Dzieci rywalizują od najmłodszych lat. Rodzic: To nauczyciele żądają jak najwyższych stopni

Jak dzisiejsi uczniowie poradzą sobie za kilka, kilkanaście lat? Wiele zależy od tego, jak teraz wygląda ich edukacja. A wygląda tak, że koledzy i koleżanki z klasy to wrogowie, którzy konkurują o miejsca w kolejnych "renomowanych" szkołach.


Postęp naukowo-techniczny osiągnął niespotykane dotąd tempo, a "społeczeństwo jutra" będzie inne niż współczesne. Dlatego nie da się do końca przewidzieć problemów, które niebawem będą musiały rozwiązywać nasze dzieci.

Podziwiam koleżanki mojej córki

Z perspektywy rodzica, którego dziecko uczęszczało i do "zwyczajnej" szkoły rejonowej, i do szkoły "renomowanej" z czołówki rankingów, mogę powiedzieć, że w tych drugich rywalizacja między uczniami jest wielkim problemem. Przyczyniają się niestety sami nauczyciele. Nieustannie naciskają na dzieci, żądają jak najlepszych wyników, jak najwyższych stopni, bycia pierwszym, lepszym od innych, najlepszym. Bo przecież "renoma" szkoły bierze się z osiągnięć uczniów, nie nauczycieli.

Całe klasy bywają zgłaszane do konkursów z różnych przedmiotów, więc nawet jeśli któregoś ucznia dany przedmiot w ogóle nie interesuje, musi tracić czas i energię na przygotowania i stawać do kolejnej rywalizacji. Taką samą presję wywierają zwykle na tych dzieciach rodzice, którzy oczekują - ba, żądają - tego samego co nauczyciele. Nawet grożą dodatkowymi karami. Zawiązanie przyjaźni w takich okolicznościach - gdy koledzy i koleżanki z klasy to wrogowie, którzy konkurują o miejsca w kolejnych "renomowanych" szkołach wyższych szczebli edukacji, graniczy z cudem.

Podziwiam koleżanki mojej córki, które mimo tej dwustronnej presji wiedzą, co to przyjaźń. Moja córka natomiast ma ten komfort, że przynajmniej w domu nie doświadcza żadnych nacisków.

Jestem przeciwniczką wszelkiego rodzaju rywalizacji i wszelakich konkursów, z telewizyjnymi talent-show i konkursami piękności oczywiście na czele. Zwłaszcza wśród dzieci, które nie tylko stanowią nieefektywny i szkodliwy dla motywacji system nagród i kar, ale też nieuchronnie prowadzą do porównywania się z innymi, a więc: rywalizowania. Jest jednak jeden konkurs, na który patrzę nieco przychylniejszym okiem - Odyseja Umysłu.

To program edukacyjny realizowany od 40 lat (w Polsce od 1989 roku) w formie międzynarodowego konkursu, który - nieco paradoksalnie - ma uczyć współpracy, a nie rywalizacji.

Każdy jest zwycięzcą?

- Jeśli młodzi ludzie przekonają się, że osobisty sukces fajniej i prościej osiągnąć w grupie, będą chcieli i umieli współdziałać z innymi. Jeśli zrozumieją, że jedno zadanie można rozwiązać na różne sposoby - uświadomią sobie, że każdy problem to wyzwanie, a nie przeszkoda. Jeśli nauczą się robić praktyczny użytek z własnej wyobraźni – będzie im łatwiej pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją i korzystać z technologii, które dopiero zostaną wynalezione - czytamy na polskiej stronie przedsięwzięcia.

W konkursie biorą udział drużyny złożone z 5-7 osób w czterech kategoriach wiekowych (pierwsza kategoria obejmuje uczniów szkół podstawowych, ostatnia – studentów). Muszą oni rozwiązać tzw. problem długoterminowy, czyli zmierzyć się z jednym z pięciu zaproponowanych przez organizatorów zadań. Do wyboru mają problemy mechaniczne, techniczno-teatralne, klasyczne, konstrukcyjne i teatralne.

Jedni budują więc pojazdy albo inne urządzenia mechaniczne, inni przygotowują przedstawienia teatralne, jeszcze inni tworzą z drzewa balsa i kleju lekkie konstrukcje, które mają wytrzymać jak największe obciążenia. Wszyscy robią to właściwie sami – owszem, pod okiem i ze wsparciem trenerów, ale samodzielnie. Celem trenerów nie jest bowiem podsuwanie rozwiązań, lecz rozbudzanie kreatywności dzieci i młodzieży.

W tym roku szkolnym w Odysei Umysłu wzięło udział 460 drużyn z 228 szkół i innych placówek oświatowych z całego kraju, tj. w sumie 3091 uczestników. Na Finały Światowe, które odbędą się w Stanach pojedzie 30 grup, czyli około 200 osób. Na medalach, które po występie otrzymują wszyscy uczestnicy, widnieje hasło: W Odysei Umysłu każdy jest zwycięzcą.

Gdyby jednak zapytać tych, którzy odpadli, czyli prawie 3000 młodych osób, czy czują się zwycięzcami, niewiele byłoby odpowiedzi twierdzących. Natomiast zwycięstwo tych, którzy przeszli dalej, może przekształcić się w sromotną porażkę, bo koszt udziału w finale jest ogromny (11 tysięcy złotych) i wielu rodziców po prostu na to nie stać.

Patronat nad polską edycją Odysei Umysłu sprawuje Minister Edukacji Narodowej, ale nie wspiera on w żaden sposób uczestników, którzy reprezentują nasz kraj w Finałach Światowych. "Odyseusze" szukają więc sponsorów, organizują zbiórki crowdfundingowe, pieką i sprzedają ciasteczka (sic!) i robią, co w ich mocy, by zebrać potrzebną kwotę. (Link do zbiórki tutaj)

Nie zawsze się udaje. Szkoda, bo to mógłby być idealny program. Odyseja Umysłu byłaby idealna, gdyby nie element rywalizacji – gdyby chodziło po prostu o rozwój talentów, kreatywności i samodzielności, uczenie współpracy i odpowiedzialności, gdyby nie było żadnych etapów i eliminacji. Wtedy nie tylko każdy byłby zwycięzcą, ale i nauka współdziałania byłaby znacznie efektywniejsza.

Niestety jednak jest, jak jest, i dzieci uczą się współpracy podczas rywalizacji. A jedyne, co może w tej sytuacji zrobić przeciwny temu rodzic, to przypominać swojemu zdolnemu "Odyseuszowi", że w życiu nie zwycięstwo jest najważniejsze.

W przyartykułowej galerii zdjęć pokazujemy zdjęcia z tegorocznych regionalnych eliminacji konkursu "Odyseja Umysłu" we Wrocławiu >>>

Autorką tekstu jest Anna Golus. Grupa jej córki zakwalifikowała się na
finał Odysei Umysłu i zbiera pieniądze na wyjazd do Stanów.

Golus jest dziennikarką i doktorantką, współpracuje z magazynem „Dziecko”, "Ale historia" Gazety Wyborczej. Jej artykuły ukazują się regularnie w "Tygodniku Powszechnym". Prowadzi kampanię "Kocham. Nie daję klapsów", pracuje nad doktoratem o dzieciach w reality show i nad książką o historii przemocy wobec dzieci.

Więcej o: