Nauczyciele sponsorują szkołę? "To rodzice dostają listę rzeczy do przyniesienia"

Rodzice, którzy słyszą, że to nauczyciele finansują materiały potrzebne do zajęć, mówią, że to oni wciąż są proszeni o kupno różnych rzeczy. Ale każdy medal ma dwie strony - nie o wszystkich wydatkach opiekunowie wiedzą, a nauczyciele płacą za nie z prywatnych środków.

Gdy przypomnieliśmy nasz ubiegłoroczny artykuł "Nie macie pojęcia, na ile sposobów nauczyciele sponsorują szkołę". Co kupują z własnych pieniędzy?, pod postem na profilu eDziecka na Facebooku pojawiło się mnóstwo komentarzy. Pisali nauczyciele, którzy zgadzali się ze stwierdzeniem z tytułu, ale i rodzice, którzy wymieniali, co muszą kupować do szkoły. Oddajemy im głos.

"Na początku roku pani nauczycielka poinformowała nas, że składka na wyprawkę wynosi 120 zł"

Rodzice zaznaczają, że na początku roku dostają listę rzeczy, które muszą przynieść do szkoły. Pozycji jest mnóstwo - od materiałów plastycznych, przez chusteczki higieniczne, na grach na świetlicę kończąc. Większość rzeczy nie wystarcza na cały rok, trzeba je regularnie donosić.

"To rodzice dostają listę rzeczy do przyniesienia. Między innymi materiały biurowe".

"Na początku roku pani nauczycielka poinformowała nas, że składka na wyprawkę wynosi 120 zł, na segregatory, bloki, farby, papier ksero itp. Ołówki, kredki, pisaki i reszta wyposażenia piórnika we własnym zakresie. Dodatkowo na każde przybory plastyczne, które są dokupowane na bieżąco w ramach zajęć, rodzice robią składkę. Więc nie bardzo wierzę w to, że nauczyciele kupują z własnych pieniędzy dodatkowe przybory".

"Bzdura! Od 1-3 kupowaliśmy całe wyprawki do szkoły: papier ksero, papier toaletowy, mydło, chusteczki suche i nawilżone. Drugą taką wyprawką była wyprawka do świetlicy - prócz tego, co wyżej, musieliśmy kupować kredki, farby, jakieś gry. Co roku płacimy za ksero... Kupuję bez żadnego problemu, ale niech nie piszą, że nauczyciele muszą dokładać!"

"Niestety, jest różnica między przedmiotami niezbędnymi a tymi, bez których można się obyć. Przykład, proszę: podobno darmowe podręczniki, na ksero idą grube pieniądze, a ćwiczenia leżą niepouzupełniane, bo lepiej dzieciom kserówki dawać. Znajdzie się też wiele innych, nie będę się rozpisywać. Fakt jest taki, że szkoły się nie starają o pieniądze (a jest wiele możliwości), bo łatwiej wymagać od rodziców. A i składkami też można inaczej zarządzać... Może zamiast np. kwiatów z byle okazji pieniądze te przeznaczyć na pomoce dla dzieci".

Są rodzice, którzy nie widzą problemu w tym, że to oni kupują rzeczy, z których korzystają ich dzieci. Uważają, że nauczyciele nie powinni tego robić z własnej kieszeni.

W naszej szkole rodzice składają się miesięcznie po 5 zł klasowych. Jeżeli chodzi o przybory i artykuły papiernicze, to każdy rodzic kupuje sam. Do głowy żadnemu z nas by nie przyszło, że takie coś ma kupować nauczyciel.

"U nas w klasie nie trzeba było się prosić. Na to są pieniądze klasowe, które są zbierane od rodziców przez skarbnika... Pierwsze lata kupowaliśmy całe materiały dla dzieci, nawet kartki A4, składaliśmy się na dekoracje na Dzień Babci i Dzień Dziadka... W końcu to nasze dzieci z tego korzystały. W przedszkolu przynosimy ryzy papieru A4, a na początku roku rodzice składają się na ręczniki papierowe i chusteczki".

"Proszę zapytać osoby z placówki, kto naprawdę płaci... A później narzekać, że pani kupuje ciągle, bo podejrzewam, że jest pani jedyną tak skrupulatną osoba. Na 23 dzieci w mojej grupie wiem, że wyprawkę zapłaciło 18, a co miesiąc przynosi środki higieniczne siedem. Ale korzysta ze środków higienicznych nie tylko moja córka i dzieci tej siódemki, która przyniosła... Codziennie, odbierając córkę, zabieram 'koszulkę' pełną rysunków, wycinanek i zupełnie niezrozumiałej drobnicy, którą Mała tworzy w czasie zajęć swobodnych. Jeśli pozostałe 22 osóbki wychodzą z taką "twórczością", to ryza papieru wystarczy na dwa tygodnie".

"Tu nie chodzi o papier czy mydło"

Nauczyciele z kolei kupują rzeczy, na które nie składają się rodzice. Podkreślają także, że nie wszyscy w klasie posiadają niezbędne materiały, a lekcje prowadzić trzeba - brakujące rzeczy często finansowane są właśnie przez nauczycieli.

"Zgadza się! Nauczyciele i pokrewni kupują za własne pieniądze: poczęstunki dla dzieci/młodzieży, medale na imprezy sportowe, jeżdżą prywatnymi autami za własne paliwo do domów dzieci/młodzieży w terenie (bo szef kazał zrobić rekrutację do projektu, ale nie dał ani złotówki, ani ulotek). Materiały biurowe to stała "łapówka" dla szkół".

"Tu nie chodzi o papier czy mydło. Nie macie pojęcia, co trzeba kupić "zza biurka", bo nie ma, bo brakuje, bo nie dają, bo mówią: radź sobie. Ja mam takich cudownych rodziców, że mi kupują kleje czy taśmy, papier ksero. Ale już brystol, markery, czasopismo, książki, ćwiczenia do kserowania, pieczątki, tusz do pieczątek, naklejki, folię do laminarki, laminarkę, wstążki KUPUJĘ Z WYPŁATY i zamiast znowu nas obrażać, może po prostu by ktoś zapytał, co kupuje nauczyciel".

"Jasne, żaden rodzic nie kupił na moje zajęcia gier edukacyjnych, pomocy edukacyjnych i dydaktycznych, od żadnego nie dostałam folii do laminowania, laminarkę też musiałam kupić, zakupiłam mnóstwo książek do pracy z dziećmi, żeby mieć na czym z nimi pracować i ćwiczyć, jestem psychologiem w szkole.

Gdybym ze swojego gabinetu zabrała swoje pomoce, a pedagog swoje, zostałoby pomocy, które można policzyć na palcach dwóch rąk, tak są wyposażone szkoły.

"(...) Wstyd mi za stan oświaty, że zatrudnia ludzi, a nie mamy na czym pracować. Poza tym, jak mam prosić, a potem czytać czy słyszeć to wszystko, co rodzice piszą, jak to łaskawie dali, to dziękuję bardzo. Moje dziecko chodzi do przedszkola, składka na materiały na początku roku i na radę rodziców mnie nie dziwi, dałam, ale bo wiem, jakie są realia i nie chcę, żeby pani wydawała ze swojej kieszeni na kartki czy kredki dla mojego dziecka, niech wyda na swoje".

"To prawda, nie raz przynosiłam do pracy rzeczy z domu. Teraz na szczęście rodzice z mojej szkoły godzą się na składki na materiały plastyczne i mamy na czym pracować, za co jestem wdzięczna. Choć z tych składek ja robię zakupy w prywatnym czasie, ale przynajmniej mogę realizować ciekawie lekcje plastyki, bo nie ogranicza mnie brak materiałów".

Rodzice płacą za wyprawkę, kupują przybory plastyczne czy chusteczki higieniczne. Ale i nauczyciele dokładają swoją cegiełkę. Wymieniają m.in. telefony do rodziców z prywatnych telefonów, pomoce naukowe, materiały potrzebne do przeprowadzenia lekcji. Jednak czy to oni - rodzice i nauczyciele - powinni finansować szkołę?

Jak to powinno wyglądać?

Teoretycznie do szkół powinny - na wniosek dyrekcji - trafiać pieniądze z budżetu państwa i to za nie powinny być kupowane niezbędne materiały. Ani rodzice, ani nauczyciele nie powinni być zobowiązywani do zakupu papieru ksero czy papieru toaletowego. To szkoła powinna zadbać o to, by pieniądze na nie do niej trafiły. Wszystkie składki są dobrowolne, rodzice nie mają obowiązku ich uiszczać, nie powinni także czuć się zobowiązani do doposażania klas.

A jak wygląda?

Niestety zupełnie inaczej. Środki higieniczne (głównie chusteczki - suche, w kartonikach i mokre, do spuszczania w toalecie, a także pasty do zębów) oraz wyprawka (m.in. materiały plastyczne) to coś, o co muszą zadbać rodzice. Taką rzeczywistość zna właściwie każdy - niezależnie od tego, czy jego dziecko chodzi do przedszkola, czy do szkoły.

Rozwiązania, w zależności od placówki, mogą być różne - każdy przynosi wyprawkę dla siebie, jest ona kupowana dla wszystkich za środki zbierane przez Radę Rodziców lub Trójkę Klasową, materiały mogą być też przynoszone (lub kupowane) na bieżąco - w zależności od tego, co jest do zajęć potrzebne lub ze względu na pogodę (jesienią i zimą przyda się więcej chusteczek, wiosną i latem - woda do picia). Nauczyciele kupują to, czego nie przynieśli rodzice, aby wszystkie dzieci mogły brać udział w zajęciach. Doposażają swoje sale, dbają o potrzebne materiały. Kontaktują się z rodzicami, korzystając z prywatnych telefonów. Tu lista także jest długa.

Z tej dyskusji jest jeden prosty wniosek - ani rodzice, ani nauczyciele nie powinni kupować do szkoły za swoje. To powinno zapewniać MEN. Czas na porządną dyskusję o szkole w tym kraju

- podsumowuje jedna z komentujących.

Więcej o:
Komentarze (145)
Nauczyciele sponsorują szkołę? "To rodzice dostają listę rzeczy do przyniesienia"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • bojowniczka_hybrydowa

    Oceniono 52 razy 48

    O, i jest chociaż jeden pozytyw z tego strajku. JUŻ jest, zanim jeszcze strajk się zakończył.
    KONIEC ze sponsorowaniem oświaty przez prywatne osoby (obojętne które).
    Podoba mi się.

  • john_yossarian

    Oceniono 36 razy 28

    Zarządzanie systemem oświaty wygląda tak, jakby komuna się nie skończyła. Państwo udaje, że placi na utrzymanie szkół i place nauczycieli, nauczyciele udają, że uczą. Rodzice udają, że nic się nie dzieje a dzieci nawet nie udają, że je edukacja cokolwiek obchodzi.

  • ar.co

    Oceniono 51 razy 23

    No po prostu oburzające. Jak ci paskudni nauczyciele ośmielają się nie tylko żądać prawdziwych pieniędzy za pracę (zamiast pracować "dla idei"), ale jeszcze domagają się od sÓwerena, żeby płacił za rzeczy używane przez własne dzieci tegoż sÓwerena?! Przecież nie po to pisowscy kłamcy i złodzieje przekupili sóÓwerena łapówą 500+ i wyprawka+, żeby teraz sÓweren jeszcze dziecku wodę do szkoły kupował!

  • tabularsnail48

    Oceniono 30 razy 22

    Często kseruję w pracy materiały dla żony do szkoły. Nie chodzi nawet tyle o kasę na papier, ale w szkole jest jedno ksero na nastu nauczycieli i czasami trudno się do niego dopchać, więc żona prosi o skopiowanie testów albo zadań z innych książek, niż zazwyczaj korzystają.
    Druga sprawa, że często też żona drukuje materiały i testy na domowej drukarce. Są to pojedyncze strony, ale zawsze.

  • jaleros

    Oceniono 32 razy 20

    Kiedy wreszcie wszyscy rodzice zrozumieją, że są po tej samej stronie walki o człowieczeństwo dzieci co nauczyciele?
    Tylko współdziałanie może coś poprawić. Od dzielenia i ogłupiania są niestety władcy.

  • zwino

    Oceniono 17 razy 17

    Przykre - jestem nauczycielem, który cały czas strajkuje. Przy tablicy przepracowałem 33 lata. Pracuje w liceum jako nauczyciel Informatyki i pracuję tylko z młodzieżą, która w przyszłości zdaje maturę z Informatyki. Ci ludzie po kolejnych trzech latach nauki na studiach idą do pracy - nikt z nich nie przyjmie pracy poniżej 5 tys netto na rękę. Prowadzę Akademię Cisco w szkole - za free. Kto wie o co chodzi powie, że gościu zwariował. Tak teraz do mnie dochodzi, że zwariowałem, że nie ma co się starać, kształcić, wysyłać na olimpiady - to wszystko jest bez sensu. Po co przestrzegać reguł, wymagać od uczniów systematyczności. Przecież to wszystko nie ma znaczenia. Można zmienić reguły gdy komuś na górze tak pasuje. Zmiana reguły w trakcie gry to jest chamstwo - proszę wybaczyć ale już tak nie będę pracował - mam dość. Za 3400 możecie sobie sami uczyć wasze dzieci

  • nauczyciel_wawa

    Oceniono 18 razy 14

    Te pieniądze są bo znalazł je i (niestety) rozdał rząd rodzicom. Nazywało się toto "300+" albo "wyprawka+". Gdyby tylko poszło bezpośrednio do szkół na pomoce dydaktyczne to nie byłoby problemu. Jak widać z komentarzy w części przypadków te pieniądze poszły na inne potrzeby, może czasem nawet potrzeby dzieci. A w innej części już niekoniecznie.

    A tak mając w budżecie szkoły średnio 100 PLN na klasę na rok szkolny to co za to można kupić?

  • Gość: Milena

    Oceniono 17 razy 11

    Jedyne wyjście to obalić ten PIS. Ta partia tylko skłóca wszystkich. Jeszcze do końca roku pociągną a później kasa skończy się i wszyscy będą składać się na kraj, żeby wyszedł z długu, bo inaczej przejmą Nas za grosze inne Państwa

  • maaac

    Oceniono 12 razy 10

    W ramach strajku proponował bym dać wszystkim uczniom na zaliczenie / na świadectwo piątki, a na egzaminie maturalnym "oślepnąć".
    I co? Nagle rodzice i ucznie zaczną żądać by nauczyciele potraktowali ich surowiej? Tak by "rozwalili system" a nikt NIC by im nie mógł zarzucić. Bo przecież wszyscy chcą by ich dzieci miały by jak najlepsze stopnie. Niech się znajdzie ten pierwszy i "rzuci kamieniem", że nie chce by jego dziecko miało piątkę lub co gorsza by jego koledzy piątek nie mieli.
    Jest gdzieś zapis zabraniający nauczycielom dawać oceny według ich kryteriów? Kto określi jak mocno nauczyciele powinni widzieć co się na maturze dzieje?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX