewne ważne powody np. zarodek miał poważne wady genetyczne, które prędzej czy później wyszłyby. A wtedy bolałoby to znaaaaacznie mocniej. Brutalne, ale prawdziwe.

  • misiana

    Oceniono 60 razy 34

    Wszystko zależy od tego, jakie ma się nastawienie i czy jest się słabą, czy silną psychicznie. Poroniłam w 12 tygodniu - trudno. Przykro, owszem. Cieszyłam się z ciąży, kiedy nie wyszło, poczułam się, jakby mi coś odebrano. Ale uważam, że jeśli nie ma się na coś wpływu, nie ma sensu się nad tym długo zatrzymywać. Stało się i tyle - nie ja pierwsza, nie ostatnia. Przedstawianie tej sprawy przez autorkę jako gigantycznej traumy to po prostu egzaltacja.

    "Poronienie to tabu. Tajemnica" - nie, to nie jest temat tabu, chyba że sama go takim czynisz. Ja o poronieniu rozmawiałam i z rodziną, i ze znajomymi i nie robiłam z tego tajemnicy.

    "W tym roku szedłby do przedszkola. Czasem mi się śni" - sama to sobie robisz, kobieto. Przestań przeżywać, myśleć, co by było, bo to nie ma żadnego sensu. Staraj się sobie to zracjonalizować, zamiast pławić się w emocjach i wieloletnich wspomnieniach.

    Poronienie to rzecz częsta. Czasu się nie cofnie, magiczną różdżką nie machnie. Zrób coś dla siebie i pozwól sobie żyć dalej. Przestać rozpamiętywać jak pensjonarka.

  • doktorku77

    Oceniono 91 razy 31

    A ja się czasem zastanawiam czy kobiety same nie są sobie po części winne temu, że tak przeżywają poronienie, zwłaszcza to wczesne. Mamy w obecnych czasach pewnego rodzaju obsesję na punkcie dzieci. A właściwie na punkcie kontrolowania wszystkiego, w tym dzieci. Od momentu pojawienia się tych magicznych pasków na teście ciążowym planowanie pokoiku dla dziecka, przedszkola i studiów. To całe "jesteśmy w ciąży", tak znamienne dla naszych czasów - ludzie! Facet nie jest w ciąży! Kobiety nastawiają całe swe jestestwo na perspektywę posiadania dziecka tu i teraz, a potem jak coś pójdzie nie tak, to nic dziwnego, że zawód jest tak wielki. Rozumiem lęki i niepokój przy poronieniu nawykowym - lęki o to, że nigdy się nie uda mieć potomstwa. Ale histeria przy pierwszym poronieniu i to w 9 tygodniu? - przesada. Można być co najwyżej przygnębionym. W czasach, gdy nie było domowych testów ciążowych, czasem spóźniała się 1-2 tyg miesiączka, potem była bardzo obfita i już było po poronieniu - kobieta nawet nie wiedziała, że jest w ciąży.

  • boo-boo

    Oceniono 28 razy 24

    To jest kwestia indywidualna. Są takie co po stracie kilkutygodniowej ciąży będą cierpieć długo, a są takie co nad aborcja przejdą do porządku dziennego.
    Wszystko zależy od nastawienia jakie się miało.

  • lucyjkama

    Oceniono 39 razy 23

    Poroniłam. To boli ale bez przesady. 9 tydzień to co innego niż 24 gdy brzuszek już jest mocno zaokrąglony i matka czuła ruchy. To co innego gdy umiera kilkulatek.
    To też zupełnie inny ból niż choroba już narodzonego dziecka.

  • Anna Podleśna

    Oceniono 24 razy 20

    Byłam tam.
    Miałam tyle szczęścia, że było to poronienie zupełne, więc mogłam zaraz zajść w kolejną ciążę.
    Tak zrobiłam - i sześć miesięcy po planowanej dacie porodu, urodziło się moje drugie dziecko

  • blasphemy

    Oceniono 20 razy 16

    Pomimo powagi tematu chciałbym zapytać czy jest tu jakaś korekta? "dowieść mnie na oddział" - po jakiemu to?

  • krychnas

    Oceniono 26 razy 16

    Mam dwójkę wspaniałych dzieci - 11 i 9 latkę. Z piątej i szóstej ciąży. Po ośmiu latach starań.Dziewczyny - przeszłam przez podobne piekło. Ale same nie wiecie ile macie w sobie siły, ja sama nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dacie radę. Ale to co przeżyłam ja i mąż nigdy nie znika. To będzie w Was do końca. Jak szufladka z bólem do , której się zagląda przed świetami czy terminami tamtych "porodów". Mimo wszystko.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX