Domowa fabryka mody

Tu nie chodzi tylko o ładne ubranka, ale też o sposób na bycie ze sobą, łączenie rodzicielstwa z pracą. Młodzi polscy projektanci opowiadają, do czego zainspirowały ich własne dzieci.
Zaczyna się podobnie. Rodzi się dziecko i nagle mama lub tata z niebanalnym spojrzeniem na rzeczywistość orientują się, że ciuszki dziecięce z sieciówek im nie wystarczają, te pożyczone od koleżanek - nie do końca pasują do osobowości malucha, a jakość konfekcyjnej "chińszczyzny" pozostawia wiele do życzenia (kolor bluzki spiera się po dziesięciu praniach, a spodenki do raczkowania wycierają po miesiącu). Mają dość różowego dla dziewczynek i niebieskiego dla chłopców. Zastanawiają się: a gdyby tak przełamać tę konwencję i uszyć coś własnego? Dodać do dziecięcej garderoby odrobinę szyku, tęczowych kolorów, puścić oko do świata dorosłych? A może nawet założyć własną firmę odzieżową dla dzieci i poświęcić się temu bez reszty? Szalone? Tak, ale nasi bohaterowie tak właśnie zrobili. Moda dziecięca wywróciła ich życie do góry nogami i nie żałują.

Francuski wzór

Choć ani razu to słowo nie pada, widać, że Agnieszka i Ania się przyjaźnią. Dzieli je półtora tysiąca kilometrów, dzwonią do siebie minimum dziesięć razy dziennie, wiszą na telefonie i non stop wysyłają mejle: "Widziałaś ten nowy materiał?", "Co powiesz o tej bluzeczce?", "A kiedy mamy to spotkanie biznesowe?".

Agnieszka Opalińska, współwłaścicielka firmy "Grain de chic", mieszka i pracuje w Warszawie, gdzie prowadzi także agencję nieruchomości. Jej wspólniczka Ania Kuszewska-Niberon przebywa na stałe w Paryżu. Pierwsza odpowiada za budowanie marki i marketing, a druga projektuje ubranka dziecięce. Obie czuwają nad powstawaniem kolekcji. Ich główną inspiracją jest styl francuski, dokładnie - paryska elegancja dla dzieci, którą można podziwiać na przykład w XVII dzielnicy, gdzie mieszkają dobrze usytuowane rodziny. Ania codziennie na spacerach mija ślicznie poubierane maluchy: dziewczynki zawsze w eleganckich sukieneczkach, chłopcy w klasycznych koszulach na guziki. W tych okolicach o nadruku z "Hello Kitty" po prostu nie ma mowy. Róż też nie jest mile widziany. Po narodzinach dziecka Ania wiedziała, że nie wróci do pracy radcy prawnego w korporacji. Chciała mieć czas dla córki i przytulać ją zawsze, kiedy mała tego potrzebuje. Tak wspomina początek firmy:

- Gdy byłam z Ninką na placu zabaw w Warszawie, jedna z mam, które bawiły się tam z dziećmi, powiedziała, że moja córka jest ładnie ubrana, i spytała, gdzie kupuję jej ubranka. Odpowiedziałam, że w Paryżu. I uświadomiłam sobie, że w Polsce rodzice mają o wiele mniejsze możliwości ubrania swoich dzieci w oryginalne rzeczy. Pomyślałam, że miło byłoby szyć tutaj takie ciuchy, bo jest luka w rynku. Założycielki "Grain de chic" trafiły na dobry moment. Od dwóch lat można mówić o nowym zjawisku - polskiej modzie dziecięcej. Jest wysyp małych firm, czasem domowych manufaktur, które szyją ubrania dla dzieci. To efekt pojawienia się nowego pokolenia rodziców, którzy są w stanie wydać trochę większe pieniądze, żeby ładnie i niebanalnie ubrać swoje dziecko.

Ania Kuszewska-Niberon oczywiście jest świadoma, że Polacy na razie nie będą wydawać tyle pieniędzy na ubrania, co Francuzi, dla których moda jest priorytetem i wyznacznikiem statusu społecznego. Polski rodzic kilka razy się zastanowi, zanim kupi ubranie dla dziecka za kilkadziesiąt złotych. Dziewczyny intuicyjnie wiedziały, że ubranka mają być po prostu ładne. Kluczem każdej kolekcji muszą być kwiatki. Francuskie dziewczynki noszą ten wzór tkaniny od dziesięcioleci. To dla nich esencja dziewczęcości i delikatności. Podkreślają, że nie chodzi tylko o to, by ładnie ubrać dziecko, ale o kształtowanie gustu młodego człowieka.

- Wierzę, że sposób, w jaki ubieramy dziecko, wpływa potem na jego dorosłe wybory i życie - zaznacza Agnieszka. - Jeżeli od początku dbamy o estetykę, dziecko potem będzie inaczej postrzegać rzeczy, które je otaczają. Poza tym dzieciństwo tak szybko mija, dlaczego go nie celebrować?

Firma rodzinna

Witold i Katarzyna Rachwalscy, twórcy marki "BY BEE", mieszkają w ogromnym wrocławskim bloku, zwanym "galeriowcem". Kiedy on usypia mała Lidkę (3?i pół?roku), ona pokazuje swój warsztat pracy w dużym pokoju.

Od razu rzuca się w oczy maszyna, tzw. overlock, bo Kasia szyje wszystko sama, potem pudełko z różnymi guzikami, wielkie nożyce i zeszyt inspiracyjny. W tym sezonie wklejone są tam zdjęcia łąki, rodzinnego pikniku, porannej rosy, skrawki pastelowych materiałów, tiulu. Na ścianie wisi czarno-białe zdjęcie XIX-wiecznej krawcowej, które przypomina Kasi, co w tym zawodzie jest najważniejsze. Dobra krawcowa musi poznać osobę, której szyje, zrozumieć, czym się interesuje, co lubi robić, jaki jest jej tryb życia, żeby ubranie pasowało idealnie. Tak samo jest z maluchami.

- Dziecko to wymagający model, bo jest żywe i ruchliwe - podkreśla Kasia, krawcowa samouk. - Nie będzie nosić niczego, co jest niewygodne, gryzące, chociaż byłoby uszyte z najpiękniejszego materiału - dodaje.

Pierwszą testerką ubrań jest Lidka, córka Kasi i Witka. Rodzice obserwują, jak się w nich zachowuje, czy jest jej wygodnie. Nauczyli się, że w ubrankach muszą być kieszenie, bo dzieci uwielbiają chować tam swoje małe skarby.- Próbujemy spojrzeć na świat z perspektywy dziecka - wykłada swoją filozofię Witek i dodaje, że w ubraniach BY BEE chodzi o to, żeby podkreślić wyjątkowość małego człowieka, nie wrzucać go w jednakową szarą masę.

- Dzieci to dzieci - uzupełnia Kasia - muszą się czasem trochę poprzebierać. W dorosłym życiu zatracamy ten dystans do siebie. Myślimy: Jezu, oni na mnie patrzą. Tylko w dzieciństwie można poszaleć - mówi i śmieje się.

Firma odzieżowa Rachwalskich to projekt rodzinny. Jego celem jest zbliżenie członków rodziny, spędzanie jak najwięcej czasu z córką i kształtowanie życia po swojemu. Oczywiście nie zawsze jest różowo. Żeby się utrzymać, małżeństwo cały czas pracuje poza domem. Kasia projektuje wystawy i przestrzenie sklepowe. Witek jest badaczem rynku. Opiekują się córką na zmianę. Firmą zajmują się po godzinach, w swoim wolnym czasie.

- Niektórzy lubią leżeć przed telewizorem, a my działamy - tłumaczy Witek. - Gdy szykuje się coś pilnego, pracujemy nawet do piątej rano. Kasia celuje w pomysłowych projektach, jej specjalność to dopieszczanie szczegółów. Przykład? - Ta bluzka z podpinką (przypomina różowego motyla) składa się aż z 27 elementów - mówi Kasia.

Ludzie na targach modowych ich podziwiają, czasem kupują ciuszki. Ale nie zawsze dodają otuchy. Ktoś im powiedział, że Polska jest jeszcze za zgrzebna na ich projekty. Mają nadzieję, że się mylił.

Życiowe dzierganie

Już nikt nie pamięta, kto z rodziny pierwszy rzucił hasło: pantalonki. Julia Ożóg-Kostrzewa wiedziała, Że to słowo idealnie pasuje do jej planów, bo ma w sobie pozytywną energię.

Rok temu założyła własną firmę "Pan Pantaloni", specjalizującą się w spodenkach, które rosną razem z dzieckiem. Ich cechą charakterystyczną są żywe kolory i wzorzystość. Trochę w kontrze do ostatnio modnych w Polsce jednobarwnych ubrań z dzianiny. Na początku dziecko może nosić pantalonki jako długie spodnie, a gdy urośnie - jako szorty, rybaczki. Szerokość w pasie i w nogawkach można regulować. Julia przyznaje, że narodziny syna to była prawdziwa rewolucja w jej życiu. Pracowała w domu mediowym prawie do końca ciąży. Nie widziała powodu, żeby leżeć w domu odłogiem. Myślała, że po trzech miesiącach wróci do pracy. Ale po porodzie perspektywa zostawienia malutkiego, bezbronnego maleństwa w domu z opiekunką zupełnie ją przerosła. Poszła na urlop macierzyński, a potem wychowawczy. Bruno nie był idealnym dzieckiem, przeciwnie, miał straszne kolki i przez pierwsze miesiące rodzice musieli go całe noce nosić w chuście. Mimo to Julia pewnego dnia kupiła maszynę do szycia i nauczyła się szyć. I gdy Bruno zaliczał drzemki (z czasem się uspokoił), szyła dziesiątki spodenek. Co sprawia, że zmęczona, niewyspana matka niemowlaka zaczyna realizować nowy projekt na życie? Projektantka przyznaje, że ma lekki nadmiar energii, żeby nie powiedzieć "ADHD".

- To nie było tak, że postanowiłam założyć firmę, oddałam dziecko do żłobka i nastawiłam się na wielki biznes - wyjaśnia. - Praca była równoległa do mojego macierzyństwa. Nazwałabym to życiowym dzierganiem. Podobało mi się, że tworzenie pantalonków to praca manualna, widzę, jak powstaje moje dzieło od początku do końca.

Z czasem firma zaczęła się rozkręcać. Julia zleciła szycie pantalonek profesjonalnej szwalni i zamawiała wyjątkowe materiały ze Stanów Zjednoczonych, bo tam jest ogromny wybór deseni. Od początku ważna była dla niej wysoka jakość tkanin. Jak ją sprawdzić? Trzeba przeprać materiał z pięćdziesiąt razy i zobaczyć, co z niego zostanie. Czy wzór nadal jest wyraźny. Ważna jest też kurczliwość. Klient nie może zamówić spodenek, które po praniu skurczą się o dwa rozmiary. Postawiła też na specjalizację.

- Nie da się stworzyć czegoś dobrego, jeśli nie skupisz się na jednej rzeczy - mówi. - Trzeba umieć rezygnować z różnych pomysłów i przede wszystkim pytać ludzi, co im się podoba. Ale gdybym na początku wiedziała, jak długa droga mnie czeka i ile wysiłku trzeba włożyć w budowanie własnej marki, nie wiem, czy bym się na to zdecydowała.

Dzieci i własny biznes

Maszynę do szycia trzyma w kuchni (maleńkiej, sześciometrowej), wykroje ubranek robi na podłodze. Szyje wieczorami i nocą, kiedy dzieci śpią.

- Moja firma powstała, ponieważ mam niewymiarowe dziecko. Mikołaj ma cztery lata i jest bardzo szczupły - opowiada Aleksandra Konarzewska, właścicielka firmy "Dekopaka w Szafie" z Wrocławia.- Zamówiłam kawałek polskiej dzianiny i uszyłam mu spodenki, potem bluzę. Koleżanki od razu chciały podobne. Jedna z nich pojechała z dzieckiem na wycieczkę do Warszawy i tam wszystkie jej koleżanki były zachwycone i chciały takie same spodnie. Pomyślałam, że coś trzeba z tym zrobić - wspomina.

Ubrania Oli są tworzone tak, żeby każdy przedszkolak umiał je sam zdjąć i włożyć. Kroje raczej luźne, spodnie ze ściągaczem, żadnych zamków czy guzików. Ma być łatwo je złapać i wciągnąć małymi, nieporadnymi jeszcze łapkami. Bluzy z przodu i z tyłu mają taki sam dekolt. Wiadomo, maluchom na początku zdarzają się wpadki. Ale to nic nie szkodzi, najwyżej nadruk będzie na plecach. Nic dziecka nie będzie uwierać w szyję. Bo priorytetem jest funkcjonalność i swoboda.

Aleksandra jest architektem krajobrazu, zrobiła doktorat. Zanim urodziła syna, razem z mężem architektem tworzyła projekty i wykładała na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Kiedy została matką, okazało się, że Mikołaj często choruje. Nie było mowy, żeby wrócić na uczelnie, bo synek przez tydzień był zdrowy, a potem dwa tygodnie chorował, potrzebował bez przerwy inhalacji. A wiadomo, że nikt nie chce pracownika, który jest nieobecny w pracy 60 procent czasu...

Ola pomyślała, że zajmie się robieniem drewnianych dekoracji do pokojów dziecięcych. Dostała dotację z urzędu pracy, kupiła wycinarkę ręczną, frezarkę, szlifierkę i zaczęła ciąć, a potem malować drewno. Ale drewniane słonie, żyrafy, zebry, niestety nie rozchodziły się zbyt szybko.

Gdy była w drugiej ciąży, z Milenką, która dziś ma rok, doszła do wniosku, że obrabianie drewna z wielkim brzuchem jest zwyczajnie niebezpieczne. Postanowiła więc się przebranżowić i zaczęła projektować ubrania dziecięce. To złapało. Teraz Ola ma ręce pełne roboty i mnóstwo zamówień z całej Polski. Spodobały się przede wszystkim jej bluzy z figurami zwierząt: wilkami, królikami, jeleniami.

Aleksandra często widzi, że jej wzory są "odszywane", czyli kopiowane przez inne firmy. Niestety, nie może nic na to poradzić. Ale nie brakuje jej dystansu do tego, co robi. Doskonale wie, że moda dziecięca jest kapryśna. Teraz jest sukces, ale za kilka miesięcy trendy mogą się odwrócić i znowu trzeba będzie wszystko zaczynać od początku.

Ludzie ze "starego świata" Oli czasem się z niej podśmiewają. Jak mogła zrezygnować z pracy naukowej, habilitacji, żeby szyć ubrania dla dzieci?! Nie wiedzą, że dzięki tej pracy jest szczęśliwa. Bo może być blisko swoich dzieci. Jak syn zachoruje albo spadnie z drabiny i rozbije głowę, jak ostatnio, to ona będzie przy nim czuwać, a nie ktoś obcy. Poza tym szyć można w domu, nocą, nie trzeba tułać się po mieście, siedzieć godzinami za biurkiem.

- Nigdy nie poczułam, że zmarnowałam szansę na karierę. Bo mam dzieci i własny biznes - mówi.

Więcej o: